sobota, 5 maja 2018

Dziecko z niepełnosprawnością w rodzinie….

Wychowywanie dziecka z niepełnosprawnością, niezależnie od jej stopnia, stawia rodziców i całą rodzinę w nowej i trudnej sytuacji. Niepełnosprawność (fizyczna, intelektualna czy społeczna) dziecka bardzo wpływa na funkcjonowanie rodziny. Zmienia jej status socjoekonomiczny, oddziaływuje na zdrowie psychiczne i fizyczne wszystkich jej członków. Weryfikacji ulegają rodzinne plany oraz indywidualne cele życiowe. Nasila się stres, co może być przyczyną chorób o podłożu psychosomatycznym. Rodzice, ale przede wszystkim matki, cały swój czas poświęcają niepełnosprawnemu dziecku. 
Naturalną konsekwencją jest  ograniczenie lub wręcz zerwanie kontaktów towarzyskich. Fakt, że opieka i wychowywanie niepełnosprawnego dziecka wiąże się z wysokimi kosztami terapii, rehabilitacji, zakupu odpowiednich środków higienicznych czy żywności wpływa z kolei na obniżenie statusu ekonomicznego rodziny. Będąc w trudnej sytuacji materialnej w związku z porzuceniem życia zawodowego przez dorosłych jej członków, rodzina często rezygnuje z uczestniczenia w życiu kulturalnym i społecznym.
Niejednokrotnie matka musi znaleźć kompromis między potrzebami męża i reszty rodziny a potrzebami chorego dziecka. Bardzo często dzieje się tak, że zupełnie zapomina o swoich potrzebach czy marzeniach. Czasem z powodu choroby dziecka rodzice mogą czuć lęk przed posiadaniem następnego dziecka. Może więc dochodzić do napięć, nieporozumień czy wręcz konfliktów a w nierzadkich przypadkach do rozpadu rodziny. 
Wychowywanie dziecka o zaburzonym rozwoju wymaga od rodziców więcej cierpliwości, wytrwałości i pracowitości niż w zdrowej rodzinie. Konieczna jest żelazna konsekwencja i regularność terapii. Życie w ciągłym napięciu, z wielkim obciążeniem skutkuje poczuciem przytłoczenia obowiązkami oraz wyczerpaniem psychicznym i fizycznym. Rodzice mogą  i często czują się zagubieni i osamotnieni. Brakuje im zrozumienia i wsparcia. Walczą, ale czują się często wypaleni i zrezygnowani. 
Niekiedy w rodzinach znaczącą pomocą dla rodziców w opiece nad niepełnosprawnym dzieckiem jest zdrowe rodzeństwo tegoż dziecka. Wiadomo, że wychowywanie się z dzieckiem o zaburzonym rozwoju także na nich zostawia ślad. Zdrowe dziecko/dzieci  w rodzinie z dzieckiem niepełnosprawnym czują się przede wszystkim zaniedbane i zapomniane. Miewają poczucie winy „bo są zdrowe” albo wstydzą się za „dziwne” zachowania chorego rodzeństwa.  Zdrowe dzieci niezbyt chętnie zapraszają swoich kolegów do domu, mają problemy z nawiązywaniem trwałych przyjaźni, unikają kontaktów towarzyskich. Trudno też im mówić o chorobie rodzeństwa. Często czują sie niedoinformowani i zapomniani. Oczywiście na szczęście nie dzieje się tak zawsze i we wszystkich rodzinach. Ale badania pokazują, że jest to często relacjonowany problem zdrowych dzieci.
Opiekowanie się chorym dzieckiem sprawia, że rodzice bywają mniej wrażliwi na potrzeby swoich zdrowych dzieci. One same z resztą nie mają często odwagi ich wyrazić. Zaabsorbowani i zapracowani  rodzice wymagają od zdrowego dziecka, by było bardziej samodzielne i dojrzalsze. Są  wyczerpani i sfrustrowani, czasem zdarza się jednak, że w przebłysku poczucia winy ulegają zachciankom zdrowych dzieci. W ten najprostszy, ale jakże niedobry sposób starają się  rekompensować im brak uwagi, czasu i zainteresowania. 
Bywa, że rodzice w zdrowych dzieciach widzą urzeczywistnienie własnych marzeń i nadziei, a to sprawia, że stawiają im często wygórowane wymagania. Budują sobie w głowie obraz idealnego, „wzorowego” dziecka.
 Niekiedy oczekują, żeby zdrowe rodzeństwo w pewnym zakresie przejęło opiekę nad niepełnosprawnym rodzeństwem. Bywa tak, że zdrowe rodzeństwo ( niezależnie czy jest starsze czy młodsze) jest ukierunkowywane na przejęcie pełnej opieki nad rodzeństwem, gdy „zabraknie rodziców”. Zdarza się ciężar tej opieki powoduje, że we wzajemnych relacjach między dzieckiem zdrowym a chorym pojawia się niechęć bądź odrzucenie.
Trzeba oczywiście pamiętać, że dzieciństwo z niepełnosprawnyn rodzeństwem ma też swoje zalety i powoduje, że zdrowe dzieci są bardziej odpowiedzialne, skłonne do empatii i altruizmu. W dorosłym życiu często wybierają zawody związane z pomaganiem i edukacją. Badania dowodzą, że bracia i siostry dzieci niepełnosprawnych nie mają problemów psychologicznych czy wychowawczych większych, niż dzieci mające pełnosprawne rodzeństwo. 
Odpowiedzialność i wielka miłość, oddanie i poświęcenie, radości i smutki,  sukcesy i porażki....wszystko takie samo a jakże inne...

Tekst powstał w 2011 roku

piątek, 2 marca 2018

Władza demoralizuje...

Całkiem niedawno, w trakcie spotkania z rodzicami w pewnej mazowieckiej szkole, kiedy już wygłosiłam swój „manifest wychowania”, opowiedziałam o Januszu Korczaku i o prawach dziecka, gdy tradycyjnie rozmowa zeszła na zagadnienia przemocy wobec dzieci i jej odmian a w końcu stosowania klapsów, podniósł rękę jeden z ojców. Byłam mu wdzięczna za to, że jako pierwszy odważył się zabrać głos. Nie jest bowiem łatwo zacząć dyskusję w grupie, szczególnie, że w małej miejscowości rodzice się znają, a dzieci są z jednej szkoły i nie udaje się ściemniać i nadmiernie chwalić czy wybielać. W takich sytuacjach muszę zachęcać, by rodzice spróbowali nie mówić osobie, a o znajomych, sąsiadach, bliższej i dalszej rodzinie. O tych co nie przyszli. To zwykle pomaga.


Około 40 letni rodzic był jak się okazało tatą trójki dzieci. Jego pociechy miały odpowiednio 9, 5 i 2 latka.
Dość agresywnie zaczął mnie przekonywać, że nie ma możliwości, aby jego dzieci i dzieci w ogóle cokolwiek rozumiały z tłumaczenia. Szczególnie te małe.- Mówię i mówię i wyjaśniam i nic nie pojmują a jak dam klapsa to od razu jakimś cudem rozumieją, więc chyba działa co? - pytał zaczepnie. - No widzi pani, daję klapsa, jak nie rozumieją co się do nich mówi i od razu jest poprawa.
Staram się zawsze zachować spokój i znaleźć dobre argumenty i przykłady. Nie jest łatwo, ale w takich przypadkach na szczęście z pomocą przychodzą mi lata praktyki. Zaskakuje mnie rozumowanie dorosłych, którzy uważają, że jeśli dziecko nie może czegoś pojąć to danie mu klapsa uruchomi jakiś cudowny mechanizm pojmowania świata. Wystarczy klaps i dziecko wszystko zrozumie.
- Rozumiem Pana podejście - powiedziałam, - poszukajmy więc analogii. Nauczycielka w szkole czy przedszkolu tłumaczy coś Pana córce. Tłumaczy, tłumaczy i nic. Rozumiem, że według Pana powinna dać dziecku klapsa?
- No nie – odpowiedział natychmiast tata - nauczycielowi nie wolno uderzyć mojego dziecka.
- A czemu?
- Bo jest nauczycielem i ma wyjaśnić i nauczyć. Także, gdy dziecko źle się zachowuje. W szkole nie wolno bić dzieci.
- No dobrze - nie poddawałam się, - to wróćmy na teren domu. Jak to jest z nianią? Tłumaczy pańskiemu dziecku, że czegoś nie wolno a dziecko nie rozumie i nie rozumie a niania tłumaczy i tłumaczy. To niania może dać klapsa?
- No oszalała Pani? Niani nie wolno bić mojego dziecka, bo jej płacę i ma o nie dbać a nie bić. Ma się nim dobrze opiekować.
- Rozumiem, to może porozmawiajmy o bezpłatnej pomocy. O babci. Babcia tłumaczy i wyjaśnia a Pańskie dziecko nadal nie rozumie i źle się zachowuje. To może babcia ma prawo dać klapsa?
- Babci nie wolno, bo jest od kochania i rozpieszczania.
- Czyli KOMU wolno? - zapytałam w końcu.
- No mnie wolno.
- A dlaczego?
- Bo jestem rodzicem.

No i tu wyszło szydło z worka, to nie o wychowanie chodzi a o władzę.
Władzę rodzicielską.

Okazuje się więc, że bijemy, bo możemy. A przynajmniej nam się tak wydaje. Jest Ustawa – ktoś powie. Ma chronić dzieci i zapobiegać przemocy w rodzinie? Zgadza się. Ustawa jest, ale to ciągle za mało, bo kto rodzicowi zabroni bić własne dziecko we własnym domu?

On sam powinien sobie zabronić. On sam powinien wiedzieć, że mu nie wolno. Wiedzieć i rozumieć. Dlatego uważam, że wszystkie siły należy skierować na edukację. Rodzice muszą wiedzieć co robić zamiast klapsa, krzyku czy bicia.
Rodzic ma być sam dla siebie policjantem. Nie postawimy przecież w każdej rodzinie z problemami opiekuna.

Trzeba nauczyć rodziców jak być dobrymi rodzicami i jak wychowywać szczęśliwe dzieci. Takie, które nie znają przemocy.

sobota, 2 grudnia 2017

Nie mamy powodu, aby bić dzieci…

Jeden z naszych czytelników zobaczył na plaży, jak matka bije małe dziecko za to, że sypało piachem. Zwrócił kobiecie uwagę, a ta z wrzaskiem na niego, żeby się nie wtrącał, bo to nie jego dziecko. Czy w kontekście ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, która weszła w życie w sierpniu, jesteśmy w stanie zrobić coś więcej w takich sytuacjach?
Fantastycznie zareagował. Gdyby pozostali świadkowie zdarzenia wykazali się taką samą odwagą, ta kobieta nie miałaby ochoty już krzyczeć ani na tego, co jej zwrócił uwagę, ani na swoje dziecko.
Sama poczułaby się niezręcznie. Właśnie rzecz w tym, żeby zwracać uwagę. Gdybym to ja była na tej plaży, wezwałabym ratownika, bo uważam, że mógłby swoim autorytetem wspomóc mnie w takiej sytuacji. Można także wezwać straż miejską i policję.

Wielu dorosłych żyje w przekonaniu, że dziecko jest własnością rodziców. Chyba niewiele się zmienia?
Każdy dzień rozpoczynam od internetowej "prasówki" i Facebooka, na którym można znaleźć wielu przeciwników i zwolenników tej ustawy. Jeden z przeciwników twierdzi, że wręcz należy bić dziecko i powołuje się nawet na Stary Testament. Oczywiście ustawa nie wpłynie na jego postawę ani dziś, ani jutro, bo to jest - jak sądzę _- kwestia co najmniej kilku lat. Jeszcze za rządów SLD 80 proc. Polaków było przekonanych, że bicie dzieci jest OK. Po pierwszych dyskusjach na ten temat oraz po wprowadzeniu konkretnych zapisów sporo się zmieniło, bo obecnie zwolennicy bicia stanowią 50 proc. naszego społeczeństwa. Machina urzędnicza musi jednak ruszyć, bo niemal codziennie docierają do nas informacje, że policja jest wzywana do pijanych matek. Jedna z nich miała ostatnio 3,7 promila w wydychanym powietrzu. Oczywiście ktoś powie: "To co? Matce nie wolno się w domu piwka napić?" A jak wybuchnie pożar albo dziecko wejdzie na parapet? Nie wolno jej, bo ma dwójkę małych dzieci w domu, dwie bezbronne istoty i różne sytuacje mogą się im przytrafić.

Od wejścia w życie tej ustawy rodzice boją się, że państwo będzie ingerować w ich życie, a sąsiedzi donosiciele w tym dopomogą. Te obawy są słuszne?
Zgodnie z prawem nie powinniśmy siedzieć za kierownicą po alkoholu, nie wolno nam popełniać przestępstw, przekraczać dozwolonej prędkości, nie wolno również bić dzieci, kobiet, osób starszych, używać przemocy wobec męża, bo takie przypadki również się zdarzają. Nie boję się tej ustawy, bo przestrzegam prawa. Jeżeli ktoś ma jakieś obawy, to być może ma coś na sumieniu.

A jak często zwraca Pani uwagę rodzicom, że źle traktują dzieci?
Póki nie byłam supernianią było mi zdecydowanie łatwiej. Zawsze rzucałam się na takie mamy i babcie ze złością. Teraz jestem osobą publiczną i to rodzice mnie często zauważają kątem oka, wtedy szybko się mitygują. Czasami się tylko uśmiecham, a czasami pytam: "Czy mogę jakoś pomóc?". Kiedy ostatnio byłam w centrum handlowym, zauważyłam matkę, która na oczach wszystkich przygrzmociła dziecku. Na mój widok jakoś tak odskoczyła, widziałam nawet, że chciała coś powiedzieć, ale w końcu wzięła dziecko za rękę. Nie jestem policjantem i nie będę przecież nad nią stać. Ale reaguję zawsze, zwłaszcza kiedy matka podjeżdża z dzieckiem pod sklep samochodem i już wysiadając z auta, szarpie się z maluchem. Wtedy jestem agresywna. Pytam ją, jakby się czuła, gdyby kierownik sklepu jej teraz przyłożył. Staram się dopasować reakcje do tego, co widzę. Trzeba mieć jednak oczy dookoła głowy, bo są i tacy, którzy mnie obserwują i oceniają.

Supernianię też mają na widelcu?
No tak, czasami słyszę: "Uwaga, superniania idzie". A przecież ja chodzę do sklepu na zakupy, a nie żeby polować na matki. Zresztą wizyta w sklepie to często gehenna dla matek. Po co one zabierają te dzieci na zakupy? Zwykle od wyjścia z domu są już wszyscy pokłóceni, bo żona nie wzięła siatek, mąż wolałby zobaczyć mecz, a dzieci są zasmarkane. W sklepie potem mamy ciąg dalszy: ona musi kupić jedzenie i kosmetyki, on woli obejrzeć dział z narzędziami, a dzieci pędzą do zabawek. No i awantura murowana.

Albo klaps. Dla niektórych to nic takiego, wolą go od bezstresowego wychowania. Wychowywanie bez norm, reguł i zasad to błąd w sztuce. Obowiązkiem rodzicielskim jest stworzyć dziecku bezpieczny świat, taki, w którym dziecko będzie miało zasady, normy i reguły, żeby wiedziało, co wolno, a czego nie, i dlaczego tak właśnie ma być. Dobrze prowadzone i wychowane dziecko ma zdecydowanie mniej stresów w życiu. 

A klaps. To złamanie reguł przez rodziców? 
Między klapsem a biciem nie ma różnicy, w obu przypadkach jest to uderzenie drugiego człowieka. Na to nie ma przyzwolenia. Profesor Maria Łopatkowa zawsze mówiła, że słowem "klaps" sprowadzamy całą sprawę do śmieszności. Nie ma żadnego powodu, dla którego mielibyśmy uderzyć drugą osobę. Kiedyś spytałam jedną z matek, czy po klapsie dziecko zaczęło nagle jej słuchać. Sama przyznała, że nic to nie daje. Powiedziałam jej wtedy: "To po co stosujesz taką metodę? Po co bijesz dziecko, skoro to nie działa?" A ona na to, że nie ma cierpliwości.

Wielu dorosłych jest przekonanych, że jak się komuś nie przetrzepie skóry, to nic z niego nie wyrośnie. Dostała Pani kiedyś klapsa w szkole czy w domu?
Nie, nigdy. W liceum była nauczycielka, która próbowała nas walić po głowie dziennikiem lekcyjnym, ale od moich rodziców nigdy podobnych rzeczy nie doświadczyłam. Wychowali mnie na otwartego i wolnego człowieka. Największą karą były dla mnie te niekończące się roz-mowy, ale nie były to bynajmniej kazania. Mówili: "No dobrze, nie podobało nam się, co zrobiłaś, dlatego wymyśl jakieś rozwiązanie". Zastanawiałam się potem, co zrobić.

Socjologowie z Uniwersytetu New Hampshire twierdzą, że bite dzieci są mniej inteligentne i bardziej bojaźliwe. Czy zgadza się Pani z tym?
Przemoc fizyczna czy psychiczna nas ogranicza. Stres paraliżuje większość ludzi. Kiedy ktoś stosuje przemoc, krzyczy, rozkazuje, po prostu się wyłączamy. Jeśli w ten sposób wychowujemy dziecko, to potem mamy ludzi, którzy wszystkiemu się podporządkowują, godzą się na służalczą rolę.

Świat się zmienia. Czy współczesne dzieci bardzo się różnią od swoich rówieśników sprzed stu lat?
Dostęp do technologii, wiedza o świecie, jest zdecydowanie większa, ale potrzeby dzieci się nie zmieniły. 50 lat temu dzieci także zadawały dużo pytań, tylko chciały wiedzieć, co jest za zakrętem, a obecnie, kiedy polecą na Marsa. Z kolei dziewczynki porzuciły szmaciane lalki dla Barbie. Zyskały matki. Są dużo bardziej świadome, wiedzą, że już nie muszą być w domu służącymi, chociaż niektóre dla świętego spokoju nadal się na to godzą, podczas gdy mąż i dzieci nie mają żadnych domowych obowiązków. Czasami pytam: "Naprawdę tak to lubisz?" W odpowiedzi słyszę: "Nienawidzę". Pamiętajmy, że mężczyzna nie może zrobić tylko jednej rzeczy: nakarmić dziecka piersią. Niech też reaguje, kiedy dziecko płacze, albo ugotuje obiad, zamiast marudzić, że jest głodny. 

Polacy gorzej radzą sobie z wychowaniem dzieci?
Wychowanie to jest czas poświęcony dziecku, wielu rodziców niestety o tym zapomina, tak jak i o tym, że dziecko ma takie same prawa jak dorosły. Sporo czasu spędziłam w Skandynawii i mam punkt odniesienia. Nie widziałam, żeby ktoś tam bił dziecko. Nasi rodzice nie czytają książek. Nie wiedzą, że dwulatek ma prawo mieszać ręką w zupie, że wszystkie dzieci w tym wieku tak mają, co nie znaczy, że nie trzeba go tego oduczać.

Dlaczego tak daleko nam do ideału?
Bo wydaje nam się, że wszystko wiemy najlepiej, a wiedzę z zakresu psychologii i pedagogiki traktujemy jak wiedzę szamańską. Nie wiemy, co to znaczy być rodzicem. Na szczęście powoli budzi się ta świadomość. 







piątek, 10 listopada 2017

Truskawki z bitą śmietaną....

Dzieci czasem strasznie chcą postawić na swoim i mięć rację. Ośmioletni synek znajomej ostatnio zaczął sprawiać mamie „tego typu“ kłopoty, bo wydaje mu się, że pozjadał wszystkie rozumy. Wczoraj wrócił ze szkoły i awanturował się, że nie ma w domu flagi narodowej, żeby wywiesić 11 listopada.

Mama tłumaczyła, że na ich osiedlu to prawie nikt nie wywiesza, bo co to za okazja w końcu. Przecież, „Co mamy z tej niepodległości jak roboty nie ma i kryzys i kłopoty“?.Mama tak mu powiedziała, a on na to, że ona się nie zna i nic nie wie. Chłopiec także nie słucha w tej kwestii ojca, tylko, flaga i flaga. Rodzice wiedzą, że to na pamiątkę, ale przecież teraz, to co ta flaga ma zmienić? Tylko prać trzeba potem.

Okazuje się, że ośmiolatek jest - przynajmniej w tym wypadku - mądrzejszy od swoich rodziców. Może forma jego wypowiedzi nie jest najlepsza, ale co do treści, to ja jestem z niego dumna.

Wobec pytania „Co z tego, że Polska odzyskała niepodległość?” – brak słów. Postaram się jednak wyjaśnić mój punkt widzenia.Wywieszałam, wywieszam i będę wywieszać flagę w narodowe święta, bo jestem częścią tego narodu. Każdy obywatel jest. Proszę o tym nie zapominać .

W dniu 11 listopada chcę podziękować i pokazać, że pamiętam o tych wszystkich, którym wolną Polskę zawdzięczamy. Każdy obywatel zawdzięcza.Wiem, że ta odpowiedź być może nie jest taka jakiej się wielu spodziewało, ale innej nie mam.

Często dzieci zamiast uczyć się od rodziców wierszyka o „Polaku małym” muszą się tłumaczyć z własnego niedorosłego, ale bardzo emocjonalnego patriotyzmu.Przykład mojej znajomej uzmysłowił mi, że być może wielu z nas nie zna odpowiedzi na najprostsze pytania.Czym jest dla nas niepodległość, patriotyzm, duma narodowa? Jak to się stało, że przeszliśmy nad dobrem jakim jest niepodległa Ojczyzna do porządku dziennego? Nie mam zamiaru zanudzać nikogo definicjami, bo te jeśli się zechce to znajdzie się w słowniku. Wystarczy zajrzeć. Nie zrobię też wykładu z historii Polski.

Trudno mi jednak pogodzić się z prezentowaniem - często przez rodziców wobec dziecka - postawy tak różnej od tej, którą wpajano mi w domu.Teoretycznie to jesteśmy w Polsce wszyscy specjalistami od patriotyzmu. Słyszeliśmy o Westerplatte, Powstaniu, wiemy co to heroizm i smutek przegranej. Znamy wiele tragicznych wydarzeń. Obchodzimy smutne rocznice. Patrzymy na historię Polski przez pryzmat grobów jej najdzielniejszych synów.

Może właśnie dlatego trudno nam cieszyć się i okazywać radość i szczęście w Dniu odzyskania Niepodległości. Może dlatego to święto nie wygląda tak jakby mogło.Czy rzeczywiście jesteśmy patriotami Drodzy Państwo? Wiemy, że patriocie, na co dzień leży na sercu dobro Ojczyzny. Staramy się szanować symbole narodowe takie jak flaga, godło i hymn. To dobrze

Ale czy 11 listopada w oknach Waszych domów pojawią się barwy narodowe?? Jak wytłumaczycie dzieciom znaczenie słowa NIEPODLEGŁOŚĆ? Jakimi słowami wyjaśniacie dlaczego jest taka ważna? Czy potraficie opowiedzieć dziecku co się właściwie wtedy stało? Co pamiętacie ze szkoły?

Uważam, że trzeba znać historię swojego kraju. Brak wiedzy na ten temat to według mnie oznaka braku szacunku dla wszystkich tych, którzy za Polskę walczyli i często ginęli. To także brak szacunku dla samego siebie.O tych wszystkich sprawach trzeba rozmawiać z dziećmi. Nie należy przy tym zapominać, by ten dzień był radosny, przyjemny i napawał nas dumą. O to przecież walczyli nasi dziadkowie i pradziadkowie. O to, żebyśmy my dziś mogli się cieszyć i świętować. Abyśmy mogli robić to, czego oni nie mogli. Wywieszać flagi narodowe i manifestować nasz patriotyzm.

Proponuję, by zamiast się spierać o flagę, razem z dziećmi zrobić nawet małą biało-czerwoną chorągiewkę i wetknąć ją w doniczkę na oknie od ulicy. Zrobić kotylion i przypiąć tego dnia do ubrania.11 listopada w jakże radosnym dniu Święta Niepodległości zachęcam, by całą rodziną odwiedzić okoliczne miejsce pamięci związane z rokiem 1918, potem pójść na biało-czerwone lody. 

Lub choćby bitą śmietanę z truskawkami. 

czwartek, 2 listopada 2017

Odwiedziny

Pamiętam jeden z tych dni szczególnie. 

Mam może 4, może 5 lat. W tłumie, morzu ludzi idziemy a w zasadzie suniemy do przodu. Nic nie widzę, poza szarymi płaszczami ludzi a mama mocno trzyma mnie za rękę. Jest mi duszno i strasznie.
Nie bardzo mogę oddychać, bo w powietrzu unosi się mocny zapach stearyny, niejako przypisany temu dniu. W pewnym momencie brat mamy, Włodek podnosi mnie do góry i sadza na swoich ramionach. Patrzę na tysiące ludzi próbujących przejść przez wąską bramę cmentarną. Wszyscy są ubrani inaczej niż zwykle – elegancko. Płynę środkiem ludzkiej rzeki poplamionej kolorowymi chryzantemami. Jest szaro i mży.

1 listopada - Dzień Wszystkich Świętych 2 – Dzień Zaduszny. Dni, w których odwiedzamy groby. Groby bliskich, przyjaciół, znajomych, ale zdarza się, że i obcym zapalamy światełko. Dni pamięci o tych co byli tu przed nami i zostali za nami w cieniu.

Śmierć, odchodzenie, temat trudny dla bardzo wielu ludzi. Mało o umieraniu rozmawiamy i zwykle ze smutkiem i zadumą. Odcinamy się udając, że w ogóle nas to nie dotyczy. A przecież dotyczy, rodzimy się i umieramy, taka jest kolej rzeczy. Tak po prostu jest. 
Często rodzice pytają, czy zabierać dzieci na pogrzeby albo na odwiedzanie grobów 1 czy 2 listopada. Malucha lepiej zostawić w domu, pod opieką, dzięki temu będziemy mogli w spokoju zadumać się nad życiem i śmiercią. Gdy dziecko jest w stanie zrozumieć czemu wybieramy się na cmentarz, warto by pojechało czy poszło z nami.

Większość ludzi, odwiedza rodzinne groby raz, dwa razy w roku – na Wszystkich Świętych, Zaduszki no i może z jakiejś jeszcze jednej okazji. Zwykle nie chadzamy tam na spacery, no chyba że zwiedzamy nekropolie, w poszukiwaniu grobów znanych ludzi. Powązki, Père-Lachaise, Rosa, czy Pęksowy Brzyzek.

Pierwsze dni listopada to jednak okazja szczególna, przy grobach spotykają się dawno nie widziani krewni, wzruszamy się, zachwycamy tym, że dzieci tak urosły a my nadal tacy sami. Dowiadujemy się o chorobach, ślubach a czasem pogrzebach, na których nie byliśmy... Takie spotkanie rodziny w gronie żywych i tych którzy odeszli.

Dla dzieci te jesienne odwiedziny, u często nieznanego dziadka czy kuzyna, to jednak pewnego rodzaju atrakcja. Wybieranie zniczy i kwiatów. Tyle rodzajów, tyle kolorów. Znicze grające, świecące. Kwiaty prawdziwe i sztuczne i te najpiękniejsze na świecie chryzantemy. Złote kule, białe, żółte, fioletowe. Aż żal, że nie można mieć ich wszystkich. 

Wspólne porządkowanie grobu, - jeśli tylko rodzice pozwalają na ten grób wejść – byle tylko ostrożnie – to wyróżnienie i odpowiedzialność. Zapalanie świec prawdziwymi zapałkami i rozstawianie ich na płycie. Ustawianie doniczek z kwiatami tak, by było najładniej. Po drodze przez cmentarne alejki czytanie napisów na pobliskich mogiłach. Listopadowa wizyta na cmentarzu to przede wszystkim wspomnienie naszych bliskich, zaduma, okazanie szacunku, modlitwa a właściwie rozmowa z tymi najdroższymi, do których tęsknić nie przestaniemy nigdy. 



W drodze powrotnej wspominki o tym co było i minęło. Dzieci uwielbiają ten czas i zadają mnóstwo pytań. Wyjątkowych pytań w wyjątkowym dniu. Pytają nie tylko o śmierć i przemijanie, ale także o wspomnienia i emocje minionych chwil. Wielu z nas po powrocie do domu ogląda fotografie w rodzinnych albumach... 
Bardziej jakby czujemy się rodziną i my ci, których już z nami nie ma.

Tyle nazwisk, tylu ludzi, starych to normalne, ale też młodych i nawet dzieci… Wtedy często padają pytania: Dlaczego oni umarli? Przecież nie byli starzy. Trudne i żmudne tłumaczenie i wyjaśnianie, aż do wybawienia w postaci straganu pełnego obwarzanków i pańskiej skórki, są też „szyszki” z dmuchanego ryżu. Buzie zalepione słodkościami zapominają o pytaniach. Trzeba zjeść, żeby odwiedziny się „liczyły”. 

Ta tradycja jest w naszej rodzinie do dziś. Pańska skórka jest obowiązkowa.
Pierwszego w południe jak co rok wybiorę się do Mamy, babci, brata, do ciotek i wujów. Niektórych nigdy nie poznałam, umarli zanim się urodziłam, ale znam ich z rodzinnych opowieści. A przecież „Ludzie tak długo żyją, jak pamięć o nich żyje “. Wieczorem jak zwykle pojedziemy na Powązki.
Zawsze się wzruszam tysiącami świec świadczących o naszej narodowej pamięci o bohaterach.

Z moimi synkami, gdy byli mali co rok zapalaliśmy także światełko pod jakąś tablicą wmurowaną w ścianę kamienicy. Tablicą upamiętniającą śmierć w czasach wojny, zwykłych, jak my warszawiaków Tych co nie mają grobu, cmentarza ani rodziny co postawi doniczkę z chryzantemami i po zapaleniu zniczy przystanie nad nimi w zadumie. Tego dnia to my jesteśmy ich najbliższymi. Tych wszystkich bezimiennych, którzy żyją w naszej pamięci.