czwartek, 23 czerwca 2016

Czas mija....

Pogrzeby to smutne wydarzenia. Spotykają się bliscy zasmuceni, zapłakani. Ale także spotykają się dawno nie widziani członkowie dalszej rodziny. Wszyscy w jednym miejscu. Widać rodzinne podobieństwa, łączące pokolenia.

Ci starsi nic a nic się nie zmieniają. Można rozpoznać ciocie, które kiedyś były stare a teraz są jeszcze starsze, ale niejako zasuszone, zakonserwowane w tej starości.
30 lat temu dzieci były dziećmi a starsze ciocie starszymi ciociami. Dziś ówczesne maluchy dobiegają 40 a ciocie? Nadal są starszymi ciociami.

Czas jest dla niech w pewnym sensie łaskawy, już kiedyś były siwe, już kiedyś miały kłopoty z poruszaniem się i słuchem. Wtedy miały ok. 60 dziś ok. 90.

Nawet jeśli wtedy były w naszym wieku czyli 50+ to obiektywnie były starsze. Dzisiejsze 50+ wyglądają niekiedy jak 30 + i tak się ubierają i zachowują. Nie oceniam i nie krytykuję, po prostu stwierdzam fakt. Było inaczej.

Pogrzeby to smutne wydarzenia, ale dziś uśmiechałam się do swoich 80 i 90 letnich cioć i wujków. Uśmiecham się, bo cieszę, że jeszcze ich widzę. Rozmawiam i wspominamy. To chodzące – słabo, bo słabo – skarbnice pamięci, rodzinnych anegdot. Albumy niepamięci.

Pamiętam ich  z czasów, gdy byli w moim wieku. Jacy mi się wtedy wydawali starzy.
Jaka ja więc musze być stara?.
Pogrzeby to smutne wydarzenia.

niedziela, 19 czerwca 2016

Stół z powyłamywanymi nogami - wspomnień czar

Zastanawiałam się niedawno nad tym, co najlepiej pamiętam z rodzinnego domu. Czy swój pokój z lalkami rzędem usadzonymi na półce, gotowymi do nauki w szkole, w której ja byłam nauczycielką? A może godziny spędzone na przeglądaniu grubych tomów encyklopedii, A-ble, Bli-deo … i tak dalej, oczywiście ze szczególnym uwzględnieniem stron pełnych obrazków. Moimi ulubionymi były flagi państw i stroje z różnych epok.

Te wspomnienia będę w sobie miała zawsze i choć wiem, że je sobie w głowie przez wszystkie minione lata wypolerowałam i zaokrągliłam tak, że nie mają już żadnych ostrych krawędzi, które mogłyby zranić, to są dla mnie pełne i prawdziwe.
Nie te fotografie z przeszłości wspominam jednak najczęściej. Nie one wpłynęły na to jaka jestem i co jest dla mnie najważniejsze.

W naszym domu najważniejszym miejscem był kąt dużego pokoju, miejsce między kuchnią a pokojem, który dziś w mieszkaniach lubimy nazywać „aneksem jadalnym”.
U nas w domu, to było raczej centrum wydarzeń. Przy stojącym tam stole zawsze ktoś siedział.
Mama z zeszytami uczniów sprawdzająca ich prace domowe. Tata obłożony teczkami dokumentów przyniesionymi z biura. Babcia, która lubiła tam siadać do lektury codziennej prasy popijająca ulubioną herbatę.

Zawsze, gdy ktoś z dorosłych domowników zajmował miejsce przy stole, starałam znaleźć się w pobliżu. Ciekawa wszystkiego zadawałam pytania, dlaczego?, Kiedy? Jak? Po co? Muszę przyznać, że z perspektywy czasu jestem pełna podziwu dla ich cierpliwości. Tak czy inaczej w domu było wiadomo, że ważne sprawy załatwiane są przy stole. Co miesiąc mama z tatą siadali nad kartką papieru i banknot po banknocie dzielili pensje na niezbędne wydatki: tyle na czynsz, tyle na życie, tyle na coś z czego właśnie ktoś wyrósł.

Przy stole toczyły się rozmowy o tym co dla domu i dla każdego z nas, którzy w nim żyli, było najważniejsze. Nie były to specjalnie celebrowane dyskusje, na które każdy przynosił swoje tematy a wszyscy domownicy się nad nimi po kolei zastanawiali. Po prostu rozmawialiśmy.
Przy stole spotykaliśmy się rano w biegu przed wyjściem do szkoły i pracy. To była chwila na przypomnienie sobie o książce i zeszycie do szkoły, drugie śniadanie do pudełeczka od mamy i całus od taty na drogę z nieśmiertelnym „ Nie przechodź na czerwonym!”

Popołudniami, gdy wszyscy wracaliśmy do domu, przysłuchiwałam się rozmowom rodziców opowiadających sobie jaki mieli dzień. Wtedy ja też mówiłam i wiedziałam, że w tym miejscu mogę bezpiecznie powiedzieć o każdej sprawie.

To wtedy mogłam wyjaśnić, dlaczego nie chcę siedzieć z Małgosią w jednej ławce i czemu powiedziałam Tadziowi, że go nie lubię. Rozmawialiśmy o tym co nas śmieszyło, martwiło, denerwowało. Dzięki temu mogę powiedzieć, że dobrze poznałam swoich rodziców. To ważne, jeśli chcemy się z kimś zaprzyjaźnić, aby go dobrze poznać. 

Lata później w moim domu stał inny stół, ale spełniał taką samą rolę. Taki nasz domowy areopag. Domowe narady i rozmowy „o niczym”, burzliwe dyskusje i przepytywanie synów przed klasówką. Wspólne śniadania, obiady albo kolacje. Zawsze staraliśmy się znaleźć czas w ciągu dnia, aby choć na krótko jednocześnie znaleźć się przy stole. Czasem wystarczyło pięć minut „briefingu” a czasem siedzieliśmy i gadaliśmy do późna w nocy.

Teraz, gdy moi synowie mieszkają „na swoim” i nie spędzamy tyle czasu co kiedyś, staram się kultywować tą tradycję. Dbamy o to by utrzymywać kontakt, więź, by się przyjaźnić. Rozmawiamy.

Teraz w domach często jedynym płaskim meblem jest wielki telewizor wiszący na ścianie. Coraz częściej zamiast jednego miejsca, wokół którego można się skupić mamy osobne miejsca. Osobne biurka z ekranami komputerów, osobne rozmowy, osobny świat. Niepostrzeżenie zaczynamy prowadzić osobne życie. Coraz mniej o sobie nawzajem wiemy i co gorsza coraz mniej tej wiedzy potrzebujemy. To smutne. Zastanawiam się wtedy, jakie wspomnienia z rodzinnego domu będą miały współczesne dzieci?

Jeśli nie ma u Was domowego stołu, to może znajdzie się jeszcze kawałek podłogi, by postawić stół. Wystarczy blat na czterech nogach, kilka krzeseł, na których usiądziecie i zaczniecie rozmawiać. To będzie miejsce w którym być może znowu poczujecie, że się  przyjaźnicie?


piątek, 17 czerwca 2016

Wychowanie do sukcesu

Już od urodzenia wiele dzieci bierze udział w pewnego rodzaju zawodach.  
Stawką jest sukces. Dystans jest długi i bardzo trudny. W tym wyścigu nie wolno dać się wyprzedzić. Trzeba pędzić i nieustannie widzieć cel. Nie wolno się poddać. Trzeba być najlepszym. Tylko wtedy może się uda. Wyścig szczurów rozpoczęty.

Wielu rodziców traktuje wychowanie dziecka w kategoriach inwestycji w przyszłość. Najlepsza, renomowana  szkoła ma zapewnić wykształcenie i optymalny start w życie. Zajęcia pozalekcyjne, urozmaicone i na najwyższym poziomie mają uzupełniać szkołę. Niestety często rodzice nie uwzględniają preferencji i zainteresowań dziecka.

Wiedza przestaje być celem samym w sobie, staje się jedynie środkiem umożliwiającym zdobycie lepszego wykształcenia, zawodu, uznania czy w końcu dużych pieniędzy.
Gdy rodzice roztaczają przed swoim dzieckiem wizję wielkiego, zaplanowanego przez nich sukcesu, nie dają mu możliwości wyboru własnej drogi. Każde odstępstwo od rodzicielskiego planu postrzegane jest jako porażka.

Priorytetem staje się dążenie, by niczego nie zaniedbać, by jak najlepiej wykorzystać potencjał. Za każdą cenę.
Wszystko ma służyć konkretnemu celowi. Wszystko jest po coś. Dzieci mają dokładnie zaplanowane całe dni. Nie mają czasu na odpoczynek, nudę, zabawę  z rówieśnikami, a przede wszystkim - na kontakty z rodzicami.

W wielu rodzinach rola rodzica ogranicza się do funkcji kierowcy, sponsora, strażnika czy kontrolera.
Bardzo często zdarza się tak, że to rodzice w swych ambicjach konkurują ze sobą. Nie wiadomo do końca dlaczego tak się dzieje. Młodzi rodzice często w ten sposób zaspokajają swoje niezrealizowane potrzeby i marzenia. Niektorzy zbytnio zaangażowani w pracę zawodową, przepracowani i sfrustrowani nie umieją inaczej funkcjonować. Niewykluczone, że brakuje im pomysłu na rodzinne spędzanie czasu.

Wywierana przez rodziców presja  może mieć niedobry wpływ na rozwój emocjonalny i społeczny dziecka. Bezustanne stawianie wysokich wymagań - nieadekwatnych do możliwości - porównywanie z rówieśnikami, może spowodować zaburzenie obrazu własnej osoby oraz obniżenie poczucia własnej wartości.

Naciski mogą zniechęcić dziecko do nauki i podejmowania innych – niż wymuszone - form aktywności. Wyzwalają w dzieciach różnorodne lęki, wzmagają napięcie. Nadmierne obciążanie zajęciami i koncentracja jedynie na osiągnięciach mogą powodować poczucie izolacji. Zamiast uczyć współpracy z rówieśnikami, uczymy rywalizacji.
Rodzice kładąc nadmierny nacisk na sukces, pomijają niezbędną w życiu umiejętność przyjmowania niepowodzeń i porażek.

Największym kapitałem, w jaki można wyposażyć dziecko jest wsparcie i zrozumienie najbliższych. Poznawanie świata w poczuciu bezpieczeństwa daje fundament, na którym dziecko buduje swoją przyszłość.
Od początku powinno się wyjaśniać dziecku, że niezależnie od tego, czego w życiu dokona, zawsze będzie dla nas ważne. Zadaniem rodziców, jest więc bezwarunkowa miłość, akceptacja i wspieranie dzieci – bez względu na to czy osiągają sukcesy czy doznają porażek.

Tekst dość stary ale nadal - niestety aktualny .