piątek, 29 września 2017

Nastoletnie emocje...

Każdy człowiek także nastolatek, aby być zdrowym i poukładanym psychicznie, potrzebuje spektrum różnych emocji i doświadczeń. Potrzebuje chwil, kiedy jest radosny, szczęśliwy, ale i smutny, zły czy zmartwiony.

Musi mieć czas, by myśleć o innych ludziach, ich strapieniach i niedoskonałościach, o problemach świata i jego przyszłości a także czas na myślenie jedynie o sobie i swoich sprawach. Nastolatek myśli i robi rzeczy, które uświadamiają mu, co jest dla niego ważne, na czym mu zależy, nawet jeśli nie cenią tego jego rodzice.

Takie funkcjonowanie powoduje konieczność codziennego radzenia sobie z   niewygodnymi uczuciami. Jeśli nastolatkowi zależy na nauce, musi być przygotowany na smutek związany z niepowodzeniami lub rozczarowaniami. Jeśli dba o swoich znajomych, to będzie chciał być z nimi, nawet wtedy, gdy oni mają zły dzień. I wtedy – poprzez empatię - może prowadzić to do pogorszenia jego własnego nastroju.

Częścią wyzwania, jakim jest bycie nastolatkiem, jest zrozumienie przez niego samego, o co, czy też o kogo się troszczy i jak należy się w tym odnaleźć. Nierzadko, korzystając z metody prób i błędów musi testować różne zachowania, niestety czasem także z grupy ryzykownych, aby w końcu dokonać wyboru i przekonać się, gdzie jest jego miejsce w grupie.

Mózg nastolatka działa szybko, więc i nastolatek zwykle działa impulsywnie. Raczej nie zaprząta sobie głowy myślą o konsekwencjach lub rządzą nim silne emocje czy uczucia, które mogą być nieprzewidywalne dla innych ludzi, którzy są wokół niego, w tej grupie także najbliższych mu dorosłych, kolegów z klasy czy nauczycieli. Te emocje są także często nieczytelne dla niego samego. Dopiero się tego uczą wraz z doświadczeniem. Nastolatki jednak muszą przejść ten proces.

Wiadomości, które dzieciaki w tym wieku otrzymują od rodziny, szkoły, przyjaciół i oczywiście mediów społecznościowych są intensywne, głośne, ale z ich punktu widzenia zarówno nieprzydatne jak i niebywale ważne. Nastolatki dowiadują się, między innymi, że muszą zdobyć „jakiś” sukces, że powinny być przez cały czas szczęśliwe i że ich osiągnięcia można zmierzyć liczbą lajków na Facebooku lub Instagramie.

Codzienność przez większość czasu nie dostarcza nam poczucia szczególnej szczęśliwości, istnieje wiele przeszkód w drodze do sukcesu, zimna twarda rzeczywistość, pokazuje, że jak tylko zaczynamy pracę nad jedną rzeczą, jest mniej czasu na pracę nad wszystkimi innymi, a więc osiągnięcie czegoś „wielkiego i ważnego” staje się niemalże niemożliwe.

Młodzi ludzie narzekają, że nie umieją radzić sobie z emocjami, ale także nie potrafią korzystać z „porad” dorosłych, np. "nie przejmuj się", "nie martw się tym", „dorośniesz zrozumiesz”, „takie problemy to nie problemy”. Nastolatki próbują nie mieć negatywnych uczuć i emocji, co w efekcie powoduje, że doświadczają ich jeszcze więcej.

Ostatecznie codzienne smutki i zmartwienia przerastają młodych ludzi i podejmują oni próby pozbycia się takich uczuć, wykorzystując nieprzydatne strategie, takie jak prokrastynacja (czyli odkładanie czegoś na później), unikanie określonych sytuacji, podejmowanie zbędnego ryzyka, narkotyki czy alkohol i wiele więcej.

Niełatwe jest życie nastolatka, ale rodzic powinien go wspierać, by w miarę bezboleśnie przeszedł ten okres swego życia. Odpowiedzialny i uważny rodzic, dbający o swoje dziecko w umiejętny sposób, zawsze ma szansę być drogowskazem i autorytetem. Mimo wszystko i ponad wszystko.




czwartek, 31 sierpnia 2017

Mój pierwszy dzień w szkole.

1 września 1969 roku.

Niewiele pamiętam z tego dnia, ale wiem, że dyrektorka o śmiesznym - dla nas dzieci - imieniu Genowefa miała może 130 cm w kapeluszu, a zdawała się być olbrzymem. Miała na szyi gwizdek i czego dowiedziałam się potem, gwizdała w czasie przerw, by zmienić kierunek chodzenia po korytarzu. Tak, tak, wtedy nie pozwalano nam siedzieć podczas przerw, bo siedzieliśmy przecież na lekcjach.

Moja pierwsza nauczycielka miała wdzięczne imię Krystyna. Była młodą – mniej więcej 20 letnią – kobietą o łagodnym spojrzeniu i cudownym kojącym uśmiechu. Uwielbiałam ją. Pisała kaligraficznie i ślicznie pachniała. „Być może”. Nosiła sznurowane brązowe buty na słupku i zawsze była w spódnicy i bluzce z żabotem, Elegantka.
Znała na pamięć chyba wszystkie wierszyki i piosenki, miałam wrażenie, że  po prostu wie wszystko.

W klasie było nas dużo, nie wiem ile, ale chyba koło 30.
Mniej więcej tyle samo chłopców, co dziewczynek. Wszyscy w fartuszkach z przyszytymi do rękawów tarczami.
Pamiętam, że dopóki nie dostałam okularów – mniej więcej w styczniu - siedziałam w trzeciej ławce od okna, z moją przyjaciółką z podwórka Małgosią.

Przed nami siedziały Basia z Hanią. Basi zmarła mama i dla całej klasy było to trudne wydarzenie. Nie pamiętam by rozmawiał z nami jakikolwiek psycholog, ale pamiętam wyprawę na pogrzeb. Jednak chyba było to już w 3 może 4 klasie.

Hania – z którą spotkałam się całkiem niedawno i „w ogóle się nie zmieniła”. Lubiłyśmy się bardzo, choć rywalizowałyśmy o względy najpopularniejszej w klasie Małgosi – tej z którą siedziałam. Jej rodzice – lekarze, zawsze mieli w domu ogromnie ilości bombonierek –trudnych do zdobycia w tamtych latach. Gdy zapraszała nas do domu, gdzie siedząc pod biurkiem jej taty rozpakowywałyśmy najładniej zapakowaną i w tajemnicy zjadałyśmy całe opakowanie.

Z dziewczynek pamiętam jeszcze Renatę, była duża i bałam się jej, w starszych klasach zaprzyjaźniłyśmy się. Była Beatka – z włosami jak strzecha, długimi do pasa. Agnieszka z którą uwielbiałam bawić się w teatr. Druga Basia, była biedną dziewczynką. Mirka – blada, aż przezroczysta, często chorowała. Więcej dziewczynek nie pamiętam.
Za to chłopaki to była mocna grupa.

Szef klasy  - Alek – zaraz we wrześniu wybiłam mu niechcący ząb w trakcie meczu a on kiedyś, już bez tego zęba przyszedł do mnie do domu, gdy byłam chora i sepleniąc powiedział „Psyniosłem zesyty, zeby nie miała zaległości”. Mama moja była wzruszona.
Był Janek – wg dzisiejszej wiedzy  byłby dyslektykiem Wiecznie miał problem z pisaniem i czytaniem. Mówił „słonice”  zamiast „słońce” zostało jego przezwiskiem już na zawsze. Tomek - przystojniak, największą jego zaletą był starszy brat – ładny, choć szalenie nieśmiały. Jurek z dobrego domu, taki kulturalny i ułożony. Był też Jacek – późniejszy kompan z harcerstwa.

Dwóch chłopców z podwarszawskich Otrębus - wtedy otoczonych jedynie polami uprawnymi, było jak bracia syjamscy – wszędzie razem. Jeden piegowaty jak „Marek Piegus” miał na imię Romek a drugi jego przyjaciel Staszek miał włosy białe jak len.
No i  Grześ – który wydawał nam się dziwny. Chodził z drewnianą gitarą i mówił że jest gitarzystą  zespołu Hot Chocolate.. Osiem lat nosił tę gitarę. Był miły.

W czasach rozkwitu popularności serwisu „Nasza Klasa” – spotkaliśmy się w okrojonym oczywiście gronie, większość naszego pokolenia nie jest przecież jednak „internetowa”. Poza krótkimi relacjami z życia osobistego nie bardzo było o czym gadać. Jakoś tak…

Jutro pierwszy dzień nowego roku szkolnego, kilka dni temu pisałam o trzech pokoleniach w mojej rodzinie, dla których ten dzień był ważny. Niedawno wspominałam swój pierwszy tornister. Dziś było nieco o klasie. Nie mam żadnego zdjęcia z pierwszej klasy. A szkoda.


Wszystkim uczniom, rodzicom i nauczycielom wspaniałego roku szkolnego.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Wrześniowe wspomnienia...

Dawno, dawno temu, w roku 1939, mieszkająca w cudownym europejskim mieście nazywanym przez wielu „Paryżem północy” - pewna mała dziewczynka szykowała się do pójścia do pierwszej klasy. Była szalenie podekscytowana, bo marzyła by w przyszłości zostać nauczycielką i nauka szkolna jawiła się jej jako rozpoczęcie niesamowitej przygody. Właśnie wróciła z pięknych wakacji z podwarszawskiego Otwocka i okazało się, że jej mama wszystko dla niej do szkoły przygotowała. 

Miała granatowy mundurek z białym, zrobionym przez babcię kołnierzykiem z kordonka. Dostała nowe brązowe buty. Takie porządne, żeby starczyły na cały rok. Stryj przyniósł kredki i kilka ołówków oraz torbę ze skóry do której można było wcisnąć zeszyty i książki. Książki miała po starszym o kilka lat bracie. Zeszyty czekały w szkole. Wszystko było gotowe. 

Szkoła zajmowała trzy piętra kamienicy na ulicy Siennej, dwa kroki od domu w którym dziewczynka mieszkała z mamą i braćmi. 
1 września mała warszawianka nie poszła jednak do szkoły. 
Rozpoczęła się wojna a na stolicę spadły pierwsze bomby. Jedna z nich zniszczyła sąsiednią kamienicę, grzebiąc pod gruzami ciotkę i kilkoro znajomych. Szkoła się zaczęła z opóźnieniem. Nastał dla wszystkich trudny okupacyjny czas. Do roku 1944 dziewczynka z rodziną mieszkała w Warszawie, a życie toczyło się – z punktu widzenia siedmiolatki - nieomal normalnie. Szkoła, dom, koleżanki. Wojna stała się normalnością a dzieci, jak to dzieci bawiły się w berka i biegały między podwórkami. 
Dziewczynka uczyła się pilnie. Marzenie, by zostać nauczycielką zrealizowała kilka lat po wojnie.

W 1969 roku jej córka także tuż przez pierwszym września szykowała się na swój szkolny debiut. Uśmiechnięta buzia po wakacjach spędzonych nad polskim morzem i oczy wpatrzone w kalendarz, gdzie już blisko było do 1 września. Rodzice z tak zwanej „inteligencji pracującej” wyposażyli małą uczennicę w prosty, tekturowy tornister w czerwoną kratkę. Drewniany piórnik mama przywiozła już wcześniej z wycieczki do Bułgarii, taki okrągły w róże i pachnący olejkiem różanym, lakierowany i tak piękny, że kilka nocy leżał pod poduszką, jak największy skarb. W piórniku była zielona obsadka i kilka stalówek, a w specjalnej przegródce tornistra granatowy atrament firmy „Pelikan”. Babcia wręczyła wnuczce płócienny woreczek na drugie śniadanie, z wyhaftowanym przez siebie imieniem. Na wieszaku czekał nowiutki bordowy stilonowy fartuszek z białym kołnierzykiem. Nie był zbyt piękny, ale dziewczynce się podobał. Wszystko się jej podobało, bo pachniało nową przygodą. Pachniał nawet stos podręczników kupionych na szkolnej wyprzedaży jeszcze przed wakacjami.

Szkoła mieściła się w nowoczesnym jak na owe czasy budynku na warszawskiej Ochocie, Usytuowana wśród zieleni tak, że miało się wrażenie, że zbudowano ją w środku parku. Między morwowymi drzewami obok szkolnego boiska wyznaczono malutkie grządki, by każda klasa miała swoje „pole uprawne”, dzieci sadziły i pielęgnowały tam warzywa i różne kwiatki. Boisko wysypane żółtym piaskiem nieco przypominało plażę. Grało się tam w gumę i w „króla”. Chłopcy kopali piłkę i łazili po okolicznych drzewach.
Dziewczynka zawsze uwielbiała się uczyć, więc w szkole też była dobrą uczennicą. Marzyła by zostać nauczycielką. Kilkanaście lat później jej dziecięce marzenie się spełniło.

Jest rok 2012 i do pierwszego dnia szkoły szykuje się kolejna dziewczynka z tej rodziny. Również ona marzy, by jak ciocia i babcia zostać nauczycielką. Jej szkoła mieści się w nowoczesnym kompleksie edukacyjnym z dwoma wielkimi boiskami, halą sportową i basenem. Przy łóżku czeka różowy tornister z uwielbianą przez małą postacią z dziecięcego filmu. W tym samym guście jest piórnik, zeszyty i wszelkie dodatki. Na drugie śniadanie przygotowane jest plastikowe pudełko, a zamiast płóciennego woreczka na kapcie, połyskujący brokatem fioletowy worek. 
Pachnące drukarnią podręczniki kupione przez rodziców zajmują jedną półkę na nowym regale wstawionym do pokoiku dziewczynki specjalnie z okazji rozpoczęcia edukacji. Na biurku nie ma na nie miejsca. Tu króluje monitor komputera - „okno do wiedzy.
Zaplanowane są już zajęcia pozalekcyjne, basen, balet i język obcy. Pracy będzie co niemiara.

Od kilku dni w domu toczy się dyskusja o tym w czym dziewczynka pójdzie na rozpoczęcie roku. Tradycyjna babcia przekonuje, że powinna „na galowo”, mama chętnie widziałaby córkę w stonowanych błękitach i szarości. Przywieźli taki piękny komplet z wakacji we Francji, specjalnie na tę uroczystość. Dziewczynka zaś ma swoje zdanie i upiera się przy różowych leginsach i błękitnej sukience w różowe serduszka. Znając relacje w tym domu starsi są bez szans.

Patrząc na te trzy historie widać jak wiele się zmieniło a jednocześnie jak bardzo wszystko jest tak samo. Podekscytowane dziecko, zakup książek, zeszytów i wyposażenia szkolnego. Wybór stroju na rozpoczęcie roku. Radość ze spotkania z nowymi koleżankami i kolegami oraz nauczycielami. 

Do pierwszego dzwonka jeszcze kilka dni, w ławkach szkolnych zasiądą dzieci w różnym wieku. Będą się uczyć, realizować swoje marzenia, zdobywać wiedzę i poznawać innych ludzi. Szkoła może dać im wiele, jeśli tylko zechcą to wziąć. Edukacja otwiera naszym dzieciom szansę na ciekawsze życie, dobrą pracę. Poszerza perspektywy i pozwala zachwycać się światem, określić i w przyszłości realizować swoje marzenia i aspiracje. Opisałam historie, które znam. Niestety, gdy czasem słyszę niektórych rodziców i nauczycieli, to odnoszę wrażenie, że i jedni i drudzy traktują edukowanie dzieci jako przykry i niewdzięczny obowiązek. Jeśli tak do tego podchodzą dorośli to czemu oczekujemy, że cieszyć się będą dzieci? 
One patrzą, widzą, myślą i rozumieją, że szkoła wg dorosłych nie jest fajna. Takie dzieci zamiast wyczekiwać z niecierpliwością pierwszego dzwonka zareagują niechęcią a nawet strachem, a przecież nie oto nam chodzi. Prawda?