czwartek, 31 sierpnia 2017

Mój pierwszy dzień w szkole.

1 września 1969 roku.

Niewiele pamiętam z tego dnia, ale wiem, że dyrektorka o śmiesznym - dla nas dzieci - imieniu Genowefa miała może 130 cm w kapeluszu, a zdawała się być olbrzymem. Miała na szyi gwizdek i czego dowiedziałam się potem, gwizdała w czasie przerw, by zmienić kierunek chodzenia po korytarzu. Tak, tak, wtedy nie pozwalano nam siedzieć podczas przerw, bo siedzieliśmy przecież na lekcjach.

Moja pierwsza nauczycielka miała wdzięczne imię Krystyna. Była młodą – mniej więcej 20 letnią – kobietą o łagodnym spojrzeniu i cudownym kojącym uśmiechu. Uwielbiałam ją. Pisała kaligraficznie i ślicznie pachniała. „Być może”. Nosiła sznurowane brązowe buty na słupku i zawsze była w spódnicy i bluzce z żabotem, Elegantka.
Znała na pamięć chyba wszystkie wierszyki i piosenki, miałam wrażenie, że  po prostu wie wszystko.

W klasie było nas dużo, nie wiem ile, ale chyba koło 30.
Mniej więcej tyle samo chłopców, co dziewczynek. Wszyscy w fartuszkach z przyszytymi do rękawów tarczami.
Pamiętam, że dopóki nie dostałam okularów – mniej więcej w styczniu - siedziałam w trzeciej ławce od okna, z moją przyjaciółką z podwórka Małgosią.

Przed nami siedziały Basia z Hanią. Basi zmarła mama i dla całej klasy było to trudne wydarzenie. Nie pamiętam by rozmawiał z nami jakikolwiek psycholog, ale pamiętam wyprawę na pogrzeb. Jednak chyba było to już w 3 może 4 klasie.

Hania – z którą spotkałam się całkiem niedawno i „w ogóle się nie zmieniła”. Lubiłyśmy się bardzo, choć rywalizowałyśmy o względy najpopularniejszej w klasie Małgosi – tej z którą siedziałam. Jej rodzice – lekarze, zawsze mieli w domu ogromnie ilości bombonierek –trudnych do zdobycia w tamtych latach. Gdy zapraszała nas do domu, gdzie siedząc pod biurkiem jej taty rozpakowywałyśmy najładniej zapakowaną i w tajemnicy zjadałyśmy całe opakowanie.

Z dziewczynek pamiętam jeszcze Renatę, była duża i bałam się jej, w starszych klasach zaprzyjaźniłyśmy się. Była Beatka – z włosami jak strzecha, długimi do pasa. Agnieszka z którą uwielbiałam bawić się w teatr. Druga Basia, była biedną dziewczynką. Mirka – blada, aż przezroczysta, często chorowała. Więcej dziewczynek nie pamiętam.
Za to chłopaki to była mocna grupa.

Szef klasy  - Alek – zaraz we wrześniu wybiłam mu niechcący ząb w trakcie meczu a on kiedyś, już bez tego zęba przyszedł do mnie do domu, gdy byłam chora i sepleniąc powiedział „Psyniosłem zesyty, zeby nie miała zaległości”. Mama moja była wzruszona.
Był Janek – wg dzisiejszej wiedzy  byłby dyslektykiem Wiecznie miał problem z pisaniem i czytaniem. Mówił „słonice”  zamiast „słońce” zostało jego przezwiskiem już na zawsze. Tomek - przystojniak, największą jego zaletą był starszy brat – ładny, choć szalenie nieśmiały. Jurek z dobrego domu, taki kulturalny i ułożony. Był też Jacek – późniejszy kompan z harcerstwa.

Dwóch chłopców z podwarszawskich Otrębus - wtedy otoczonych jedynie polami uprawnymi, było jak bracia syjamscy – wszędzie razem. Jeden piegowaty jak „Marek Piegus” miał na imię Romek a drugi jego przyjaciel Staszek miał włosy białe jak len.
No i  Grześ – który wydawał nam się dziwny. Chodził z drewnianą gitarą i mówił że jest gitarzystą  zespołu Hot Chocolate.. Osiem lat nosił tę gitarę. Był miły.

W czasach rozkwitu popularności serwisu „Nasza Klasa” – spotkaliśmy się w okrojonym oczywiście gronie, większość naszego pokolenia nie jest przecież jednak „internetowa”. Poza krótkimi relacjami z życia osobistego nie bardzo było o czym gadać. Jakoś tak…

Jutro pierwszy dzień nowego roku szkolnego, kilka dni temu pisałam o trzech pokoleniach w mojej rodzinie, dla których ten dzień był ważny. Niedawno wspominałam swój pierwszy tornister. Dziś było nieco o klasie. Nie mam żadnego zdjęcia z pierwszej klasy. A szkoda.


Wszystkim uczniom, rodzicom i nauczycielom wspaniałego roku szkolnego.

niedziela, 27 sierpnia 2017

Wrześniowe wspomnienia...

Dawno, dawno temu, w roku 1939, mieszkająca w cudownym europejskim mieście nazywanym przez wielu „Paryżem północy” - pewna mała dziewczynka szykowała się do pójścia do pierwszej klasy. Była szalenie podekscytowana, bo marzyła by w przyszłości zostać nauczycielką i nauka szkolna jawiła się jej jako rozpoczęcie niesamowitej przygody. Właśnie wróciła z pięknych wakacji z podwarszawskiego Otwocka i okazało się, że jej mama wszystko dla niej do szkoły przygotowała. 

Miała granatowy mundurek z białym, zrobionym przez babcię kołnierzykiem z kordonka. Dostała nowe brązowe buty. Takie porządne, żeby starczyły na cały rok. Stryj przyniósł kredki i kilka ołówków oraz torbę ze skóry do której można było wcisnąć zeszyty i książki. Książki miała po starszym o kilka lat bracie. Zeszyty czekały w szkole. Wszystko było gotowe. 

Szkoła zajmowała trzy piętra kamienicy na ulicy Siennej, dwa kroki od domu w którym dziewczynka mieszkała z mamą i braćmi. 
1 września mała warszawianka nie poszła jednak do szkoły. 
Rozpoczęła się wojna a na stolicę spadły pierwsze bomby. Jedna z nich zniszczyła sąsiednią kamienicę, grzebiąc pod gruzami ciotkę i kilkoro znajomych. Szkoła się zaczęła z opóźnieniem. Nastał dla wszystkich trudny okupacyjny czas. Do roku 1944 dziewczynka z rodziną mieszkała w Warszawie, a życie toczyło się – z punktu widzenia siedmiolatki - nieomal normalnie. Szkoła, dom, koleżanki. Wojna stała się normalnością a dzieci, jak to dzieci bawiły się w berka i biegały między podwórkami. 
Dziewczynka uczyła się pilnie. Marzenie, by zostać nauczycielką zrealizowała kilka lat po wojnie.

W 1969 roku jej córka także tuż przez pierwszym września szykowała się na swój szkolny debiut. Uśmiechnięta buzia po wakacjach spędzonych nad polskim morzem i oczy wpatrzone w kalendarz, gdzie już blisko było do 1 września. Rodzice z tak zwanej „inteligencji pracującej” wyposażyli małą uczennicę w prosty, tekturowy tornister w czerwoną kratkę. Drewniany piórnik mama przywiozła już wcześniej z wycieczki do Bułgarii, taki okrągły w róże i pachnący olejkiem różanym, lakierowany i tak piękny, że kilka nocy leżał pod poduszką, jak największy skarb. W piórniku była zielona obsadka i kilka stalówek, a w specjalnej przegródce tornistra granatowy atrament firmy „Pelikan”. Babcia wręczyła wnuczce płócienny woreczek na drugie śniadanie, z wyhaftowanym przez siebie imieniem. Na wieszaku czekał nowiutki bordowy stilonowy fartuszek z białym kołnierzykiem. Nie był zbyt piękny, ale dziewczynce się podobał. Wszystko się jej podobało, bo pachniało nową przygodą. Pachniał nawet stos podręczników kupionych na szkolnej wyprzedaży jeszcze przed wakacjami.

Szkoła mieściła się w nowoczesnym jak na owe czasy budynku na warszawskiej Ochocie, Usytuowana wśród zieleni tak, że miało się wrażenie, że zbudowano ją w środku parku. Między morwowymi drzewami obok szkolnego boiska wyznaczono malutkie grządki, by każda klasa miała swoje „pole uprawne”, dzieci sadziły i pielęgnowały tam warzywa i różne kwiatki. Boisko wysypane żółtym piaskiem nieco przypominało plażę. Grało się tam w gumę i w „króla”. Chłopcy kopali piłkę i łazili po okolicznych drzewach.
Dziewczynka zawsze uwielbiała się uczyć, więc w szkole też była dobrą uczennicą. Marzyła by zostać nauczycielką. Kilkanaście lat później jej dziecięce marzenie się spełniło.

Jest rok 2012 i do pierwszego dnia szkoły szykuje się kolejna dziewczynka z tej rodziny. Również ona marzy, by jak ciocia i babcia zostać nauczycielką. Jej szkoła mieści się w nowoczesnym kompleksie edukacyjnym z dwoma wielkimi boiskami, halą sportową i basenem. Przy łóżku czeka różowy tornister z uwielbianą przez małą postacią z dziecięcego filmu. W tym samym guście jest piórnik, zeszyty i wszelkie dodatki. Na drugie śniadanie przygotowane jest plastikowe pudełko, a zamiast płóciennego woreczka na kapcie, połyskujący brokatem fioletowy worek. 
Pachnące drukarnią podręczniki kupione przez rodziców zajmują jedną półkę na nowym regale wstawionym do pokoiku dziewczynki specjalnie z okazji rozpoczęcia edukacji. Na biurku nie ma na nie miejsca. Tu króluje monitor komputera - „okno do wiedzy.
Zaplanowane są już zajęcia pozalekcyjne, basen, balet i język obcy. Pracy będzie co niemiara.

Od kilku dni w domu toczy się dyskusja o tym w czym dziewczynka pójdzie na rozpoczęcie roku. Tradycyjna babcia przekonuje, że powinna „na galowo”, mama chętnie widziałaby córkę w stonowanych błękitach i szarości. Przywieźli taki piękny komplet z wakacji we Francji, specjalnie na tę uroczystość. Dziewczynka zaś ma swoje zdanie i upiera się przy różowych leginsach i błękitnej sukience w różowe serduszka. Znając relacje w tym domu starsi są bez szans.

Patrząc na te trzy historie widać jak wiele się zmieniło a jednocześnie jak bardzo wszystko jest tak samo. Podekscytowane dziecko, zakup książek, zeszytów i wyposażenia szkolnego. Wybór stroju na rozpoczęcie roku. Radość ze spotkania z nowymi koleżankami i kolegami oraz nauczycielami. 

Do pierwszego dzwonka jeszcze kilka dni, w ławkach szkolnych zasiądą dzieci w różnym wieku. Będą się uczyć, realizować swoje marzenia, zdobywać wiedzę i poznawać innych ludzi. Szkoła może dać im wiele, jeśli tylko zechcą to wziąć. Edukacja otwiera naszym dzieciom szansę na ciekawsze życie, dobrą pracę. Poszerza perspektywy i pozwala zachwycać się światem, określić i w przyszłości realizować swoje marzenia i aspiracje. Opisałam historie, które znam. Niestety, gdy czasem słyszę niektórych rodziców i nauczycieli, to odnoszę wrażenie, że i jedni i drudzy traktują edukowanie dzieci jako przykry i niewdzięczny obowiązek. Jeśli tak do tego podchodzą dorośli to czemu oczekujemy, że cieszyć się będą dzieci? 
One patrzą, widzą, myślą i rozumieją, że szkoła wg dorosłych nie jest fajna. Takie dzieci zamiast wyczekiwać z niecierpliwością pierwszego dzwonka zareagują niechęcią a nawet strachem, a przecież nie oto nam chodzi. Prawda?


sobota, 26 sierpnia 2017

WAKACYJNE ROZMOWY o ojcostwie

Często podpytujecie mnie o co najczęściej pytają rodzice na wakacyjnych konsultacjach. Poruszanych tematów jest multum, ale oczywiście są takie, które dominują. Ostatnio należą do nich sprawy związane z relacjami ojcowie-dzieci.

Oczywiście wiecie, że niektóre kobiety mają pretensje do mężów/partnerów, że kompletnie nie odnajdują się oni w roli ojca.
Ta rola ojca to, według nich: dbanie o dzieci, relacje z nimi, czas dla dzieci, zabawa z dziećmi, słuchanie ich, cierpliwość oraz … obecność. Pełna zgoda. To rola ojca.
Słyszę więc:
- „ON nie dba o dzieci, nie ma z nimi żadnych relacji. Nie ma dla nich czasu. Nie bawi się, nie słucha, nie jest cierpliwy, w ogóle go nie ma”.
Wszystko się niby zgadza, ale szkoda, że jakoś żadna z pytających mam nie zauważa i być może, nie rozumie, że jeśli formułuje takie zarzuty, to odpowiedzialna za taki stan rzeczy jest również ona sama. Wina zawsze leży pośrodku, no dobra ok nie obrażajcie się, bardziej po stronie facetów, ale tylko troszkę bardziej. To oczywiście taki żarcik. Damski.
Najczęściej opisywany scenariusz jest taki, że kobieta domaga się od partnera, żeby był ojcem dzieciom. W porządku i nie ma się do czego przyczepić, ale... Facet ma być ojcem według szczegółowej instrukcji i wzorca ojca według Niej. Zostaje mu wyznaczony zakres obowiązków, które ma z radością wypełniać. Ani mniej, ani więcej tylko to czego Ona chce. Mówi mu, ile czasu ma dzieciom poświęcać i co mają wspólnie robić. Zakazuje i nakazuje. Po prostu traktuje go jak ... dziecko.
Ci bardziej zadziorni czasem się z początku buntują, albo w końcu uciekają z domu do pracy, bo jeśli mieliby spełniać zalecenia żony, to nadal nie byliby ojcami, tylko dziećmi, które mają się słuchać mamusi.
Nie ma co się oszukiwać, mężczyznom jest dosyć łatwo przedłużyć sobie dzieciństwo.  Kiedy w tę rolę wchodzą, kobieta opowiada, że przybyło jej kolejne dziecko – mąż.
Dzieje się tak, bo funkcja matki jest bardzo silnie ugruntowana w naszej kulturze. Silna, wykuta w spiżu i nie tolerująca żadnej konkurencji.

Takie podejście świadczyć może o braku zaufania do partnera, ojca dzieci. Kobieta demonstruje poczucie swojej wszechwiedzy i
pozjadania” wszystkich rozumów świata w temacie wychowanie dziecka.
Kobiety często – niestety zbyt często – uznają, że wiedzą i umieją lepiej, z powodu, że są kobietami, do tego są superkobietami, bo są matkami a matki ... wiadomo... wiedzą wszystko lepiej. Nawet najlepiej.
Oczywiście, że pełnienie roli ojca może być na początku trudne dla mężczyzny. Ale jeśli tego dodatkowo nie utrudnimy i pozwolimy facetom – my kobiety – podjąć próbę bycia ojcem, to na pewno mu się uda. To pozwolenie powinno obowiązywać od dnia narodzin, a najlepiej, jeśli zacznie się z momentem zobaczenie dwóch kresek na
trudnym ciążowym teście.
Dziewczyny, zacznijcie od zrobienia malutkiego kroku w tył, by oddać mężczyźnie trochę pola. Zaciśnijcie zęby i wyjdźcie nieco z roli kwoki, robiąc wokół dzieci wolną przestrzeń dla drugiego rodzica. Bo przecież wasz facet jest także rodzicem no nie? To świetna okazja, by zająć się sobą, swoimi pasjami i marzeniami. Tymi odłożonymi na czas macierzyństwa wysoko na pawlacz do pudełka z napisem nie dotykać!
Przydałoby się uznać fakt, że tylko dziecko może wymóc na ojcu, żeby był ojcem, bo to dziecko jest uzupełniająca rolą do ojca. Dziecko a nie żona.
Trzeba się odsunąć, wycofać, zostawić dziecko z ojcem. Ok nie użyłam słowa zostawić. Dobra matka nie zostawia. Powiedzmy więc pozwolić ojcu zająć się dzieckiem. Dla wielu kobiet to nie do wykonania, lęk jest tak silny, że ogranicza pole widzenia i przesłania zdrowy rozsądek.
Jeśli jednak kobiecie się uda dać ojcu dziecka trochę przestrzeni, to musi pamiętać, że mężczyzna będzie takim ojcem, jakim on chce być, a nie takim, jakim kobieta go sobie wymyśliła. To niby oczywiste, choć dla niektórych mam brzmi strasznie i bywa niełatwe do zaakceptowania.
Ojciec musi stać się ojcem, szczególnie, że zdecydowana większość mężczyzn tego naprawdę chce, trzeba im tylko na to pozwolić. Dla odważnych kobitek mam radę. Wyślijcie tatusia na wspólny, z dzieckiem, wyjazd wypoczynkowy, bez ciągłej kontroli i na jego własną ojcowską, odpowiedzialność. Po powrocie on na pewno będzie ojcem BARDZIEJ niż przedtem.
PS
oczywiście znam i wspieram wspaniałych ojców, fantastyczne matki, mądrych rodziców, świadomych swoich ról, mających wiedzę o konieczności wspierania się wzajemnego. Na szczęście jest ich spora grupa, choć nie odważę się powiedzieć, że większość. Choć chciałabym...
PS2
Warto zobaczyć filmy, które pokazują, jak ojciec staje się ojcem:
Sprawa Kramerów, Jutro będziemy szczęśliwi czy choćby Pani Dubtfire ;).