piątek, 10 listopada 2017

Truskawki z bitą śmietaną....

Dzieci czasem strasznie chcą postawić na swoim i mięć rację. Ośmioletni synek znajomej ostatnio zaczął sprawiać mamie „tego typu“ kłopoty, bo wydaje mu się, że pozjadał wszystkie rozumy. Wczoraj wrócił ze szkoły i awanturował się, że nie ma w domu flagi narodowej, żeby wywiesić 11 listopada.

Mama tłumaczyła, że na ich osiedlu to prawie nikt nie wywiesza, bo co to za okazja w końcu. Przecież, „Co mamy z tej niepodległości jak roboty nie ma i kryzys i kłopoty“?.Mama tak mu powiedziała, a on na to, że ona się nie zna i nic nie wie. Chłopiec także nie słucha w tej kwestii ojca, tylko, flaga i flaga. Rodzice wiedzą, że to na pamiątkę, ale przecież teraz, to co ta flaga ma zmienić? Tylko prać trzeba potem.

Okazuje się, że ośmiolatek jest - przynajmniej w tym wypadku - mądrzejszy od swoich rodziców. Może forma jego wypowiedzi nie jest najlepsza, ale co do treści, to ja jestem z niego dumna.

Wobec pytania „Co z tego, że Polska odzyskała niepodległość?” – brak słów. Postaram się jednak wyjaśnić mój punkt widzenia.Wywieszałam, wywieszam i będę wywieszać flagę w narodowe święta, bo jestem częścią tego narodu. Każdy obywatel jest. Proszę o tym nie zapominać .

W dniu 11 listopada chcę podziękować i pokazać, że pamiętam o tych wszystkich, którym wolną Polskę zawdzięczamy. Każdy obywatel zawdzięcza.Wiem, że ta odpowiedź być może nie jest taka jakiej się wielu spodziewało, ale innej nie mam.

Często dzieci zamiast uczyć się od rodziców wierszyka o „Polaku małym” muszą się tłumaczyć z własnego niedorosłego, ale bardzo emocjonalnego patriotyzmu.Przykład mojej znajomej uzmysłowił mi, że być może wielu z nas nie zna odpowiedzi na najprostsze pytania.Czym jest dla nas niepodległość, patriotyzm, duma narodowa? Jak to się stało, że przeszliśmy nad dobrem jakim jest niepodległa Ojczyzna do porządku dziennego? Nie mam zamiaru zanudzać nikogo definicjami, bo te jeśli się zechce to znajdzie się w słowniku. Wystarczy zajrzeć. Nie zrobię też wykładu z historii Polski.

Trudno mi jednak pogodzić się z prezentowaniem - często przez rodziców wobec dziecka - postawy tak różnej od tej, którą wpajano mi w domu.Teoretycznie to jesteśmy w Polsce wszyscy specjalistami od patriotyzmu. Słyszeliśmy o Westerplatte, Powstaniu, wiemy co to heroizm i smutek przegranej. Znamy wiele tragicznych wydarzeń. Obchodzimy smutne rocznice. Patrzymy na historię Polski przez pryzmat grobów jej najdzielniejszych synów.

Może właśnie dlatego trudno nam cieszyć się i okazywać radość i szczęście w Dniu odzyskania Niepodległości. Może dlatego to święto nie wygląda tak jakby mogło.Czy rzeczywiście jesteśmy patriotami Drodzy Państwo? Wiemy, że patriocie, na co dzień leży na sercu dobro Ojczyzny. Staramy się szanować symbole narodowe takie jak flaga, godło i hymn. To dobrze

Ale czy 11 listopada w oknach Waszych domów pojawią się barwy narodowe?? Jak wytłumaczycie dzieciom znaczenie słowa NIEPODLEGŁOŚĆ? Jakimi słowami wyjaśniacie dlaczego jest taka ważna? Czy potraficie opowiedzieć dziecku co się właściwie wtedy stało? Co pamiętacie ze szkoły?

Uważam, że trzeba znać historię swojego kraju. Brak wiedzy na ten temat to według mnie oznaka braku szacunku dla wszystkich tych, którzy za Polskę walczyli i często ginęli. To także brak szacunku dla samego siebie.O tych wszystkich sprawach trzeba rozmawiać z dziećmi. Nie należy przy tym zapominać, by ten dzień był radosny, przyjemny i napawał nas dumą. O to przecież walczyli nasi dziadkowie i pradziadkowie. O to, żebyśmy my dziś mogli się cieszyć i świętować. Abyśmy mogli robić to, czego oni nie mogli. Wywieszać flagi narodowe i manifestować nasz patriotyzm.

Proponuję, by zamiast się spierać o flagę, razem z dziećmi zrobić nawet małą biało-czerwoną chorągiewkę i wetknąć ją w doniczkę na oknie od ulicy. Zrobić kotylion i przypiąć tego dnia do ubrania.11 listopada w jakże radosnym dniu Święta Niepodległości zachęcam, by całą rodziną odwiedzić okoliczne miejsce pamięci związane z rokiem 1918, potem pójść na biało-czerwone lody. 

Lub choćby bitą śmietanę z truskawkami. 

czwartek, 2 listopada 2017

Odwiedziny

Pamiętam jeden z tych dni szczególnie. 

Mam może 4, może 5 lat. W tłumie, morzu ludzi idziemy a w zasadzie suniemy do przodu. Nic nie widzę, poza szarymi płaszczami ludzi a mama mocno trzyma mnie za rękę. Jest mi duszno i strasznie.
Nie bardzo mogę oddychać, bo w powietrzu unosi się mocny zapach stearyny, niejako przypisany temu dniu. W pewnym momencie brat mamy, Włodek podnosi mnie do góry i sadza na swoich ramionach. Patrzę na tysiące ludzi próbujących przejść przez wąską bramę cmentarną. Wszyscy są ubrani inaczej niż zwykle – elegancko. Płynę środkiem ludzkiej rzeki poplamionej kolorowymi chryzantemami. Jest szaro i mży.

1 listopada - Dzień Wszystkich Świętych 2 – Dzień Zaduszny. Dni, w których odwiedzamy groby. Groby bliskich, przyjaciół, znajomych, ale zdarza się, że i obcym zapalamy światełko. Dni pamięci o tych co byli tu przed nami i zostali za nami w cieniu.

Śmierć, odchodzenie, temat trudny dla bardzo wielu ludzi. Mało o umieraniu rozmawiamy i zwykle ze smutkiem i zadumą. Odcinamy się udając, że w ogóle nas to nie dotyczy. A przecież dotyczy, rodzimy się i umieramy, taka jest kolej rzeczy. Tak po prostu jest. 
Często rodzice pytają, czy zabierać dzieci na pogrzeby albo na odwiedzanie grobów 1 czy 2 listopada. Malucha lepiej zostawić w domu, pod opieką, dzięki temu będziemy mogli w spokoju zadumać się nad życiem i śmiercią. Gdy dziecko jest w stanie zrozumieć czemu wybieramy się na cmentarz, warto by pojechało czy poszło z nami.

Większość ludzi, odwiedza rodzinne groby raz, dwa razy w roku – na Wszystkich Świętych, Zaduszki no i może z jakiejś jeszcze jednej okazji. Zwykle nie chadzamy tam na spacery, no chyba że zwiedzamy nekropolie, w poszukiwaniu grobów znanych ludzi. Powązki, Père-Lachaise, Rosa, czy Pęksowy Brzyzek.

Pierwsze dni listopada to jednak okazja szczególna, przy grobach spotykają się dawno nie widziani krewni, wzruszamy się, zachwycamy tym, że dzieci tak urosły a my nadal tacy sami. Dowiadujemy się o chorobach, ślubach a czasem pogrzebach, na których nie byliśmy... Takie spotkanie rodziny w gronie żywych i tych którzy odeszli.

Dla dzieci te jesienne odwiedziny, u często nieznanego dziadka czy kuzyna, to jednak pewnego rodzaju atrakcja. Wybieranie zniczy i kwiatów. Tyle rodzajów, tyle kolorów. Znicze grające, świecące. Kwiaty prawdziwe i sztuczne i te najpiękniejsze na świecie chryzantemy. Złote kule, białe, żółte, fioletowe. Aż żal, że nie można mieć ich wszystkich. 

Wspólne porządkowanie grobu, - jeśli tylko rodzice pozwalają na ten grób wejść – byle tylko ostrożnie – to wyróżnienie i odpowiedzialność. Zapalanie świec prawdziwymi zapałkami i rozstawianie ich na płycie. Ustawianie doniczek z kwiatami tak, by było najładniej. Po drodze przez cmentarne alejki czytanie napisów na pobliskich mogiłach. Listopadowa wizyta na cmentarzu to przede wszystkim wspomnienie naszych bliskich, zaduma, okazanie szacunku, modlitwa a właściwie rozmowa z tymi najdroższymi, do których tęsknić nie przestaniemy nigdy. 



W drodze powrotnej wspominki o tym co było i minęło. Dzieci uwielbiają ten czas i zadają mnóstwo pytań. Wyjątkowych pytań w wyjątkowym dniu. Pytają nie tylko o śmierć i przemijanie, ale także o wspomnienia i emocje minionych chwil. Wielu z nas po powrocie do domu ogląda fotografie w rodzinnych albumach... 
Bardziej jakby czujemy się rodziną i my ci, których już z nami nie ma.

Tyle nazwisk, tylu ludzi, starych to normalne, ale też młodych i nawet dzieci… Wtedy często padają pytania: Dlaczego oni umarli? Przecież nie byli starzy. Trudne i żmudne tłumaczenie i wyjaśnianie, aż do wybawienia w postaci straganu pełnego obwarzanków i pańskiej skórki, są też „szyszki” z dmuchanego ryżu. Buzie zalepione słodkościami zapominają o pytaniach. Trzeba zjeść, żeby odwiedziny się „liczyły”. 

Ta tradycja jest w naszej rodzinie do dziś. Pańska skórka jest obowiązkowa.
Pierwszego w południe jak co rok wybiorę się do Mamy, babci, brata, do ciotek i wujów. Niektórych nigdy nie poznałam, umarli zanim się urodziłam, ale znam ich z rodzinnych opowieści. A przecież „Ludzie tak długo żyją, jak pamięć o nich żyje “. Wieczorem jak zwykle pojedziemy na Powązki.
Zawsze się wzruszam tysiącami świec świadczących o naszej narodowej pamięci o bohaterach.

Z moimi synkami, gdy byli mali co rok zapalaliśmy także światełko pod jakąś tablicą wmurowaną w ścianę kamienicy. Tablicą upamiętniającą śmierć w czasach wojny, zwykłych, jak my warszawiaków Tych co nie mają grobu, cmentarza ani rodziny co postawi doniczkę z chryzantemami i po zapaleniu zniczy przystanie nad nimi w zadumie. Tego dnia to my jesteśmy ich najbliższymi. Tych wszystkich bezimiennych, którzy żyją w naszej pamięci.


piątek, 29 września 2017

Nastoletnie emocje...

Każdy człowiek także nastolatek, aby być zdrowym i poukładanym psychicznie, potrzebuje spektrum różnych emocji i doświadczeń. Potrzebuje chwil, kiedy jest radosny, szczęśliwy, ale i smutny, zły czy zmartwiony.

Musi mieć czas, by myśleć o innych ludziach, ich strapieniach i niedoskonałościach, o problemach świata i jego przyszłości a także czas na myślenie jedynie o sobie i swoich sprawach. Nastolatek myśli i robi rzeczy, które uświadamiają mu, co jest dla niego ważne, na czym mu zależy, nawet jeśli nie cenią tego jego rodzice.

Takie funkcjonowanie powoduje konieczność codziennego radzenia sobie z   niewygodnymi uczuciami. Jeśli nastolatkowi zależy na nauce, musi być przygotowany na smutek związany z niepowodzeniami lub rozczarowaniami. Jeśli dba o swoich znajomych, to będzie chciał być z nimi, nawet wtedy, gdy oni mają zły dzień. I wtedy – poprzez empatię - może prowadzić to do pogorszenia jego własnego nastroju.

Częścią wyzwania, jakim jest bycie nastolatkiem, jest zrozumienie przez niego samego, o co, czy też o kogo się troszczy i jak należy się w tym odnaleźć. Nierzadko, korzystając z metody prób i błędów musi testować różne zachowania, niestety czasem także z grupy ryzykownych, aby w końcu dokonać wyboru i przekonać się, gdzie jest jego miejsce w grupie.

Mózg nastolatka działa szybko, więc i nastolatek zwykle działa impulsywnie. Raczej nie zaprząta sobie głowy myślą o konsekwencjach lub rządzą nim silne emocje czy uczucia, które mogą być nieprzewidywalne dla innych ludzi, którzy są wokół niego, w tej grupie także najbliższych mu dorosłych, kolegów z klasy czy nauczycieli. Te emocje są także często nieczytelne dla niego samego. Dopiero się tego uczą wraz z doświadczeniem. Nastolatki jednak muszą przejść ten proces.

Wiadomości, które dzieciaki w tym wieku otrzymują od rodziny, szkoły, przyjaciół i oczywiście mediów społecznościowych są intensywne, głośne, ale z ich punktu widzenia zarówno nieprzydatne jak i niebywale ważne. Nastolatki dowiadują się, między innymi, że muszą zdobyć „jakiś” sukces, że powinny być przez cały czas szczęśliwe i że ich osiągnięcia można zmierzyć liczbą lajków na Facebooku lub Instagramie.

Codzienność przez większość czasu nie dostarcza nam poczucia szczególnej szczęśliwości, istnieje wiele przeszkód w drodze do sukcesu, zimna twarda rzeczywistość, pokazuje, że jak tylko zaczynamy pracę nad jedną rzeczą, jest mniej czasu na pracę nad wszystkimi innymi, a więc osiągnięcie czegoś „wielkiego i ważnego” staje się niemalże niemożliwe.

Młodzi ludzie narzekają, że nie umieją radzić sobie z emocjami, ale także nie potrafią korzystać z „porad” dorosłych, np. "nie przejmuj się", "nie martw się tym", „dorośniesz zrozumiesz”, „takie problemy to nie problemy”. Nastolatki próbują nie mieć negatywnych uczuć i emocji, co w efekcie powoduje, że doświadczają ich jeszcze więcej.

Ostatecznie codzienne smutki i zmartwienia przerastają młodych ludzi i podejmują oni próby pozbycia się takich uczuć, wykorzystując nieprzydatne strategie, takie jak prokrastynacja (czyli odkładanie czegoś na później), unikanie określonych sytuacji, podejmowanie zbędnego ryzyka, narkotyki czy alkohol i wiele więcej.

Niełatwe jest życie nastolatka, ale rodzic powinien go wspierać, by w miarę bezboleśnie przeszedł ten okres swego życia. Odpowiedzialny i uważny rodzic, dbający o swoje dziecko w umiejętny sposób, zawsze ma szansę być drogowskazem i autorytetem. Mimo wszystko i ponad wszystko.




czwartek, 31 sierpnia 2017

Mój pierwszy dzień w szkole.

1 września 1969 roku.

Niewiele pamiętam z tego dnia, ale wiem, że dyrektorka o śmiesznym - dla nas dzieci - imieniu Genowefa miała może 130 cm w kapeluszu, a zdawała się być olbrzymem. Miała na szyi gwizdek i czego dowiedziałam się potem, gwizdała w czasie przerw, by zmienić kierunek chodzenia po korytarzu. Tak, tak, wtedy nie pozwalano nam siedzieć podczas przerw, bo siedzieliśmy przecież na lekcjach.

Moja pierwsza nauczycielka miała wdzięczne imię Krystyna. Była młodą – mniej więcej 20 letnią – kobietą o łagodnym spojrzeniu i cudownym kojącym uśmiechu. Uwielbiałam ją. Pisała kaligraficznie i ślicznie pachniała. „Być może”. Nosiła sznurowane brązowe buty na słupku i zawsze była w spódnicy i bluzce z żabotem, Elegantka.
Znała na pamięć chyba wszystkie wierszyki i piosenki, miałam wrażenie, że  po prostu wie wszystko.

W klasie było nas dużo, nie wiem ile, ale chyba koło 30.
Mniej więcej tyle samo chłopców, co dziewczynek. Wszyscy w fartuszkach z przyszytymi do rękawów tarczami.
Pamiętam, że dopóki nie dostałam okularów – mniej więcej w styczniu - siedziałam w trzeciej ławce od okna, z moją przyjaciółką z podwórka Małgosią.

Przed nami siedziały Basia z Hanią. Basi zmarła mama i dla całej klasy było to trudne wydarzenie. Nie pamiętam by rozmawiał z nami jakikolwiek psycholog, ale pamiętam wyprawę na pogrzeb. Jednak chyba było to już w 3 może 4 klasie.

Hania – z którą spotkałam się całkiem niedawno i „w ogóle się nie zmieniła”. Lubiłyśmy się bardzo, choć rywalizowałyśmy o względy najpopularniejszej w klasie Małgosi – tej z którą siedziałam. Jej rodzice – lekarze, zawsze mieli w domu ogromnie ilości bombonierek –trudnych do zdobycia w tamtych latach. Gdy zapraszała nas do domu, gdzie siedząc pod biurkiem jej taty rozpakowywałyśmy najładniej zapakowaną i w tajemnicy zjadałyśmy całe opakowanie.

Z dziewczynek pamiętam jeszcze Renatę, była duża i bałam się jej, w starszych klasach zaprzyjaźniłyśmy się. Była Beatka – z włosami jak strzecha, długimi do pasa. Agnieszka z którą uwielbiałam bawić się w teatr. Druga Basia, była biedną dziewczynką. Mirka – blada, aż przezroczysta, często chorowała. Więcej dziewczynek nie pamiętam.
Za to chłopaki to była mocna grupa.

Szef klasy  - Alek – zaraz we wrześniu wybiłam mu niechcący ząb w trakcie meczu a on kiedyś, już bez tego zęba przyszedł do mnie do domu, gdy byłam chora i sepleniąc powiedział „Psyniosłem zesyty, zeby nie miała zaległości”. Mama moja była wzruszona.
Był Janek – wg dzisiejszej wiedzy  byłby dyslektykiem Wiecznie miał problem z pisaniem i czytaniem. Mówił „słonice”  zamiast „słońce” zostało jego przezwiskiem już na zawsze. Tomek - przystojniak, największą jego zaletą był starszy brat – ładny, choć szalenie nieśmiały. Jurek z dobrego domu, taki kulturalny i ułożony. Był też Jacek – późniejszy kompan z harcerstwa.

Dwóch chłopców z podwarszawskich Otrębus - wtedy otoczonych jedynie polami uprawnymi, było jak bracia syjamscy – wszędzie razem. Jeden piegowaty jak „Marek Piegus” miał na imię Romek a drugi jego przyjaciel Staszek miał włosy białe jak len.
No i  Grześ – który wydawał nam się dziwny. Chodził z drewnianą gitarą i mówił że jest gitarzystą  zespołu Hot Chocolate.. Osiem lat nosił tę gitarę. Był miły.

W czasach rozkwitu popularności serwisu „Nasza Klasa” – spotkaliśmy się w okrojonym oczywiście gronie, większość naszego pokolenia nie jest przecież jednak „internetowa”. Poza krótkimi relacjami z życia osobistego nie bardzo było o czym gadać. Jakoś tak…

Jutro pierwszy dzień nowego roku szkolnego, kilka dni temu pisałam o trzech pokoleniach w mojej rodzinie, dla których ten dzień był ważny. Niedawno wspominałam swój pierwszy tornister. Dziś było nieco o klasie. Nie mam żadnego zdjęcia z pierwszej klasy. A szkoda.


Wszystkim uczniom, rodzicom i nauczycielom wspaniałego roku szkolnego.