niedziela, 29 czerwca 2014

Przytulmy lato - harmonogram :)


Już jutro rusza nasza akcja Przytulmy lato .
Oto cały harmonogram wakacyjny.
Zapraszam na spotkania :)

CZERWIEC
30 –Łeba Arena Słońca
LIPIEC
1 – Jastrzębia Góra KARWIA „Pasja”
2  - Władysławowo „Messa Dom Kuracyjny”
3 – Władysławowo „Rejs”
4 – Jastrzębia Góra „Primavera
5  - Krynica Morska „Caro”
6 -  Krynica Morska „Caro”
7 – Jastarnia „Hotel Zdrojowy”
8 -  Darłowo „Lidia”
9   - Kołobrzeg „Provita”
10 - Kołobrzeg  „Provita”
11 – Międzyzdroje „Wolin”
12 - Niechorze „Del Mar”
13  - Ustka „Hotel Lubicz”
14  - Łeba „Fregata”
15   - Łeba „Wodnik”
16 -  Dźwirzyno „Geovita”
17  - Kołobrzeg „Diva”
18  - Świnoujście „Interferie”
19 – Kołobrzeg Aquarius Spa
20  - Dąbki „Delfin”
21 – Międzywodzie „Marena Spa”
22  - Międzywodzie „Marena Spa”
26 - Jastrzębia Góra „DW Wiktoria”
27 – Jastrzębia Góra „Zew Morza”
28  - Sopot  „Villa Baltica”
29 – Karwia „Karwia Dworek”
30  - Rowy „Hotel Kormoran
31 – Mielno „Unitral”
SIERPIEŃ
1 – Hel „Cassubia”
2 -  Stegna „OW Koral”
3 -  Kąty Rybackie "Tristan"
4 - Jastrzębia Góra „Pasja”
5 – Łeba „Zdrowotel”
6  - Łeba „Chemar”
7  - Łeba „Fregata”
8 - Ustka „Hotel Lubicz”
9 - Ustka „Royal Baltic”
10 - Darłowo „Lidia”
11 – Łeba „Arena Słońca
12   - Dziwnówek „Familijni”
13 – Łazy „Uniwersal”
14 – Mielno „Unitral” 
15 – Łazy „Solaris”
16 – Ustronie Morskie „Lambert”
17 – Ustka Słoneczna
18  - Łeba – Gród Księcia 
19  - Ustka „Hotel Grand Lubicz”
20  - Międzyzdroje „Hotel Aurora”
21  - Międzywodzie „Marena spa”
22 – Dźwirzyno „Senator”
23  - Dziwnówek „Familijni”
24 – Dźwirzyno „Hotel Havet”
25  - Trzęsacz „Willa Hoff
26  - Trzęsacz „Willa Hoff”

piątek, 27 czerwca 2014

Na kolonie


Decyzja o pierwszym samodzielnym wyjeździe jest dla dziecka jak i dla jego rodziców bardzo ważna. To trzeba w gronie zainteresowanych przegadać. Snuć opowieści o wieczornych podchodach i zabawach przy ognisku. Rozsupłać worek ze swoimi dobrymi wspomnieniami.
Takie opowieści nie tylko wzmacniają u dziecka pewność siebie, ale także budują wasze z nim relacje. Nie koloryzujcie przy tym i nie stwarzajcie pozorów niekończącej się idylli. Nie chcecie przecież, aby przyszły kolonista się rozczarował. Dziecko powinno wiedzieć na czym polega kolonijne życie, jak wygląda przykładowy dzień, jakie mogą go tam czekać atrakcje i jakie ewentualne wyzwania, żeby nie użyć słowa problem.
Ta wiedza ma mu dodać pewności siebie. I nawet, jeśli będzie mieć obawy związane z rozłąką z rodzicami to zniesie je łatwiej, wiedząc, co na niego czeka. Dobrze jest podawać konkretne przykłady różnych możliwych sytuacji. 
Zapewne nic złego się nie zdarzy, ale dziecko poczuje się pewniej znając możliwe rozwiązania. Powinniśmy wyjaśnić dziecku, że na kolonii dbać i opiekować się nim będzie ktoś obcy. Czasem bywa, że taka osoba jest w wieku starszego brata lub siostry. Dziecko musi jednak wiedzieć, że w trudnej sytuacji może liczyć na jego pomoc. Ważne, a może najważniejsze, jest więc zbudowanie podstaw zaufania do opiekuna. 
Mały kolonista powinien zrozumieć, że jeśli będzie potrzebował pomocy, rady lub wsparcia, zawsze może na niego liczyć. Trzeba koniecznie poruszyć także trudne tematy. Uczulcie na to dziecko  i przypomnijcie, że koniecznie w sytuacji "podbramkowej" ma zwrócić się do osoby dorosłej po pomoc. Poza tym o ewentualnych problemach zawsze może opowiedzieć Wam, przez telefon. 
Przed wyjazdem upewnijcie się czy wasze dziecko jest wystarczająco samodzielne. Zróbcie może w domu taką kolonię „na próbę”. Nawet jednodniową. Zacznijcie od pobudki, ścielenia łóżka, smarowania chleba przy śniadaniu, krojeniu mięsa przy obiedzie i tym podobne. Jeśli dziecko jeszcze nie posiada  takich umiejętności to spróbujcie przed wyjazdem nauczyć tego przyszłego kolonistę. Można też dla zabawy pokazać dziecku jak  uprać majtki czy skarpetki, choć nie jest to umiejętność niezbędna na koloniach. Ważniejsze jest sortowanie ubrań na czyste i brudne. 
Bardzo delikatną  sprawą są kolonijne finanse. Ile pieniędzy dać dziecku? Pamiętajmy, że dziecko ma zabezpieczone wszystkie podstawowe potrzeby. Kieszonkowe przeznacza się na dodatkowe przyjemności. Nie można przesadzić i dać za dużo. Wyliczcie mniej więcej, ile może wydać dziennie na picie, coś "niezdrowego” co jedzenia ( jeśli dajecie na to zgodę) i inne wakacyjne atrakcje, np. pamiątkę dla babci.  Licząc 5 złotych dziennie to mniej więcej 70 złotych będzie górną granicą. Ale oczywiście można dać więcej, ale też nie za dużo. Chodzi o to by wszystkie dzieci miały podobną sumę. Małe dzieci jeszcze nie radzą sobie z planowaniem wydatków, dlatego dobrze jest dać dziecku połowę sumy, a drugą połowę w kopercie wręczyć wychowawcy. Dobrze jeśli dziecko ma telefon komórkowy, pod warunkiem, że się na nim zna.  Jeśli wiecie, że w ośrodku jest automat telefoniczny, możecie dać dziecku kartę do automatu.
Koniecznie jednak przed wyjazdem poproście o numery telefonów do wychowawców, także adres i telefon do ośrodka. Błagam nie dzwońcie tam trzy razy dziennie. Maluch mając komórkę (jesli postanowicie mu ją dać), sam będzie mógł się z wami skontaktować, jeśli będzie chciał. A wy zawsze przecież możecie sprawdzić czy wszystko w porządku, rozmawiając z wychowawcą.
Często rodzice zastanawiają się ile ubrań dać dziecku. Co zapakować? To powinno interesować nie tylko rodziców, ale głównie malucha. Ma on możliwość - czasem po raz pierwszy- samodzielnego wyboru rzeczy, które będzie chciał zabrać ze sobą na kolonię. Nie pakujmy samych nowych ubrań, bo dziecko (szczególnie małe) może mieć problem z ich rozpoznaniem.
Oczywiście pakujemy dziecko wedle uznania, ale pamiętajmy, że dziecko musi mieć wystarczającą ilość bielizny i ubrań na zmianę. Lepiej jedną więcej niż o jedna za mało... Ale też bez przesady. Dobrze jest wcześniej dopytać o dodatkowe niezbędne akcesoria. Teraz już chyba wiecie jak przygotować dziecko na przygody czekające młodego kolonistę.
A więc w drogę.

PS i nie stresujcie się niepotrzebnie. Nie słuchajcie podszeptów ciężko przerażonych "lepiejwiedzących" znajomych. Z uśmiechem na ustach i radością w sercu, że wasze dziecko dorasta odprowadźcie na miejsce zbiórki i bądźcie dumni, że jedzie samodzielne i takie już duże :)

Dzieci świetnie sobie poradzą. Przecież pracowaliście na to kilka wcześniejszych lat :)


czwartek, 26 czerwca 2014

Jadę do Was



Pewnego wieczora, zupełnie nie tak dawno, siedzieliśmy sobie z mężem na kanapie planując tegoroczne wakacje. Pracujemy w rytmie roku szkolnego, więc wakacje zawsze są dla nas długie. Dwa miesiące. Co robić?
No i wymyśliliśmy!
Skoro nad polskim morzem wypoczywają rodzice z dziećmi z całego kraju, z miast i miasteczek, których podczas roku szkolnego nie mam szansy odwiedzić, postanowiliśmy spotykać się z nimi w miejscach, ich letniego wypoczynku.
Krok po kroku, wybraliśmy miejscowości nadmorskie od wschodu do zachodu i rozpoczęliśmy poszukiwanie hoteli, ośrodków wczasowych i pensjonatów. Zaczęliśmy wędrować po Internecie szukając telefonów, maili, osób odpowiedzialnych za marketing,
Szczególnie zwracaliśmy uwagę na miejsca dysponujące ofertą dla rodzin z dziećmi. Bardzo pomocne okazały się opinie internautów na moim fanpejdzu. Myszkowaliśmy po wszelkich dostępnych „urlopowych” stronach.
Przeglądaliśmy propozycje hoteli, domów wczasowych, ośrodków z domkami kempingowymi, nawet pola namiotowe. Wszak odpoczywamy latem na różny sposób.
Powstała lista adresów mailowych na które wysłaliśmy propozycję udziału w akcji. Teraz pozostało już tylko czekać na odpowiedzi – tak nam się przynajmniej wydawało.
Na dziesiątki wysłanych maili odpowiedziało zaledwie kilka hoteli. Zaczęło ogarniać nas zwątpienie. Powstała kolejna lista, tym razem telefonów do wszystkich miejsc do których zwracaliśmy się mailowo.
Zaczęliśmy dzwonić, by sprawdzić dlaczego tak niewielu odpisuje. Okazało się,  że nic nie zastąpi bezpośredniego – choćby właśnie telefonicznego – kontaktu. Do ośrodków wypoczynkowych przed sezonem przychodzą setki podobnych zapytań, trudno wyłowić z nich te interesujące. Niektóre nasze listy także albo zostały zignorowane, albo poszły na „nieaktualny adres”, albo po prostu  zniknęły wśród tego morza spamu.
Na dwa telefony – ja i Robert - wyjaśnialiśmy więc po kolei szefom od marketingu, dyrektorom, właścicielom o co chodzi w naszej akcji.
No właśnie o co chodzi?
Wiadomo, że wszyscy czekamy na wytęskniony urlop. Niektórzy na ten nad najpiękniejszym morzem świata, Bałtykiem. Szczególnie rodzinne wakacje to czas, po którym wiele sobie obiecujemy. Marzymy o skąpanej w słońcu plaży, rozgrzanym piasku pod stopami i pragniemy, aby wszystkie te marzenia się spełniły.
Rodzice i dzieci pragną, aby podczas pobytu na wakacjach wszystko było tak jak wyobrażali sobie przed wyjazdem, albo jeszcze fantastyczniej. Mama oczekuje relaksu w cieniu parasola czy zaciszu parawanu, tata ma nadzieję, że wreszcie przeczyta odłożoną jeszcze w marcu książkę i zrobi milion najlepszych na świecie zdjęć. Dzieci zaś chcą zabawy, zabawy no i w wolnych chwilach… zabawy. Jak to wszystko połączyć? Jak spędzając wspólnie jak najwięcej czasu zaspokoić różne oczekiwania? Jak zapewnić dzieciom bezpieczeństwo  nie będąc nadopiekuńczym rodzicem?
Akcja Przytulmy Lato, to spotkania z rodzicami i rozmowy – w sumie mały psychologiczny stand up – a potem, jeśli będzie takie zapotrzebowanie spokojne indywidualne konsultacje. Wiem, że jest taka potrzeba, bo przecież w podobny sposób pracuję cały rok.
I to wszystko „za gratis”. Dla rodziców i hotelu. Jak to możliwe? Ano możliwe. Dzięki fantastycznemu wsparci jakiego udzielili nam partnerzy akcji. Hotelarze z wybrzeża. Po każdym spotkaniu z rodzicami umożliwili nam bezpłatny nocleg w ich obiekcie.
Bez tego nic by się nie udało.
61 dni, którymi dysponowaliśmy zaczęło zapełniać się bardzo szybko. Ciepłe, miłe rozmowy i logistyczne „czary mary”, by akcja miała ręce i nogi.
Równolegle rozpoczęliśmy oficjalne starania o honorowy patronat Rzecznika Praw Dziecka.
W końcu lista się domknęła. Dostaliśmy patronat Rzecznika.
A tak to wygląda w liczbach: 25 miejscowości i 40 obiektów, 55 spotkań i około 2000 km trasy.
Teraz czas na zapakowanie kredek i kartek do kolorowania dla dzieci, tak by w czasie spotkań z rodzicami mogły się pobawić.  Od zaprzyjaźnionej firmy Hippocampus dostaliśmy książki i filmy z kultowej serii „Było sobie życie”. Na prezenty dla uczestników spotkań.
Zaczynamy już za chwilkę, bo 30 czerwca w Łebie…
A potem w tę i z powrotem po polskim wybrzeżu. Będą blogi, zdjęcia, videorelacje na powstałym na potrzeby akcji fb Przytulmy Lato
Strasznie się cieszę, po pierwsze, że wymyśliliśmy tę akcję, po drugie, że udało się nam ją zaplanować.
Jestem pewna, że będzie udana.
Na pewno spotkam wielu wspaniałych rodziców i ich dzieci.
Tak więc uwaga – jak mawiała Superniania - „jadę do Was”.
J





niedziela, 15 czerwca 2014

Jeden horoskopowy bliźniak


Za chwilkę nadejdzie lato.
Dwadzieścia dwa lata temu lato zaczęło się dla mnie na porodówce. Przyszedł na świat mój drugi syn.
Pamiętam, że rodzinnie zjedliśmy niedzielny obiad a ja poczułam, że to będzie właśnie dziś.  Tak na pewno, przecież to nie pierwszy raz.
Zapakowana jak paczka do taksówki zostałam więc odwieziona do szpitala.

Normalne 52 kilo plus 28 ciążowego wieloryba. Takie były czasy. Nie dość że „dobrze” było utyć jak słoń, to jeszcze nie za bardzo należało się tą ciążą chwalić. Wielkie sukienki, jeszcze większe ogrodniczki. Matrona w ortopedycznych butach. Masakra modowa.
Ale to nie miało znaczenia. Najważniejszy był ON. Poród trwający niewiele ponad 20 minut. Wszystko na ostatnią chwilę.
Jest.
Mały wielki człowiek, całe 63 centymetry i 4750 wagi.  Wszystko z nim w najlepszym porządku.
Koło mnie chodzą i szepczą, nie wiem co się dzieje.
Podobno jakieś kłopoty były. Podobno nie mogli sobie poradzić. Ale udało się. Nikt nic nie mówi.
- Ona się nie martwi - mówi lekarz .
- Dała radę.
Po chwili orientuję się, że ona to ja.
Na dyżurce dzwoni telefon. To do niej. Już wiem ,że chodzi o mnie. Połączenie z Australii robi wrażenie. To siostra z gratulacjami. Zrobiłam jej prezent na urodziny.
Wzruszam się. To nie jest trudne.
Pierwsze śniadanie w szpitalu to kostka podsuszonego upałem pasztetu i kromka chleba. Obowiązkowa bawarka. Na mleko. No żeby było.
Synek przy moim łóżku śpi grzeczniutko. Odpoczywam, choć zmęczona nie jestem Ale śpij kochanieńka, w domu nie pośpisz – radzą położne. Więc śpię. Śpimy oboje. Dziwaki. Wszędzie obok płacz i nerwy. A u nas cisza.
Trzy dni i do domu. A tam starszy czteroipółletni starszy brat. Z wielkimi dłońmi i w ogóle jakiś taki „wyrośnięty” przez te trzy dni.
Gapi się z rozczarowaniem na młodego i pyta czemu urodziłam mu syna? Chciał przecież siostrę. Starszą. Z kucykami.
No nie spisałam się.
Grom z jasnego nieba.
Choroba. Pogotowie. Nikt nie wie co się dzieje. Musi pani zostać w szpitalu na kroplówki. Taki wysiłek musi się odbić. Nie mogę, mam w domu noworodka. Wracam więc. Trzy tygodnie leżenia murem, codzienne zastrzyki. Wiaderko leków do łykania. Leżę jak kłoda i cierpię. Świat wiruje. Coś z błędnikiem. Moja dzielna kochana Mama spisuje się znakomicie.
W końcu koniec chorowania, wstaję i zaczyna się rekonwalescencja i próba karmienia naturalnego, po trzech tygodniach walki o każdą kroplę dla synka. Butelkowane dziecko nie bardzo jest chętne. Ale udaje się. Wspaniale.
Upalne lato spędzane z chłopcami i moją mamą na wypożyczonej na tę okoliczność działce na Okęciu. Co chwila huk lądującego lub startującego samolotu. Ale Synkom to nie przeszkadza. Jednemu spać, drugiemu bawić się radośnie.
Czas mija, chłopcy rosną jak na drożdżach. Szczęście mamusi.
Za kilka dni – 21 czerwca - miną 22 lata od tamtego dnia, tamtego lata.
Spełnienia marzeń synku.

Szczęścia. Kocham Cię bardzo.


poniedziałek, 19 maja 2014

Jestem miła i uprzejma nawet dla ludzi, którzy na to w żadnym stopniu nie zasługują.





Przydługi tytuł?
Wiem...
Nie wiadomo o co chodzi?
Już wyjaśniam...
Mimo, że sama jestem wielką gadułą, lubię rozmawiać z ludźmi, szybko nawiązuję kontakty, jestem ciekawa spotkanych osób. Umiem i lubię słuchać.
Jeśli nie mogę pogadać, to lubię popisać.
Próbuję wtedy maksymalnie jasno wyrazić swoje zdanie, bo wiem, że słowo pisane inaczej przenosi intencję i myśli niż mówione. Nie zawsze się to udaje, szczególnie, że nie jestem "przypięta do sieci"  i prowadzę bogate życie zawodowe.
Jeśli nie mogę popisać z kimś, staram się pisać do kogoś.
Prowadzę dwa blogi, staram się, by były dość regularne i bardzo, bardzo jasno napisane.
Bardzo lubię także - dodam, że pod własnym nazwiskiem - a nie jest to wśród osób publicznych zbyt częste - dyskutować (niekiedy gorąco) pod cudzymi blogami i różnymi artykułami.
Wszystko stąd właśnie, że lubię rozmawiać i nie boję się ujawniać swoich poglądów.
Mam jakie mam i to także może być punkt wyjścia do rozmowy czy nawet sporu.
Oczywiście z racji wyuczonego i wykonywanego zawodu rozumiem wiele mechanizmów rządzących ludźmi.
Na przykład wiem, że gdy niezbyt przychylny interlokutor rozpoznaje  w trakcie internetowej dyskusji osobę publiczną, natychmiast rozpoczyna atak. Nie ma wtedy znaczenia temat  rozmowy. Ważne by wywalić swoje frustracje, dokopać, opluć. Jeśli robi to osoba prywatna to zważywszy częstotliwość - uznaję to za normę. Spotykam sie z tym także u siebie na fb. Są takie osoby, ktore tylko po to pojawiają się na profilu by... zepsuć powietrze.
Jeśli zdarza mi się (sama nie wiem czasem po co ) wtrącić swoje dwa, a może nawet trzy grosze do dyskusji u innej osoby publicznej, z której poglądami się nie zgadzam, to zwykle natychmiast, z tamtej strony także kończy się merytoryka a zaczyna jazda personalna niekiedy bez trzymanki. Jest dla mnie zdumiewające, jak bardzo niektórzy nie potrafią oddzielić osoby od sprawy.
Zawsze jestem, albo BARDZO, BARDZO się staram być miła i uprzejma nawet dla ludzi, którzy na to w żadnym stopniu nie zasługują.
W normalnym świecie oczekiwałabym wzajemności.
Ale chyba nie żyjemy w normalnym świecie.
Wiem, że nie powinno się o innych ludziach pisać źle, ale może oni - ci tamci - nie wiedzą, że są niezbyt mądrzy, albo wręcz - nie bójmy się tego słowa - głupi? Może nie zdają sobie sprawy, że są złymi ludźmi?
Może po prostu tego nie rozumieją?
Może trzeba im to uświadomić.
Taka natchnęła mnie myśl po przeczytaniu tekstu pewnej pani w pewnym bardzo świętym portalu. Ups.. poświęconym.





wtorek, 6 maja 2014

Mała Miss i Mały Mister Polski - list


   Warszawa, 3 maja 2014


Dorota Zawadzka
Psycholog rozwojowy


                                                                                    Partner konkursu
Mała Miss i Mały Mister Polski


Z dużym zaskoczeniem znalazłam Państwa logo na bilbordzie rozpoczynającego się w Polsce konkursu Mała Miss i Mały Mister Polski.

Konkurs organizowany w takiej formie nie niesie za sobą żadnych korzyści dla dziecięcych uczestników, wręcz przeciwnie może być szkodliwy dla ich rozwoju. Plebiscyt bazujący na sms-ach przesyłanych przez rodziny i znajomych dzieci w żaden sposób pozytywnie nie wpływa na rozwój ich osobowości a także talentu i jest konkursem jedynie „urodowym” mogącym wyrządzić dużo krzywdy.
Dzieci, które nagle dowiadują się, że nie są najpiękniejsze choć mamusia i tatuś o tym zapewniali często borykają się z zaburzeniami poczucia własnej wartości przez długie lata.

W związku z tym właśnie, proszę Państwa o ponowne rozważenie kwestii udziału, patronowania lub/i finansowego angażowania się Państwa Firmy w tym wydarzeniu.

Psychologowie jednoznacznie i jednogłośnie wyrażają negatywną opinię na temat tego plebiscytu. Nie ma także żadnego głosu pozytywnego  w środowisku pedagogów
i osób aktywnie zajmujących  się dobrem dzieci. Ja – jako psycholog  dziecięcy z trzydziestoletnim doświadczeniem, również w pracy z dziećmi szczególnie utalentowanymi, nie widzę żadnych dobrych stron tego przedsięwzięcia.  Jest to jedynie forma działalności biznesowej organizatorów obliczona na chęć rodziców do chwalenia się swoimi dziećmi.

Patronowanie takiej imprezie wydaje się być niedobrą formą reklamy.

Ponawiam więc prośbę o rozpatrzenie wycofania się z partnerowania firmie
Quennie.pl.
Wspieranie tej inicjatywy nie jest w żaden sposób związane z dobrem dzieci, a sądzę, że działali Państwo w przekonaniu, iż właśnie tak postrzegane będzie wsparcie, którego udzielacie Panu Antosikowi. Mam nadzieję, że zmienicie zdanie i wycofacie poparcie.


Z wyrazami szacunku
Dorota Zawadzka


środa, 16 kwietnia 2014

Do sztambucha państwa E.




Taki  wpis pojawił się dziś na stronie państwa E.
Nazwiska tych państwa nie wymieniam, by nie reklamować. Nie reklamuję bowiem i nigdy nie reklamowałam,  rzeczy szkodliwych dla dzieci. Obiecałam jednak, że się odniosę do „zarzutów”, co czynię poniżej. Robię to po raz kolejny i mogę robić jeszcze wiele razy, bo jak widzę czytanie ze zrozumieniem szwankuje.

Po pierwsze nie boję się państwa E. i dyskusji na żaden temat. Nie mam sobie bowiem nic do zarzucenia.

Ale po kolei.
Rzeczywiście nie zgadzam się na udział w żadnych przedsięwzięciach w których pojawia się małżeństwo, które stworzyło „potwora”, a więc stowarzyszenie i fundację straszące rodziców.
Nie opowiadam dziennikarzom o żadnych animozjach, bo nie rozmawiam o twórcach stowarzyszenia. Mówię jedynie, że z nimi nie chcę występować. Mam prawo do takiej decyzji i nie muszę się z niej tłumaczyć. Jeśli dla wydawców programów moja obecność jest większą wartością niż obecność kogoś z władz stowarzyszenia to bardzo mi przykro. Nie ja o tym decyduję. Może widzowie?


Nie jest prawdą, że znamy się tylko z telewizora. Raz niestety miałam nieprzyjemność słuchać pani E. Krzyczącej do mnie w słuchawkę telefonu. Ubliżającej mi – a dodam, że był rok chyba 2008 i nie miałam pojęcia kim jest ta osoba – słuchawkę mi podano  „bo ktoś chce z panią porozmawiać”.
Rzecz działa się po wyjściu ze studia TVN24 gdzie moim rozmówcą była sympatyczna osoba a rozmawiałyśmy o pierwszym chyba zamyśle rządu, by 6 latki trafiły do szkoły. Jeszcze przed reformowymi ustaleniami.
Drugie spotkanie miało miejsce, gdy z ramienia NGO uczestniczyłam w posiedzeniach Komisji Sejmowych w walce o ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Państwo E. także się tam pojawiali – jako przeciwnicy zmian – a teraz z uprzejmości a może z litości nie będę cytować, co wtedy mówili o projekcie Ustawy. Niestety zdania nie zmienili i to jest smutne. Zastanawiające, że państwo ci są zawsze przeciwnikami zmian.

Ja współpracuję i niezmiennie jestem po stronie dzieci a oni po stronie rodziców. Rodzicowi wg nich wolno wszystko i sama pani E. mówiła w TV: „Kary fizyczne są zawsze ostatecznością, ale z drugiej strony jeśli widzimy trzylatka, który wkłada palce do kontaktu to czasami lepiej zadziała klaps niż tłumaczenie… działania energii elektrycznej”. 

Tak mówiła będąc wtedy mamą 4 dzieci. Dziś jest dzieci więcej, więc rozumiem, że nerwy mogą puszczać częściej. Ale przypominam, że ustawa została uchwalona i w Polsce bić dzieci NIE WOLNO!
http://patrz.pl/filmy/janusz-korwin-mikke-o-karach-cielesnych-2009-09-02
Trzecie spotkanie miało miejsce w programie Tomasza Lisa. Do obejrzenia w sieci.
 

Współpracowałam z wieloma wydawnictwami, WSiP, Edukacja Polska i PWN. Wszystkie one wydawały i wydają podręczniki, także te dla nauczania zintegrowanego. Z pierwszego wykształcenia jestem nauczycielem ale wykładowcą akademickimi, z racji swoich wysokich kompetencji, byłam zapraszana do współpracy. Zupełnie nie rozumiem, jak ten fakt ( i zarabianie – co jak widać boli państwa E.) ma się do reformy oświaty? To jakaś spiskowa teoria. Nie pierwsza i nie ostatnia zresztą. Dodam może dla wyjaśnienie, że moje wykłady dotyczyły nie podręczników a budowania autorytetu czy współpracy z rodzicami ( do sprawdzenia – dla niedowiarków - na stronach wydawnictw). Mówiłam nauczycielom o ich zawodzie, dlaczego jest ważny i wspaniały.

Jeśli chodzi o „manipulowanie rodzicami” to państwo E. są niedoścignionym wzorem. Wmówić rodzicom, że „sześciolatek to jeszcze takie małe dziecko”, że nie poradzi sobie w szkole, że szkoły są siedliskiem zła, że są niegotowe, nauczyciele niekompetentni, - wystarczy poczytać sam „raport” - czyli de facto zbiór anonimowych donosów,  jak i wypowiedzi specjalistów o tymże. Wystarczy przypomnieć sobie prezentację „raportu" w Sejmie i natychmiastowe reakcje szkół. Wzbudzili lęk zarówno w rodzicach jak i dzieciach. Wywołali histerię i będzie się ona niestety mścić. Przez lata szkolnej kariery.

Stowarzyszenie straszy ogromną liczbą wypadków w szkole. Nie pisząc, że najwięcej jednak zdarza się ich w domu. Piszą o fatalnej infrastrukturze powołując się na raport NIK sprzed kilku lat, albo ten badający 32 szkoły na kilkanaście tysięcy wszystkich podstawówek. Posługując się dokumentami, które bardzo na wyrost nazwali raportami, spowodowali, że emocje - nawet jeśli są w jakimś stopniu zrozumiałe - wzięły górę.Nie jestem jedynym specjalistą, który uważa, że to rodzice a nie dzieci mają większy problem z decyzją o rozpoczęciu nauki w wieku lat 6. Wystarczy wygooglować.

W sprawie komercyjnej reklamy powiedziałam już chyba wszystko, są możliwości sięgnięcia do moich wpisów.
https://www.facebook.com/notes/dorota-zawadzka/177-rama/244895825590541

Ale dodam jeden argument, ze strony IMiD.
„Do ukończenia 3. roku życia w diecie dziecka powinno pojawiać się masło. Zawarty w nim cholesterol odgrywa kluczową rolę w rozwoju układu nerwowego. Masło jest świetnym dodatkiem do kanapek, nie nadaje się jednak do przygotowywania potraw w wysokich temperaturach. Nie powinno być wykorzystywane do smażenia, duszenia oraz pieczenia.

Kupując masło, zwracaj uwagę na ilość zawartego w produkcie tłuszczu mlecznego – powinien on stanowić minimum 82%. Tylko wtedy na opakowaniu może pojawić się nazwa „masło”. Od 3. roku życia zalecane jest stopniowe wprowadzanie margaryn wysokiej jakości.”

Nie nabawiłam się lęku przed rodzicami, Spotykam się z nimi regularnie, nieustannie w każdym tygodniu w całej Polsce. W szkołach, bibliotekach, klubach. Zdarza się nam rozmawiać o sześciolatkach i na szczęście jeszcze w realnym życiu ludzie potrafią dyskutować i słuchać rzeczowych argumentów. 


Powtarzam więc, nie boję się. Nie chcę także nigdy nikogo sobie podporządkować, chcę i staram się zawsze, by mój adwersarz zrozumiał moje argumenty, choć nie musi ich akceptować. To pewnie także różni mnie od państwa E.

PS Moi przeciwnicy, zarzucają mi, że mówię tak samo jak rząd. Wyjaśnię może, że o tym, iż dzieci mogą, a nawet powinny zaczynać edukację wcześniej niż w wieku 7 lat mówiłam zawsze.

Moi obydwaj synowie poszli więc do szkoły jako 6 latki. 
Wiele lat temu.