poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Marzenia w tornistrze - z archiwum

Ten tekst powstał kilka lat temu, ale bardzo go lubię więc przypominam.Zapraszam.


Dawno, dawno temu, w roku 1939, mieszkająca w cudownym europejskim mieście nazywanym przez wielu „Paryżem północy” - pewna mała dziewczynka szykowała się do pójścia do pierwszej klasy. Była szalenie podekscytowana, bo marzyła by w przyszłości zostać nauczycielką i nauka szkolna jawiła się jej jako rozpoczęcie niesamowitej przygody. Właśnie wróciła z pięknych wakacji z podwarszawskiego Otwocka i okazało się, że jej mama wszystko dla niej do szkoły przygotowała.
Miała granatowy mundurek z białym, zrobionym przez babcię kołnierzykiem z kordonka. Dostała nowe brązowe buty. Takie porządne, żeby starczyły na cały rok. Stryj przyniósł kredki i kilka ołówków oraz torbę ze skóry do której można było wcisnąć zeszyty i książki. Książki miała po starszym o kilka lat bracie. Zeszyty czekały w szkole. Wszystko było gotowe.
Szkoła zajmowała trzy piętra kamienicy na ulicy Siennej, dwa kroki od domu w którym dziewczynka mieszkała z mamą i braćmi.
1 września mała warszawianka nie poszła jednak do szkoły.
Rozpoczęła się wojna a na stolicę spadły pierwsze bomby. Jedna z nich zniszczyła sąsiednią kamienicę, grzebiąc pod gruzami ciotkę i kilkoro znajomych. Szkoła się zaczęła z opóźnieniem. Nastał dla wszystkich trudny okupacyjny czas. Do roku 1944 dziewczynka z rodziną mieszkała w Warszawie, a życie toczyło się – z punktu widzenia siedmiolatki - nieomal normalnie. Szkoła, dom, koleżanki. Wojna stała się normalnością a dzieci, jak to dzieci bawiły się w berka i biegały między podwórkami.
Dziewczynka uczyła się pilnie. Marzenie, by zostać nauczycielką zrealizowała kilka lat po wojnie.

W 1969 roku jej córka także tuż przez pierwszym września szykowała się na swój szkolny debiut. Uśmiechnięta buzia po wakacjach spędzonych nad polskim morzem i oczy wpatrzone w kalendarz, gdzie już blisko było do 1 września. Rodzice z tak zwanej „inteligencji pracującej” wyposażyli małą uczennicę w prosty, tekturowy tornister w czerwoną kratkę. Drewniany piórnik mama przywiozła już wcześniej z wycieczki do Bułgarii, taki okrągły w róże i pachnący olejkiem różanym, lakierowany i tak piękny, że kilka nocy leżał pod poduszką, jak największy skarb. W piórniku była zielona obsadka i kilka stalówek, a w specjalnej przegródce tornistra granatowy atrament firmy „Pelikan”. Babcia wręczyła wnuczce płócienny woreczek na drugie śniadanie, z wyhaftowanym przez siebie imieniem. Na wieszaku czekał nowiutki bordowy stilonowy fartuszek z białym kołnierzykiem. Nie był zbyt piękny, ale dziewczynce się podobał. Wszystko się jej podobało, bo pachniało nową przygodą. Pachniał nawet stos podręczników kupionych na szkolnej wyprzedaży jeszcze przed wakacjami.
Szkoła mieściła się w nowoczesnym jak na owe czasy budynku na warszawskiej Ochocie, Usytuowana wśród zieleni tak, że miało się wrażenie, że zbudowano ją w środku parku. Między morwowymi drzewami obok szkolnego boiska wyznaczono malutkie grządki, by każda klasa miała swoje „pole uprawne”, dzieci sadziły i pielęgnowały tam warzywa i różne kwiatki. Boisko wysypane żółtym piaskiem nieco przypominało plażę. Grało się tam w gumę i w „króla”. Chłopcy kopali piłkę i łazili po okolicznych drzewach.
Dziewczynka zawsze uwielbiała się uczyć, więc w szkole też była dobrą uczennicą. Marzyła by zostać nauczycielką. Kilkanaście lat później jej dziecięce marzenie się spełniło.

Jest rok 2012 i do pierwszego dnia szkoły szykuje się kolejna dziewczynka z tej rodziny. Również ona marzy, by jak ciocia i babcia zostać nauczycielką. Jej szkoła mieści się w nowoczesnym kompleksie edukacyjnym z dwoma wielkimi boiskami, halą sportową i basenem. Przy łóżku czeka różowy tornister z uwielbianą przez małą postacią z dziecięcego filmu. W tym samym guście jest piórnik, zeszyty i wszelkie dodatki. Na drugie śniadanie przygotowane jest plastikowe pudełko, a zamiast płóciennego woreczka na kapcie, połyskujący brokatem fioletowy worek.
Pachnące drukarnią podręczniki kupione przez rodziców zajmują jedną półkę na nowym regale wstawionym do pokoiku dziewczynki specjalnie z okazji rozpoczęcia edukacji. Na biurku nie ma na nie miejsca. Tu króluje monitor komputera - „okno do wiedzy.
Zaplanowane są już zajęcia pozalekcyjne, basen, balet i język obcy. Pracy będzie co niemiara.
Od kilku dni w domu toczy się dyskusja o tym w czym dziewczynka pójdzie na rozpoczęcie roku. Tradycyjna babcia przekonuje, że powinna „na galowo”, mama chętnie widziałaby córkę w stonowanych błękitach i szarości. Przywieźli taki piękny komplet z wakacji we Francji, specjalnie na tę uroczystość. Dziewczynka zaś ma swoje zdanie i upiera się przy różowych leginsach i błękitnej sukience w różowe serduszka. Znając relacje w tym domu starsi są bez szans. no advert

Patrząc na te trzy historie widać jak wiele się zmieniło a jednocześnie jak bardzo wszystko jest tak samo. Podekscytowane dziecko, zakup książek, zeszytów i wyposażenia szkolnego. Wybór stroju na rozpoczęcie roku. Radość ze spotkania z nowymi koleżankami i kolegami oraz nauczycielami.
Do pierwszego dzwonka jeszcze kilka dni, w ławkach szkolnych zasiądą dzieci w różnym wieku. Będą się uczyć, realizować swoje marzenia, zdobywać wiedzę i poznawać innych ludzi. Szkoła może dać im wiele, jeśli tylko zechcą to wziąć. Edukacja otwiera naszym dzieciom szansę na ciekawsze życie, dobrą pracę. Poszerza perspektywy i pozwala zachwycać się światem, określić i w przyszłości realizować swoje marzenia i aspiracje. Opisałam historie, które znam. Niestety, gdy czasem słyszę niektórych rodziców i nauczycieli, to odnoszę wrażenie, że i jedni i drudzy traktują edukowanie dzieci jako przykry i niewdzięczny obowiązek. Jeśli tak do tego podchodzą dorośli to czemu oczekujemy, że cieszyć się będą dzieci?

One patrzą, widzą, myślą i rozumieją, że szkoła wg dorosłych nie jest fajna. Takie dzieci zamiast wyczekiwać z niecierpliwością pierwszego dzwonka zareagują niechęcią a nawet strachem, a przecież nie oto nam chodzi. Prawda?

niedziela, 28 sierpnia 2016

Dzieci naszych wina - z archiwum...



FB przypomjna co jakiś czas różne moje tytuły, teksty nikną w otchłani, ale na szczęście mam jej w kompie. Dziś przypomniał się taki..
Napisany dwa lata temu....


Od lat dyskutuję z matkami i ojcami o przemocy wobec dzieci. To temat rzeka.
Tyle zdań ile osób. Przez lata w tych dyskusjach niewiele się zmienia, są tacy, którzy z uporem maniaka powtarzają, że klaps to nie bicie. Są i tacy, którzy twierdzą, że dziecka bez bicia wychować się nie da.
Inni biją dzieci, ale tylko w określonym wieku. Jedni na tyle małe, by nie pamiętały inni na tyle małe, by nie oddały.

Stosowanie przemocy wobec dzieci wielu wyssało z mlekiem matki a wielu w takich przemocowych domach się wychowało. Wielu nie potrafi inaczej. Wielu nie zadaje sobie trudu, by spróbować inaczej, bicie jest łatwe, szybkie i niekiedy niestety skuteczne.
Od lat wyjaśniam, tłumaczę, pokazuję jak można inaczej. Prowadzę warsztaty, szkolenia, konsultacje. W wielu moich programach problem przemocy i sposoby jej przeciwdziałania był bardzo mocno akcentowany. Pracuję zarówno z dziećmi-ofiarami jak i rodzicami-katami. 

Znam takich rodziców, którzy nieustannie powołują się na Biblię w której ponoć napisane jest, „Nie szczędź rózgi na syna swego”. Tymi w tym tekście zajmować się nie będę, bo takie poglądy to absurd.

Dostrzegam naganne zachowania dorosłych, które zdarzyć się nie powinny, ale niestety się zdarzają. Rodzic w nerwach (własny stres i frustracja) daje dziecku klapsa.
Wyznaję zasadę, że to może zdarzyć się raz, bo znając konsekwencje swojego działania - ból dziecka, utrata zaufania i często lęk - powtórzenie bicia jest już wyborem dorosłego. Drugi raz to już nie błąd, to świadomy wybór, by zadać drugiej osobie ból i ją upokorzyć. Okazać siłę i władzę.

Napiszę o zupełnie innej sytuacji. Dotyczącej dziecka, ale nie maluszka. Nastolatka.
Wiele razy czytałam, że rodzice deklarują, że przestają bić dzieci, gdy kończą one ok 12 lat. Dlaczego? Bo wtedy już mogą oddać. Mogą ale nie zawsze przecież oddają.

Ostatnia dyskusja na moim fb dotyczyła sytuacji bardzo trudnej i sama była trudna. Oto ojciec zbił swojego siedemnastoletniego syna kablem.
Tylko taka informacja, nic więcej.

Rozmowa z mamą, której mąż - pod jej nieobecność w domu - zlał 17 letniego syna kablem - bardzo trudna.
Uspokoić, wesprzeć, powiedzie co może, a co powinna zrobić, jak ma wesprzeć syna, co powiedzieć mężowi...
Serce boli...


Jedno z pierwszych pytań jakie pojawiło się pod tym postem brzmiało: „A z jakiego powodu”?
A czy w takiej sytuacji powód ma jakiekolwiek znaczenie?
Kilka, kub nawet kilkanaście razy pisałam, że:
powód NIE MA ZNACZENIA.
Jeśli tak pytacie, to ja uważam, że uznajecie, że może istnieć powód do zbicia kogokolwiek!

Bo przecież niezależnie co zrobi dziecko czy inny człowiek, nic nie uprawnia do stosowania przemocy.

„A jeśli ten chłopak coś ukradł, a może handlował narkotykami, a może pobił matkę” – szukały usprawiedliwienia dla ojcowskiej przemocy – której są oczywiście przeciwne – moje rozmówczynie.

Więc powtarzam raz jeszcze, nie powinno być żadnego powodu, dla którego dorosły może sięgnąć po przemoc. Nigdy. Potem pojawiały się głosy, że gdyby to był 5-10 letni chłopiec (czy młodszy) to można by takie komentarze pisać, że powód nie jest ważny. Ale mamy do czynienia z (prawie) dorosłym facetem, który z pewnością jednym ciosem powaliłby ojca. I tak, dla mnie powód jest znaczący jeżeli była to JEDNORAZOWA akcja.

Czyli skoro jest „obiektywny” powód i znamy go, i zdarza się ta przemoc tylko raz, to można.
No więc powtarzam, że NIE można.
Nie ważne, że ukradł, czy skłamał, czy pijany wrócił? To NIE MA znaczenia!

Dyskusja trwała dwa dni, poskutkowała fochami niektórych dyskutantów i dyskutantek. Obrażaniem się na argumenty. Ale niestety zero refleksji.

Twierdzenie, że poznanie powodu pomoże w ustaleniu alternatywnych sposobów zachowań jest także argumentem nietrafionym, bo nie trzeba znać powodu przemocy, by podać alternatywy zachowań. Czyli by realnie pomóc.
Nie uczę rodziców, że gdy dziecko napluje na podłogę to zamiast bicia trzeba odebrać przywilej, a jeśli dostanie dwóję, to bez kolacji spać. A jeśli pobije kolegę to zakaz komputera. Nie.  Podaję różne alternatywy. Dużo różnych.

Nie trzeba zawsze wiedzieć dlaczego coś się dzieje, by pomóc. Gdy na ulicy ktoś bije dziecko przerywamy tę przemoc a nie pytamy „dlaczego pan/pani bije dziecko? jaki jest powód”? Po co nam ta wiedza?
Powód nie ma znaczenia. Trzeba natychmiast przerwać przemoc, by pomóc dziecku.

I dodam może na końcu, jeśli dorosły uważa, że źródłem rodzicielskiej przemocy jest dziecko lub jego zachowania to mamy problem.
I potem czytamy w gazecie:
Uderzyłem córkę, 18 miesięcy, bo płakała.
Trzepnąłem małego przez tyłek, bo się zesikał w majtki ( 3 latka).
Parę pasów wlałem, bo śmiał się jak głupi ( 9 lat)
Dorośli mieli powód. Dzieci wina. Mogły nie płakać, nie sikać, nie śmiać się głupio.

Sami sobie winni.

sobota, 13 sierpnia 2016

G....burza :)

Jakiś lub jakaś MK, który wstydzi się podpisać imieniem i nazwiskiem, bo w sumie to obciach pisać tam gdzie pisze, postanowił wziąć sobie mnie za cel i skrytykować, albo może wręcz uruchomić hejt.
Gratuluję, udało się. Sfrustrowani biedni ludzie ubliżają mi jak tylko mogą.
Bardzo im współczuję. Naprawdę, bo jakiż musi być nieszczęśliwy człowiek, który siedzi w sieci i wylewa swoją żółć na nieznaną sobie osobę, w nieznanej sobie sprawie.
Ale po kolei.

Kilka dni temu  dostałam mailem bardzo ładną grafikę. Śliczna dziewczynka i fajny tekst. Jeśli ktoś nie zrozumiał powyższego zdania - nie ja "wzięłam sobie wizerunek/zdjęcie dziecka" i umieściłam  w sieci. Zrobili to po pierwsze rodzice, a po drugie ktoś, kto zrobił tę grafikę...

Wrzuciłam ją do siebie na stronę wraz z piątkowym powitaniem. Witam się na stronie codziennie. Wyszukuję lub używam krążących w sieci grafik, demotywatorów, memów, piszę coś od siebie na dobry początek dnia.
Po jakimś czasie zjawili się na moim profilu rodzice sportretowanej dziewczynki. Prosząc o usunięcie zdjęcia. Napisali, że zdjęcie jest ukradzione z ich bloga. Sprawdziłam to , i rzeczywiście na grafice wykorzystano fotografię ich córeczki. 

Od lat uczulam rodziców na to, aby strzegli wizerunku swoich dzieci i nie umieszczali ich zdjęć w Sieci. Odpowiedziałam więc po tym postem, że to nieprzyjemna sytuacja, i że nie powinno się wrzucać zdjęć dzieci do sieci i że mają szczęście, bo to miła grafika, a nie na przykład jakiś wulgarny śmieć.
Nie żeby się cieszyli, ale żeby sobie może zdali sprawę, że to zdjęcie mogłoby być (i nadal może) w fatalny sposób wykorzystane. By pomyśleli czy, po pierwsze powinni w ogóle wrzucać to zdjęcie do sieci.

Zareagował tata dziecka, porównując sytuację do kradzieży roweru. Skomentowałam, że dziecko i jego wizerunek to NIE rower.

Tchórz posługujący się inicjałami MK – przeczytał powyższą wymianę zdań BEZ zrozumienia, na które najwyraźniej go nie stać, bo jeśli by cokolwiek rozumiał to może nie pisywałby bzdur, w dodatku tam gdzie pisuje, otóż ten ktoś uznał, że to ja porównałam dziecko do roweru…

No cóż…  Gdyby głupota miała skrzydła i tak dalej…




Dalej są zarzuty, że pouczyłam rodziców. Oczywiście, że to zrobiłam to, bo pod postem była jedyna po temu okazja, by może coś do tych ludzi trafiło.
A potem USUNĘŁAM grafikę z wizerunkiem dziecka, zamknęłam laptopa i poszłam do pracy. Po dwóch godzinach, gdy skończyłam warsztaty z dziećmi, ze zdumieniem zobaczyłam, że post nadal wisi a tam „gównoburza”. 

Natychmiast usunęłam całość i…powinnam była zapomnieć o całej sprawie, gdyby nie  dzisiejsza AFERA, i co gorsze, niewiarygodny hejt, za który odpowiedzialni są administratorzy strony. Ale te nienawistne wpisy są im na rękę, bo się kręci…
Jak to w szambie.

Jako ciekawostkę powiem, że ta grafika była dostępna w sieci od miesięcy i jest tam nadal i ma się dobrze. Proponuję rodzicom, aby zaczęli od źródła i wszędzie interweniowali, wszędzie sprawdzali a po pierwsze nie wrzucali do sieci zdjęć dziecka, bo przypomnę - pouczę - mogą znaleźć się w zupełnie innej grafice. 

Czekam także na artykuł MK o tych okropnych  witrynach, na których nadal znajduje się przedmiotowa grafika, no i na ten hejt wylany na przykład na… demotywatory.pl J




Jako pointę dodam, że rodzice dziewczynki ze zdjęcia z zachwytem umieścili link do durnego wpisu w plotkarskim byleczym, ciesząc się, że tam wylądowali, że się o nich pisze. Gratuluję.
A może jednak współczuję.
Bo jednak nic nie zrozumieli.

PS rodzice dziewczynki na swoim dość komercyjnym profilu pozwalają na język nienawiści czyli hejt w moją stronę.
BRAWO wy :)