niedziela, 2 listopada 2014

Dziesiąty raz


Po raz dziesiąty byłam 1 listopada zapalić lampkę na grobie Mamy. Po raz dziesiąty ryczałam jak mała dziewczynka.
Dudek – tak do mnie mówiła. Dudek – nie płacz – powiedziałaby pewnie, gdyby stała obok.

Nieustannie mi jej brakuje, codziennie o niej myślę i zastanawiam się co myślałaby o  tym, co robię w życiu. Jaką jestem osobą.
Odwiedzam jej ulubione miejsca w Warszawie, kupuję do domu kwiaty, które lubiła, często słucham piosenek, które były dla Niej ważne. Wariactwo powiecie?
Nie, zupełnie nie. Była wspaniałym człowiekiem.
Była mądra, z poczuciem humoru, sprawiedliwa. Bywałą uparta i czasem obrażalska. Miała humory i nie wahała się ich używać.
Była babą z krwi i kości.
Cieszę się, że jestem do niej podobna zarówno fizycznie jak i z charakteru.

Moja licealna koleżanka, którą moja Mama-nauczycielka, uczyła w szkole średniej, napisała mi ostatnio Twoja Mama to dla mnie wielki spokój i opanowanie - to są dwa słowa, które najdokładniej Ją charakteryzują w moich wspomnieniach”.
Miała wielu przyjaciół, choć pewnie także i wrogów, jak to zwykły człowiek. Była towarzyska i dbała o ludzi.
Szkoły spod jej ręki odnosiły sukcesy a i Jej uczniowie wspominają ją dobrze.

Dla mnie była wspaniałym przyjacielem. Ufałam Jej bezgranicznie. Zawsze była moim wsparciem. Wkurzała mnie, gdy czasem krytykowała co robię lub mówię. Ale wiem, że miała rację, zawsze wiedziałam. Wtedy też, choć nie chciałam się do tego przyznać. Wszak tak jak i ona, bywałam uparta i czasem obrażalska.

Uwielbiała moich synów. Z wzajemnością. Miała dla nich niewyobrażalną cierpliwość i morze miłości.
Miała złote ręce, robiła nam niezliczone ilości swetrów. Kiedyś dostaliśmy od niej wszyscy moherowe golfy.
- Ładne są, przekonywała moich chłopców. Młodszy za Jej namową poszedł w nim do szkoły. Wrócił z obciętymi rękawami.
- Czemu to zrobiłeś? – z uśmiechem zapytała.
- Bo było mi gorąco.
- To czemu go nie zdjąłeś?
- Bo mówiłaś babciu, że ładny.

Jestem Jej wdzięczna, za każdą spędzoną razem chwilę. Za te wszystkie lata, gdy spokojnie prowadziła mnie przez życie ucząc, że jestem ważna, mądra i powinnam realizować swoje marzenia.

Nie wiem czy przyjdzie kiedykolwiek moment, że przestanie mi Jej brakować.
Nie sądzę.
Nawet nie chcę, by nadszedł.

Nie chcę.










sobota, 18 października 2014

Wstręciucho Ty




Wczoraj moja lodówka zmusiła mnie do pojechania na zakupy. W sklepie spożywczym  przez dłuższą chwilę przyglądałam się pewnej mamie, która próbowała uspokoić swoją rozkrzyczaną córkę. Mała miała około 5 lat.
„Uspokój się histeryczko jedna – wrzeszczała matka.  - Zamknij się, wstręciucho – niosło się po sklepie. – Za chwilę Ci przyłożę, tak, że popamiętasz na długo. –Zobaczysz zabiorę Ci wszystkie zabawki, gdy tylko wrócimy do domu. Nie mogę zakupów zrobić spokojnie, ludzie się NA CIEBIE gapią. Nie bądź złośliwa!”.
Dziecko krzyczało, że chce do tatusia, a matka kazała się jej zamknąć. „Masz być tu ze mną i nie dyskutuj. Bądź cicho”.
Dziecko jednak wrzeszczało i piszczało a matka razem z nim. Podeszłam, i cichutko i delikatnie (naprawdę) zaoferowałam swoją pomoc. Nie napiszę co usłyszałam, bo nie wypada. Kobieta wsadziła dziecko do wózka i wyszła. Pewnie nie opisywałabym tej historii, bo jest ich na pęczki, ale okazało się, że tatuś w tym czasie siedział przed sklepem czytając gazetę. Czekał. Nie rozumiem czemu więc dziecko musiało być z mamą?
Czy to ona bała się zostawić małą z tatusiem, czy on chciał mieć po prostu święty spokój. I dlaczego, gdy dziewczynka się rozpłakała, to mama jej nie powierzyła tacie?
O to nie zdążyłam zapytać...
Wiem, że rodzinną weekendową tradycją stało się od jakiegoś czasu, zwiedzanie centrów handlowych. Oczywiście niekoniecznie  w celu robienia zakupów. Właśnie nie dalej jak wczoraj widziałam setki dzieci w takim miejscu, to znaczy w przestrzeni sklepu, w „galerii”, na konkursach i zabawach. Mogę to zrozumieć, gdy zimno i leje, ale przy takiej pogodzie? Nie rozumiem.
Centrum handlowe, zwane szumnie „galerią” powinno być miejscem zakupów a nie spacerów i spędzania tam życia. A okazuje się, że wielu rodziców nie ma innego pomysłu. Centra handlowe to nie są miejsca dla dzieci, koniec i kropka. Ale może właśnie ta nazwa jest myląca. Nazwa „galeria” ma bowiem przewrotny charakter zabiegu marketingowego  i sugeruje miejsce ekskluzywne i wyjątkowe, przez analogię do galerii sztuki, którą się odwiedza i właśnie zwiedza.
Jeśli jednak już decydujemy się  na takie spędzanie czasu a dziecko zachowuje się niezgodnie z naszymi oczekiwaniami, to po pierwsze koniecznie trzeba sobie wybić sobie z głowy, że chce  nas ośmieszyć lub wprawić w zakłopotanie. Ono „walczy” o swoje. Często przyczyną „wybuchu” jest byt duża ilość bodźców zewnętrznych, ze szczególnym uwzględnieniem tych atrakcyjnych, całkiem nowe otoczenie i oczywiście zamieszanie związane z wyjściem z domu. Czasem jest to demonstracyjna niechęć do takiej formy rodzinnej „rozrywki”.
Inną z przyczyn złego zachowania może być po prostu chęć zwrócenia na siebie uwagi. Dziecko zdaje sobie sprawę, że łatwiej mu wywrzeć presję i osiągnąć cel, gdy zrobi „przedstawienie” w miejscu publicznym. Ale to także kwestia do „załatwienia” w domu. Jeśli dziecko wie, że nie musi walczyć o uwagę rodzica nie robi tego. Nawet w sklepie.
Nim zabierzemy więc dziecko poza dom, trzeba ustalić wszystkie obowiązujące zasady. Warto, porozmawiać o tym, gdzie i po co idziemy, i co będziemy robić. Wtedy dziecko łatwiej zaakceptuje zasady obowiązujące podczas wyjść. Najczęściej złe zachowanie spowodowane jest poczuciem utraty kontroli nad sytuacją. Nie traćmy jej więc i my.

Przewrotnie można oczywiście napisać, że dla postronnego obserwatora łatwiejsze do zniesienia jest wrzeszczące dziecko w galerii handlowej niż w muzeum czy galerii sztuki.

środa, 24 września 2014

Im gorzej tym lepiej - z archiwum





„Pora umierać”, mówiła Danuta Szaflarska w filmie Doroty Kędzierzawskiej o tym samym tytule. Patrząc na to co ostatnio dzieje się wokół, mogę powiedzieć to samo. 
 
Smutne to i straszne, nie wiem czy zawsze tak było, czy może z wiekiem widzę i rozumiem więcej, a może rzeczywiście pora umierać?

Media epatują tragedią, nieszczęściem, patologią. Nie ma dnia byśmy nie dowiedzieli się o tym, że ktoś kogoś ze szczególnym okrucieństwem, że ktoś komuś z czystej złości czy złośliwości. Że ktoś o kimś bezpodstawnie, choć publicznie.

Politycy kłócą się o wszystko i o nic, prześcigają się w upokarzaniu i ośmieszaniu „kolesia” z innego ugrupowania lub nawet ze swojego, jeśli taka potrzeba chwili.
W „rozrywkowych” programach ocenia się ludzi nie zważając na ich uczucia i emocje. Padają słowa, które paść nie powinny. Pokazuje się jednostki graniczne, patologiczne, puste i „ciekawe” jedynie z powodu sensacji jaką wywołują. 

Matki opowiadają w jaki wyszukany sposób biją swoje dzieci a nastolatki opowiadają o swoim życiu seksualnym, że szczegółami wyjętymi żywcem z hardcorowych pornosów.

Tak zwani „dziennikarze” bawią się sami ze sobą, ubliżając i poniżając innych. Propagują teksty rasistowskie i ksenofobiczne, beż żenady i co najgorsze bez konsekwencji. W cywilizowanych krajach, za podobne wypowiedzi traci się pracę. U nas w najlepszym razie problem zamiata się pod dywan. Na ogół jednak jest to kolejny przyczynek do rosnącej popularności „idola” mas.
W programach śniadaniowych rozmawia się z panią, która sprzątała u jakiejś gwiazdy, bo gwiazda nie jest zainteresowana mówieniem o swoim życiu prywatnym.

Porusza się tematy zastępcze, a jeśli już mówi się o ważnych, to robi się to w sensacyjny sposób. Najłatwiej ukamienować publicznie, a zainteresowany niech się martwi. Jest wesoło, bo nie ma platformy do obrony.

W pewnych audycjach radiowych niemalże nawołuje się do przemocy, uznając, że bicie dzieci jest w porządku. Robią to niejednokrotnie specjaliści z „bożej łaski”. Nomen omen.
Pojawiają się książki mówiące o trenowaniu a może wręcz o tresowaniu dzieci przy pomocy rózgi.

Ostatnio czytałam w jakimś plotkarskim blogu „kogoś ważnego z branży medialnej”, że celebryta co by nie zrobił, zrobi źle. Jeśli udzieli wywiadu, to znaczy, że chce by o nim mówiono i ma „parcie na szkło”, jeśli nie udzieli to znaczy, że się wywyższa lub ma coś do ukrycia.
„Znani i lubiani” są cytowani w pismach dla „gospodyń domowych”, czy tego chcą czy nie.
Prasa  w dużej części jest nierzetelna lub stronniczo nieelegancka. Nie ma już zbyt często dziennikarstwa poznawczego, odkrywczego, intelektualnego. Dziennikarze mówią a potem myślą, piszą a potem nie czytają co napisali, bo ważne jedynie, że inni czytają.

Plecie się więc ten łańcuszek absurdu. Co bardziej inteligentni widzowie, słuchacze, „czytacze” w ogóle starają się odciąć od tego medialnego chłamu zwanego potocznie „newsami”.
Dorosły sobie poradzi. Znajdzie przycisk „off” i zajmie się pracą, działką lub wnukami.
Ale jak to wszystko wpływa na najmłodszych lub młodych? Jaki świat im pokazujemy, czego uczymy? Jakie wartości propagujemy?

Nie ma już redakcji dziecięcej w TV, która podobno ma misję, nie ma też w  TV która podobno ma kasę i mogłaby. Tyle że po co? Skoro nie ma żadnego wyboru, to dziecko gdy podrośnie to i tak przyjdzie. 
     
To TV kształtuje świadomość, nie byt. No chyba, że TV to już byt? Byłoby to bolesne i straszne.
Na palcach jednej ręki mogę policzyć programy warte uwagi we wszystkich stacjach razem wziętych. Oczywiście można nie oglądać, tyle tylko, że media niektórzy z nas „wyssali z mlekiem” rodziców i nie potrafią inaczej.

Rośnie pokolenie, często bez wiedzy, wartości i perspektyw.
Gdy rozmawiam z nastolatkami w polskich szkołach słyszę „chcę mieć kasę - bo jak ją będę miał - będę kimś”. Wtedy mówię, NIE! Będziesz nikim z kasą. 

Rozmawiam z młodymi, którzy czerpią z tego wykreowanego przez lifestylowych spin doktorów świata, bezkrytycznie i bezmyślnie. Przyjmują wszystko dosłownie i biorą za wzór do naśladowania. Wierząc w to, co widzą i słyszą nie uczą się myśleć.


2012-02-24

PS tekst powstał niemal trzy lata temu. Jedyne co się zmieniło to to, że powstał specjalny kanał dla dzieci.
Reszta nadal aktualna - niestety.


sobota, 20 września 2014

Z archiwum - Rodzina "patchworkowa"...



ycie pisze dla nas rone scenariusze. Czasem dzieje sitak, e jeden zwizek sirozpada, poznajemy kogonowego i zaczynamy nowe ycie. Jak sobie z tym poradzi, jak pomoc dzieciom uwikłanym w poszukiwanie szczęścia przez rodziców. 

Moe zdarzysiskomplikowana sytuacja.
Spotykamy nowego mężczyznswojego ycia a on ma dziecko. Czy uda sii jak to zrobiby nasze dzieci sizaprzyjaniły? 

Zawsze jest szansa, e dzieci nawiążą bliskrelacj. Jeli chcecie wspólnie z partnerem by dzieci w przyszłoci zaprzyjaniły sii stanowiły dla siebie oparcie to oczywicie warto. Szansa zyskania rodzestwa jest dla dziecka na ogół atrakcyjna. 

Oczywicie zdarzajsisytuacje, gdy poznanie przyrodniego rodzestwa moe bytrudne lub niemoliwe. Zdarza sibowiem, e jedno, lub oboje dzieci zdecydowanie przeciwko temu protestuje. Na przykład kiedy trwa jeszcze silny konflikt midzy jego biologicznymi rodzicami. Gdyby mama chłopca była temu przeciwna lub była negatywnie nastawiona do twojego dziecka i waszego nowego zwizku czy domu to zdecydowanie trudniej byłoby dzieciom sizbliy

Jeli jednak takie powody nie istniejto zawsze warto próbowazaprzyjanidzieci.
Trzeba jednak bardzo mdrze zaaranowaich pierwsze spotkanie. Naley tepamitai dostosowasytuacjdo wieku dzieci. Nie naley tezbytnio przyspieszabiegu wypadków. Dobrze jest odczekaze spotkaniem, aemocje porozwodowe opadna stosunki midzy biologicznymi rodzicami siureguluj. Poza tym powinnicie bypewni, e Wasz nowy zwizek jest powany. e ma szansna stworzenie stabilizacji dla dzieci. Nie ma bowiem nic gorszego nizaprzyjanianie dzieci w sytuacji, gdy zwizek jest „tymczasowy”. Moe to spowodowazniechcenie do nawizywania kontaktów i swego rodzaju blokadmajcchroniprzed emocjonalnymi skutkami utraty przyjaciela. 

Jeli pierwsze spotkanie nie jest zbyt udane, to pamitajcie, e koniecznie trzeba poznapowód trudnoci czy tewzajemnej niechci. Próbujcie namawiado wspólnej zabawy, ale nic na siłę. Nie oczekujcie te, e dzieci od razu sizaprzyjaniczy pokochaja take, e od razu bdsinazywai traktowajak rodzestwo. 

Czasem biologiczna matka, mniej lub bardziej wiadomie, przekazuje dziecku negatywny stosunek do nowej rodziny. Bywa, e dziecko obwinia nowego brata lub siostro to, e odebrała mu tat/ mam. Wtedy niezbdne srozmowy i tłumaczenie, e rozstanie rodziców nie zmienia faktu miłoci do dziecka. I e adne dziecko nie ponosi za rozstanie odpowiedzialnoci. Pamitajmy te, e czsto biologiczne wychowujce sirazem rodzestwo trudno nazwaprzyjaciółmi. Nie jest wic oczywiste, e Wasze dzieci sipolubi. Moim zdaniem dobrze, e chcecie podjąć próby w tym kierunku. 

Tak wic gdyby pierwsze spotkanie zakoczyło siniepowodzeniem, dobrze jest odczekaz nastpnym jakiczas. Jedna poraka nie przekrela jeszcze szans na przyszłość.
Trzeba pomóc dziecku wejść w nowsytuacjby dobrze radziło sobie choby z czstymi w takich sytuacjach odczuciami straty i zazdroci o biologicznego rodzica. Proponujspowodowa, by dziecko raczej wyraało zazdrość nizaprzeczajej istnieniu. 

Zawsze trzeba wykazasidelikatnocii rozsdkiem. Warto obserwowarozwój wydarze. Trzeba pilnowa, by dzieci były traktowane sprawiedliwie. Doroli muszuwaa, by nie faworyzowajednego z dzieci. Trzeba oboje tak samo traktowai wychowywawedług tych samych reguł. Od tego nie moe byodstpstw. Absolutnie nie moe bypodziału na "twoje" i "moje" dziecko.
Jeli doroli smdrzy i ich celem jest stworzenie szczęśliwego zwizku, to wszystko siuda. 

utworzona przez SuperNiania w dniu 25 lutego 2011

piątek, 19 września 2014

Sto doświadczeń 2/100 - Sukces i porażka


Wracam do tekstu opisującego rzeczy, które powinno umieć/rozumieć/przeżyć dziecko zanim pójdzie do szkoły „Nie trzeba wpychać dziecka do strumyka”,
Teraz w cyklu „Sto doświadczeń” dokładnie wyjaśniam co i dlaczego jest dla dzieci ważne. Po kolei rozprawiam się z każdym wyzwaniem czy zadaniem.
Tak więc czas na drugie. "Dziecko powinno...":

Chcieć wygrywać i umieć przegrywać.

Rywalizacja nie jest moją ulubioną formą relacji międzyludzkich. Sama mam kłopoty z przegrywaniem, ale to bardzo życiowe i pierwotne. Wszystko co żyje, woli wygrywać zamiast przegrywać. Ponieważ jednak nie istnieje świat, w którym wszyscy, zawsze wygrywają, trzeba uczyć dzieci radzenia sobie z porażką. 

Prawdą jest stwierdzenie mądrego człowieka w filmie "Dobry rok". Wygrana daje nam niewiele wiedzy na swój temat. Tylko porażka czegoś nas o sobie samych uczy. Przegrać i poradzić sobie, przegrać i pogratulować zwycięzcy. To jest cenna umiejętność. Nie trzeba tego lubić, ale bez wątpienia warto to umieć.

Również nauczenie dziecka by chciało wygrywać, bywa sztuką. Wygrywanie wiąże się bowiem z rywalizacją. A nie wszyscy to lubią. Warto jednak na tym pracować, pamiętając, że są ludzie, choćby tacy jak ja, którzy nie przepadają za ściganiem się. Są też tacy, którzy w wielu sytuacjach życiowych lepiej czują się w drugim rzędzie, w tle, za kimś.

Nauka wygrywania i cieszenia się z sukcesu wiąże się nierozerwalnie z umiejętnością przyjmowania komplementów. Warto nauczyć dziecko, by pochwałę, czy komplement umiało skwitować zwyczajnym „dziękuję”. To wystarczy na początek. Przyjąć i uznać, że się należy.

Dziecko nie powinno się bać dążenia do sukcesu. Ten strach jest nieodłącznym towarzyszem w wyścigu o nagrodę. Strach poniesienia klęski. Gdy uda się nam wytłumaczyć dziecku, że nie każda przegrana to klęska, ale każda kolejna próba osiągnięcia celu przybliża nas do sukcesu, możemy skuteczniej motywować do bycia mądrzejszym, sprawniejszym, do sięgania dalej i wyżej. Realizowania swoich pasji oraz marzeń.

czwartek, 18 września 2014

Celem jest droga


Jestem osobą dość zajętą.
W każdym tygodniu prowadzę warsztaty dla rodziców w całej Polsce. Mam szkolenia dla Rad Pedagogicznych. Spotykam się z dziećmi w szkołach i przedszkolach oraz z czytelnikami w bibliotekach. Mam wystąpienia na konferencjach i kongresach W poniedziałki prowadzę, w ramach projektu fundacji „pomoc potrzebującym’ zajęcia z osadzonymi w warszawskim więzieniu na Olszynce Grochowskiej. Współpracuję z rzecznikiem Praw Dziecka, KOPD, HPR.
Często pojawiam się w radiu jako ekspert i na zwykłe psychologiczne pogaduchy. Prowadzę fanpejdz – mam fantastyczne, bardzo aktywne mamy i trochę tatusiów. Piszę dwa blogi, prowadzę grupę o filmach. Udzielam wywiadów, piszę artykuły. Kończę książkę o nastolatkach i zaczęłam dwie nowe. Wydajemy bajki Roberta – mojego męża - i negocjujemy z ilustratorami. Szykujemy „Przytulmy lato” i  być może i zimę…
Nieustannie coś czytam a w wolnych chwilach układam puzzle (2000 sztuk).
chodzę na wielokilometrowe spacery i na basen.
Oprócz tego i trochę nudzę się i gapię w TV.
Dzieje się.
Tak, tak .. to dzieje się w każdym tygodniu… Ale to okazuje się być za mało.
Bo celem jest droga.
I aby iść tą drogą z uśmiechem, właśnie dziś zapisałam się na studia podyplomowe.
Cały rok będę uczyć się o
współczesnej literaturze i książce dziecięcej.
Mam nadzieję, że dowiem się jak w nowoczesny, a co najważniejsze skuteczny sposób, kształcić nawyki czytelnicze i zainteresować dzieci i młodzież książką.
Lista tematów – czy wręcz przedmiotów – jest szalenie interesująca. Wykładowcy to same osobowości przedmiotu i znane nazwiska.
Co tam dużo gadać, będę robić dwie rzeczy -  z trzech - które kocham najbardziej. Będę więc czytać i uczyć się.
A ta trzecia? Ta trzecia to uczyć innych, ale wszystko w swoim czasie. Na razie cieszę się jak dziecko, że znowu będę studentką. Podyplomową, ale jednak.
W ferworze tych szaleństw kupiłam sobie nowiutkie kolorowe zeszyty, kolorowe długopisy i wielki segregator w kwiaty. Czy przyda się, nie wiem, ale piękny jest.
A teraz do dzieła... trzeba zrobić porządek na biurku.
Nowe wyzwania czekają.
Trzeba realizować marzenia czego i Wam życzę;)

środa, 17 września 2014

Kiedy byłam małych chłopcem


„Kiedy byłam małym chłopcem”… Tak czasem żartobliwie mówię o swoim dzieciństwie, gdyż raczej nie można go uznać za typowo „dziewczyńskie”. Tak więc jako ów mały chłopiec grałam w piłkę, urządzałam podchody – czyli tropienie jednej grupki dzieci przez drugą. Miałam kolekcję kapsli, które służyły do rozgrywania pasjonujących etapów Wyścigu Pokoju. Jakoś nie przyszło ani mnie ani moim rodzicom do głowy, że dziewczynce nie wypada, że „Mała Księżniczka” powinna bawić się wyłącznie lalkami  - choć miałam ich oczywiście bardzo wiele - naśladując arcyciekawe codzienne życie domowego ogniska. 
 
Dziewczynka wcale nie „powinna”. Dzieci nie muszą być bowiem niewolnikami stereotypów związanych z płcią choć tu bardzie pasuje użycie kulturoznawczego określenia „gender”. Gender to "stworzone przez społeczeństwo role, zachowania, aktywności i atrybuty jakie dane społeczeństwo uznaje za odpowiednie dla mężczyzn i kobiet".

Dziwimy się, lub tylko zdziwienie udajemy, że na listach wyborczych trudno się przebić kobietom. Nie podoba się nam, iż panie na równorzędnych stanowiskach mają niższe uposażenia niż panowie. Słusznie, że nie ma przyzwolenia na różnicowanie traktowania kobiet i mężczyzn w świecie dorosłych, ale czy przypadkiem sami nie przyczyniamy się do tego zabraniając córce „puszczać kaczki” na jeziorze lub kupując jej na gwiazdkę miniaturową kuchnię z pełnym wyposażeniem.

Ja uważam (i tak wychowywałam swoich synów), że dziecięce zabawy nie dzielą się na te dla chłopców i dla dziewczynek. Małe kobiety i mali mężczyźni bawiąc się przygotowują się do dorosłych ról społecznych. Dlatego właśnie powinniśmy umożliwić dzieciom równy start. W teorii właściwie wszystko jest w porządku. Dziewczynki i chłopcy rozwijają się, uczą i bawią razem. W praktyce zarówno domowej jak i wczesnej edukacji jest nieco inaczej. Dziewczynkom zwykle nie proponuje się sklejania modeli samolotów, chłopcom zaś na ogół nie pokazujemy jak ubrać lalkę, gdy na świecie zima.

W zabawie kształtują się relacje i miejsce jakie zajmujemy w grupie. Dlatego właśnie powinniśmy przeciwdziałać stereotypom. Pozwólmy dziewczynce jeździć na deskorolce a chłopcu - jeśli chce - ugotować w piaskownicy obiad dla rodziny misiów. Nie pozwalajmy, aby dziewczynki tylko dlatego, że są dziewczynkami nie uczestniczyły w zdobywaniu pirackiego okrętu pod trzepakiem. Nie chodzi  z resztą tylko o zabawę. Zauważcie, że za oczywiste uważamy, iż to dziewczynka pomoże mamie pozmywać a chłopiec z tatą sprawdzą olej w samochodzie. Sami budujemy w naszych dzieciach poczucie różnic społecznych.

Świadomość innych perspektyw i możliwości dla dziewczynki i chłopca. To błąd, który popełnia nadal większość rodziców. Niestety nie tylko rodziców. Podobne uwagi mam bowiem do nauczycieli w żłobkach, przedszkolach i szkołach.

Trzeba integrować dzieci nie wytyczając granic w oparciu o płeć. Niedawno w reklamie zobaczyłam księcia w lśniącej zbroi, który przybywa ratować królestwo od brudu. Użyty przez niego wspaniały środek zmienia go w księżniczkę a następnie w kobietę wycierającą dumnie kuchenne szafki. O tym właśnie pisałam powyżej.

Nie wtłaczajmy dziewczynek do kuchni, by czekały na chłopców w lśniących zbrojach.
2012-03-03