wtorek, 12 stycznia 2016

Moje rodzinne filmowe typy – czyli dlaczego warto obejrzeć ten film z dzieckiem.

Nie pamiętam kiedy zobaczyłam ten film po raz pierwszy, ale wiem, że było to przypadkiem. Po prostu pewnego dnia „leciał” w tv. 
Uwiódł mnie  I trzyma do dziś, mimo, że jak by nie policzyć w czerwcu minęło 30 lat od premiery światowej.

Film powstał wg pomysłu samego Stevena Spielberga, kilka lat po sukcesie “Poszukiwaczy zaginionej arki” i był jakby wersją przygód słynnego archeologa – wersją dla najmłodszych.

Richard Donner - mający na koncie sukces Supermana, podjął współpracę ze scenarzystą Chrisem Columbusem, czyli prawdziwym mistrzem przyjemnych opowiastek kina familijnego. Taki prosty przepis dał prawdziwą klasykę kina kumpelskiego.
Panowie wykonali kawał swietnej roboty, scenariusz jest wartki, dialogi dowcipne, postaci klarowne ale nie oczywiste.

Świetnie sfotografowane i  dobrze zagrane przez młodych aktorów,  których możemy oglądać do dziś. Sean Astin to Sam z „Władcy Pierścieni”, Martha Plimpton ma na swoim koncie kilkadziesiąt ról a pozostali także ściślej lub lużniej związani są z przemysłem filmowy.m.

"Goonies", bo o tym tytule mowa, to dla pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków bezsprzecznie jeden z największych skarbów filmowych z dzieciństwa.

Fantastyczna historia grupki kolegów, którzy po znalezieniu tajemniczej mapy z 1632 roku wyruszają na poszukiwania skarbu, to kwintesencja tego typu historii.

Jest tu wartka akcja, wciągająca przygoda, sympatyczny humor i nieskazitelna pochwała przyjaźni, która ratuje z najgorszych opałów.

„Goonies” to film, na którym wychowywało się pokolenie lat 80. i 90. To właśnie z tego filmu można było się uczyć przyjaźni aż po grób.

Oglądany po latach, nadal wyciska z oczu łzy wzruszenia, pobudza wyobraźnię dzieciaków i skłania do kreatywnych zabaw, nawet w dobie szalejącej i wszechogarniającej technologii.

"Goonies", po trzydziestu latach od premiery, nadal bawi i umila czas. Współczesna młoda widownia posiada już zapewne całkiem nowe rozrywki.

W dobie Facebooka i innych internetowych zabawek skarb piratów musi się wydawać co najwyżej synonimem obciachu. Młodociani bohaterowie Donnera internetu, ani telefonów komórkowych nie mieli. Może stąd i wyobraźnia, i inwencja większe. Fajnie (było) być dzieciakiem.



środa, 6 stycznia 2016

Plany i marzenia

Pierwszą obietnicą złożoną samej sobie, jest to, że będę każdego dnia pisała.
Pewna znajoma namawiała mnie, by traktować codzienne pisanie jak „dojenie krowy” – po prostu wstajesz i.. piszesz…
Muszę spróbować. Ale to dopiero od najbliższego poniedziałku, bo na najbliższych kilka dni mam „bynajmniej” inne plany. Trzeba zawczasu wszystko uporządkować i przygotować.

Styczeń to dla mnie czas planowania, zarówno pracy jak i wakacji.
Pracy – na szczęście – troszkę się zapowiada. Póki co nie ma szału, ale jak to w tym fachu, często pojawia się coś dosłownie z dnia na dzień.
 
Kilka nowych, ciekawych projektów wygląda obiecująco. Są i własne pomysły „rodzące się w bólach”. Porody przewiduję na pierwszy kwartał.

Lubię swoją pracę, angażuję się w nią do granic swoich możliwości. Wydatkuję masę energii i raduję się dobrymi efektami. Mimo upływającego czasu – wszak wszyscy jesteśmy starsi nadal mi się chce. To dla mnie ważne, ale chyba ważne i dla moich słuchaczy, czytelników czy firm, którym pomagam jako ekspert.

Jak każdy lubię także wypoczywać po pracy. W tym roku zapewne znowu będziemy urlopować na raty.

Zima to świetny czas na planowanie lata, naprawdę, Można przy tym na chwilkę oderwać się od chłodu i mrozu. Pogapić w kolorowe katalogi i  poszukać nowych miejsc do spełniania podróżniczych marzeń.
Tegoroczna zima – całe sześć tygodni ferii – to będzie wytężona praca. Nad Bałykiem poprowadzę spotkania, warsztaty i konsultacje dla rodzin z dziećmi. Dzień w dzień. Hotele Nadmorskie - Mielno, Dźwirzyno i Darłowo - już się cieszę.

Potem może uda się spędzić kilka dni na nic nierobieniu, ale nie mam takiej pewności, wiadomo, że jak się moja lokomotywa rozkręci to będzie pędzić aż do kolejnego grudnia.

W ogóle nie rozumiem odpoczywania w bezruchu. Dla mnie odpoczynek to łażenie, zwiedzanie, patrzenie na ludzi i rzeczy wokoło. Ponieważ jestem nielotem, podróż zawsze planujemy samochodowo.

Jakoś tak jest, że zawsze, prędzej czy później, realizujemy swoje plany, być może dlatego, że nie „bujamy w obłokach” a staramy się być realistami.

Siedzę więc sobie nad mapą i przewodnikami i planuję…
Jak co rok założyliśmy puszkę na „luźne pieniądze” – tegoroczną zdobi piękny obraz znanego impresjonisty. Oni co prawda za życia groszem nie śmierdzieli, ale co tam. Nie jestem przesądna. Tradycyjnie do skarbonki wędrują rozmaite „ekstrasy”… oczywiście odkładanie na wakacje to także specjalne subkonto bankowe. Nie ma to i tamto.

Pytanie „nowa bluzka czy wycieczka” wydaje się  mieć jedną odpowiedź.
Marzę o majowym wypadzie do Brugii. To chyba moje ulubione miejsce. Zawsze znajdę tam coś nowego. Kocham tamten nastrój.

Lipiec i sierpień to oczywiście nasze „Przytulmy lato” a więc wybrzeże Bałtyku z lewej w prawą i z powrotem. Zawsze troszkę zwiedzania i odpoczywania – ale to przecież nie urlop, to moja społeczna praca. Przez te dwa miesiące mamy dla siebie – na wypoczynek tylko poranki, spacery plażą z kijkami. Jest fantastycznie.

Marzy mi się znowu Italia. Cudowne włoskie miasteczka, kolacje na maleńkich ryneczkach. Miejsca, których nazwy przyprawiają o szybsze bicie serca lub nic nie mówią dopóki nie odkryje się co się w nich kryje.

Już przestępuję z nogi na nogę. Do Włoch „zaglądamy” najczęściej, ale i tak jest jeszcze wiele pozycji na moje liście „must see”.


Bardzo chciałabym powtórzyć ubiegłoroczny wypad na kilka dni nad Bałtyk w pięknym październiku, ale to raczej będzie spontaniczna akcja.

No i tak sobie siedzę i marzę i planuję. Mam nadzieję, że wszystko się uda. A jeśli nie.. to samo planowanie także jest wspaniałe.

piątek, 1 stycznia 2016

Postanowienia noworoczne...

Kiedy byłam małą dziewczynką co roku, tuż przed Sylwestrem siadałam z mamą przy choince i obie zastanawiałyśmy się nad tym, co byśmy chciały, aby nadchodzący rok nam przyniósł. 
Ja chciałam zwykle wspaniałych wakacji, żeby mama nie musiała tak długo pracować. Mama też miała swoje oczekiwania, mnie wtajemniczała w te dotyczące swoich uczniów (była nauczycielką) i domowego budżetu, bo z tym zawsze było krucho.
No ale, mówiła mama, aby te nasze życzenia miały szansę się spełniłć to trzeba samemu coś na ten nowy rok postanowić. Wyznaczyć sobie jakiś cel i starać się ze wszystkich sił go zrealizować.
Ja obiecywałam wtedy sobie, że będę miała dobre stopnie i zawsze, ale to zawsze będę myła zęby rano i wieczorem. O zębach zazwyczaj pamiętałam, a co do stopni to bywało różnie, więc spuśćmy na to zasłonę milczenia. 
Maminych postanowień szczerze mówiąc nie pamiętam, ale dziś będąc dojrzałą kobietą zakładam, że mogły one wyglądać mniej więcej tak:
- będę miała więcej czasu dla dzieci, 
- odłożę z każdej wypłaty 100 zł na „czarną godzinę”, 
- schudnę 10 kilo
- powiem mężowi, że w tym roku na urlop jedziemy tam, gdzie JA chcę ….“. 
 Ale może były inne?
Początek nowego roku wydaje się być idealnym momentem, by podjąć ważne i mniej ważne postanowienia. Chcemy coś zmienić, poprawić - zarówno wokoło jak i w sobie. Chcemy sobie dać szansę na lepsze w życiu a przełom roku jest taką troszkę zaczarowaną datą. Postanawiamy więc, że po tym dniu wszystko będzie inaczej. Że się zmienimy, na lepsze oczywiście i w myślach układamy sobie plan tych naszych dokonań. Takie magiczne myślenie.
To bardzo dobrze, że robimy sobie takie podsumowanie minionego i planowanie nadchodzącego roku. Sam fakt wyznaczenia sobie noworocznych postanowień nie znaczy zbyt wiele jeśli nie będziemy sami o tych zobowiązaniach wobec siebie samych pamiętać. Bo przecież liczy się nie tylko moment, a przede wszystkim nasze własne szczere i konsekwentne chęci. 
Teoretycznie każdego dnia możemy sobie przecież powiedzieć: "od jutra bedę lepsza… od jutra będę inna…. od jutra będę się codziennie gimnastykować.. itd". Nie ważna jest data, najistotniejsza jest samodyscyplina, chęci i wiara w to, że potrafimy dokonać zmiany. 
Czasem robimy postanowienia troszkę, albo całkiem bardzo NA WYROST. Taki mamy w sobie zapał i wewnętrzne przekonanie, że wszystko cokolwiek byśmy nie wymyślili to nam się musi udać.
To nie jest moi drodzy najlepszy pomył. Takie wygórowane oczekiwania wobec samych siebie często są po prostu nierealne. Cóż więc się wtedy dzieje?  Mimo początkowego zapału nic nam nie wychodzi.  Brak efektów powoduje, że uchodzi z nas energia i tracimy tę radość, która towarzyszy pokonywaniu życiowych przeszkód. Dobrze jest coś sobie obiecać, jednak dajmy sobie szansę na spełnienie tych obietnic! Nie planujmy radykalnej zmiany całego życia, nie przyrzekajmy czegoś, co jest dla nas zbyt trudne, by mogło się urzeczywistnić.
Jest pewna rzecz, która mnie denerwuje w tym, jak traktuje się postanowienia noworoczne. Niekiedy są one bardzo powierzchownie i mają od początku ukryte założenie, że i tak się nie uda. Bywa i tak, że po kilku takich „skuchach” stwierdzenie POSTANOWIENIE NOWOROCZNE kojarzy nam się raczej fatalnie. 
Cóż wobec tego robić? Na początek proponuję, aby zamiast zamęczać się niemożliwymi lub bardzo trudnymi  do zrealizowania postanowieniami, byście  zdecydowali się na takie zmiany, które sprawią wam przyjemność. Na przykład, że nie będziemy siedzieli w pracy jeśli rzeczywiście nie będzie to niezbędnie konieczne i szef nas o to nie poprosi. Wiem, że dzięki postanowieniom noworocznym próbujemy dokonać w swoim otoczeniu jakiejś pozytywnej zmiany. Może jednak na początek wystarczy tylko zmiana sposobu myślenia i to co wydaje nam się trudne przestanie być aż tak kłopotliwe?? 
Jeden z najczęstszych błędów, które popełniamy spisując postanowienia, to zakładanie, że robi się je tylko 1 stycznia. Jestem zwolenniczką metody robienia zobowiązań wobec siebie znacznie częściej, głównie dlatego, że tak jest sensowniej i efektywniej. Lepiej osiągać drobniejsze sukcesy często niż ponieść wielką porażkę raz. Prawda?
Zamiast tłumaczyć się potem sami przed sobą, że:
 „Większości ludzi i tak się nie udaje. A w ogóle to lepiej żadnych postanowień nie robić, bo i tak się ich nie dotrzyma.” 
Tym razem postanówmy sobie, że zrobimy wszystko, aby wypełnić postanowienia, które zrobimy w ciągu nowego roku. 
No właśnie, a jak właściwie sobie radzimy z dotrzymywaniem obietnic? Szczególnie tych złożonych naszym dzieciom. Czy zawsze jak obiecamy to na „mur beton”? Może to będzie dla wielu z nas postanowienie noworoczne?

Albo inne. a jakie Wy robicie?

środa, 30 grudnia 2015

Smutny los sześciolatków....

Poniższy tekst powstał w dniu 10 marca 2011, niemal pięć lat temu. Pod tekstem epilog, napisany dzisiejszej nocy.

Pomysł MEN wysłania sześciolatków do szkoły wzbudza kontrowersje. Niektórzy mówią, że szkoły nie są przygotowane – wiele jest w złym stanie technicznym, klasy są przepełnione, nie ma podziału na strefy dla młodszych i starszych. Ten ostatni element powoduje, że pojawia się argument, iż maluchy mogą być narażone na agresję ze strony starszych dzieci. Niekiedy problemem jest słabe, niewystarczające wyposażenie klas lekcyjnych. Według MEN każda sala ma mieć dwie części: edukacyjną (wyposażoną w tablicę i stoliki) oraz rekreacyjną (przestrzeń do zabawy). Powinna być ona wyposażona w sprzęt audiowizualny, komputer, gry i zabawki, tematyczne kąciki zabaw, biblioteczkę. W sali powinny też być szafki, żeby dzieci mogły zostawiać część rzeczy. Po zajęciach opiekę na dzieckiem powinna przejąć świetlica i to taka podzielona na grupy, aby skupiały dzieci w tym samym wieku. Szkoły są różne. Niektóre są przygotowane, a niektóre nie. Jeżeli jakaś szkoła nie jest gotowa na przyjęcie 6-latka, to na przyjęcie 7-latka też raczej nie będzie.
W tym roku rodzice po raz ostatni mają wybór, czy posłać sześciolatka do szkoły, czy zostawić jeszcze na rok w przedszkolu. Z informacji jakie do mnie docierają wielu z nich nie wie jaką podjąć decyzję.


Rodzice boją się, że nieprzygotowani do pracy z sześciolatkami są nauczyciele. Moim zdaniem są gotowi, pewnie będą musieli nieco się przestawić na młodsze dzieci ale wiedzą jak to zrobić i jeśli nasze dziecko będzie posiadało „dojrzałość szkolną”, nauczyciel będzie gotowy tym bardziej.
Analiza danych europejskich wykazuje, że jesteśmy społeczeństwem, które najpóźniej wysyła dzieci do szkoły, a najwcześniej przechodzi na emeryturę.


Czy  wobec tego to możliwe, że nasze dzieci są „jakieś dziwne” i w odróżnieniu od europejskich NIE SĄ gotowe, by w ieku sześciu lat rozpocząć naukę w szkole?Pisałam już o sześciolatku jaki jest (jaki powinien być http://www.facebook.com/note.php?note_id=181350808572309), pisałam o dojrzałości szkolnej i jak można to sprawdzić na własną rękę (na co zwrócić uwagę http://www.facebook.com/note.php?note_id=181067261933997), mówiłam, że jeśli coś nas zaniepokoi, dobrze jest wybrać się do psychologa. Pisałam jak i co robić, by do czasu rozpoczęcia nauki szkolnej popracować z dzieckiem, by wyrównać jego szanse.


O czym NIE pisałam? O dojrzałości szkolnej rodziców.
Rodzice mają obawy „Moje dziecko sobie nie poradzi”, „nie umie tylu rzeczy”, „jest jeszcze takie malutkie”, „nie rozumie co się wokoło niego dzieje”....
Pytam, dlaczego nie jest samodzielne w wieku 6 lat? Dlaczego nie ma wiedzy, którą sześciolatek powinien mieć? Dlaczego boi się świata bez mamusi (lub babci)? Dlaczego nie jest pewne siebie, nie umie mówić i argumentować. Dlaczego nie potrafi tak wielu ważnych i potrzebnych rzeczy? Bo zawsze w pobliżu jest mamusia, która ubierze, nakarmi, wytrze pupę, dopilnuje, podpowie, zrobi coś za dziecko, powie jaką podjąć decyzje i nakaże coś lub czegoś zabroni.
Rodzice martwią się jak dziecko sobie poradzi w kontakcie z dziećmi o rok młodszymi lub o rok starszymi,  a jak sobie radzi w rodzinie? na podwórku? czy w domu z rodzeństwem? To przecież łatwo sprawdzić.


Jeśli potrafiliśmy zbudować w dziecku poczucie własnej wartości i umiejętność funkcjonowania w grupie, to i w klasie sobie ono poradzi. Jeśli jest samodzielne i samoobsługowe - to nie będzie miało problemów w szkolnych realiach. Jeśli umie wyrażać swoje potrzeby i emocje, także da sobie radę. Jeśli przez pierwsze kilka lat zainwestowaliśmy nasz czas i uwagę, to pewne dziecko da sobie świetnie radę. Zakładam, że większość rodziców to wszystko zrobiła. Jeśli jednak nie wszystko lub nie jesteście pewni efektów to jeszcze nic straconego. Macie czas do września proponuję więc zacząć odrabiać zaległości już od dziś a zdążycie na pewno.


Nasze obawy i lęki są więc nieuzasadnione, bardziej się boimy niż to warto. Czy to w ogóle ma sens, że traktujemy szkołę jakby była jakimś siedliskiem złych mocy, które tylko czekają by pochłonąć nasze niewinne i bezbronne maleństwa.


Dla mnie szkoła to możliwości. To radość zdobywania nowych umiejętności, nowe przyjaźnie, które niekiedy przetrwają długie lata. Szkoła to początek nowej przygody i również od nas rodziców zależy czy będzie to przygoda szczęśliwa czy nie za bardzo. Pamiętajcie przy tym, że nauczyciel w tej przygodzie odgrywa rolę przewodnika naszego dziecka. Nie traktujcie go więc jakby był naszym lub co gorsza naszego dziecka wrogiem. Nie jest też rywalem. Który podstępem skradł nagle nasz rodzicielski autorytet. My rodzice powinniśmy, tak jak dotychczas „robić swoje”. Dziecko nadal tak samo nas będzie potrzebowało pomimo, że będzie dla nas miało coraz mniej czasu. 
Pracujmy z dzieckiem. Bądźmy pełni optymizmu i wiary w naszą pociechę.



EPILOG
Wczoraj w nocy Sejm RP głosami PiS-u cofnął sześciolatki do przedszkoli, krótko mówiąc  zrobiono trzy w jednym; zniesiono obowiązek szkolny dla 6-latków oraz przedszkolny dla 5-latków, a także stworzono możliwość powtórzenia roku dzieciom, które rozpoczęły naukę w wieku sześciu lat w tym i ubiegłym roku. Cóż to konkretnie oznacza dla dzieci i ich rodziców? Zwolennicy zmiany twierdzą, że najważniejsze jest, że dano rodzicom wybór. Ale ten wybór był i poprzednio. Jeśli dorośli tego nie rozumieją, to smutna konstatacja. Wystarczyło przecież, zdjąć obowiązek diagnozowania dziecka w poradni. Jeśli rodzic mający wysokie kompetencje i wiedzę odziecku uznaje, że jego pociecha nadaje się w wieku lat sześciu idzie zgodnie z ustawą, jeśli nie, rodzic go zatrzymuje. I tyle. Nowa ustawa znosi jednak obowiązek szkolny sześciolatków. Do szkoły obowiązkowo pójdą więc siedmiolatki. Rok później niż większość dzieci w Europie. I znowu będziemy gonić. Ale najważniejsze, żeby rodzice byli zadowoleni. Nie jest do końca pewne czy sześciolatki nie będą już potrzebowały opinii z poradni, by iść do szkoły. Pewne jest natomiast, że na życzenie rodziców dzieci będą mogły powtarzać drugą klasę. Mam nadzieję, że niewielu rodzicom taki pomysł wpadnie do głowy. Liczę bardzo na rodzicielski zdrowy rozsądek. W miejsce obowiązku przedszkolnego dla pięciolatków wprowadzone zostaje ich prawo do wychowania przedszkolnego. Niby różnica niewielka, ale dla dzieci z terenów zagrożonych wykluczeniem to dramat. Dramat cywilizacyjny. Obowiązek powodował, że rodzice byli zobligowani do zorganizowania możliwości nauki. I to było dla dzieci bardzo ważne. Wiązało się z awansem zarówno społecznym jak i ze skokiem edukacyjnym. Dzieci trafiały do szkół, gdzie mogły się lepiej rozwijać i edukować. Teraz, jeśli rodzice uznają, że za zimno i za daleko, to cały rok te dzieci – z braku innych możliwości kontaktu z kulturą – spędzą przez tv, przy domowej pomocy rodzicom lub na nicnierobieniu. Taka jest bowiem rzeczywistość wielu tysięcy dzieci. Szkoły na terenach wiejskich stały się przez ostatnie lata niejako centrami kultury. Tam dzieci zdobywały wiedzę i rozwijały możliwości. Oczywiście tymi centrami nadal - mam nadzieję zostaną - jeśli nie zwolni sie nauczycieli, bo nie będzie w szkołach dzieci - ale nikt pięciolatków specjalnie tam dowozić popołudniami na zajęcie dowozić niestety nie będzie. Utrzymane zostało prawo do wychowania przedszkolnego dla czterolatków. Tu nie ma zmian i na szczęście. Cóż oznacza to prawo w praktyce?, ano to, że jeśli o to wystąpią rodzice, to samorząd musi je dziecku zapewnić. Ale w przedszkolach będą sześciolatki i już wiadomo, że zabraknie ok. 300 tysięcy miejsc dla 3 i 4 latków. W ustawie pozostawiony został zapis, zgodnie z którym dzieci trzyletnie prawo do wychowania przedszkolnego otrzymają od 1 września 2017 r. Nowelizacja przewiduje, że od nowego roku szkolnego dzieci sześcioletnie będą mogły pójść do I klasy pod warunkiem odbycia rocznego przygotowania przedszkolnego. Znaczy to tyle, że jeśli dziecko nie miało miejsca w przedszkolu jako pięciolatek- a może się tak zdarzyć -  to do szkoły pójdzie jako siedmiolatek. Czyli jeśli nawet będzie fantastycznie się rozwijać i będzie się "nadawało" wg rodzica do szkoły to i tak nici z tego, bo nie będzie miało za sobą zerówki.


Tyle w ramach "dobrej zmiany".

PS 1. "Aż 79 proc. rodziców, którzy posłali dzieci do pierwszej klasy w wieku sześć lat, zrobiliby to jeszcze raz. Oceniają, że przez rok ich dzieci zrobiły postępy w czytaniu i pisaniu, ale też stały się bardziej samodzielne i pewne siebie".

2. Aż 96 proc. rodziców, którzy wysłali sześcioletnie dzieci do pierwszej klasy,  jest zadowolonych z nauczycieli i sposobów nauczania – wynika z badania TUNSS.
3. http://www.instytutobywatelski.pl/21223/komentarze/szkola-gotowa-na-maluchy