czwartek, 16 kwietnia 2015

Z archiwum "Bojowa pieśń tygrysicy"

Recenzja książki "Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua

>>>Jeśli myślisz, że jesteś wymagający dla swojego dziecka, "Bojowa pieśń tygrysicy" wyprowadzi cię z błędu... To fascynująca i pełna humoru opowieść o tym, dlaczego chińskie matki są lepsze i jak wychować dziecko doskonałe.<<<

Tyle reklama wydawcy....
No w
łaśnie.. czy chińskie matki SĄ lepsze i czy dzięki swoim sposobom faktycznie wychowują „dzieci doskonałe”?
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że marzeniem a może nawet i celem większości rodziców jest zapewnić dziecku "udany start" a następnie dobre i pełne sukcesów życie. Można robić to na różne sposoby. Amy Chua chińska amerykanka w drugim pokoleniu, naukowiec, kobieta sukcesu, matka - wyróżnia dwie metody, zachodnią i chińską. Autorka jest oczywiście wyznawczynią metody chińskiej i w jej ideologii wychowała swoje dwie córki.
"Bojowa pie
śń tygrysicy" to zapis codziennych zmagań matki despotycznej, niebywale wymagającej, lecz co - wyraźnie podkreśla- kochającej bezgranicznie.
Metody stosowane przez Amy - z punktu widzenia "zachodniego" czytelnika - cz
ęsto wydają się szokujące. Historie treningu pływackiego czy historia nauki gry na instrumencie jak dla mnie są nieco szokujące. Wsparcie a może wręcz brak wsparcia w zwykłych społecznych relacjach także nie odpowiada mojemu pojmowaniu kształtowania człowieka od najmłodszych lat.
"Bojowa pie
śń tygrysicy" reklamowana jest jako krytyka współczesnego, bezstresowego modelu wychowania dzieci. To jednak książka nie tylko o wychowaniu, ale także o różnicach kulturowych. Wydaje się, że właśnie te różnice są takie trudne do zaakceptowania. To książka chwilami dość zabawna, ale częściej przerażająca.
Amy Chua cz
ęsto porównuje wychowawczy model chiński, promujący dążenie do maksymalnych osiągnięć i wyników, ze znanym nam podejściem, opierającym się na zaszczepieniu dzieciom wiary, że błąd czy porażka nie jest niczym złym, że niezależnie od osiąganych wyników są kochane. W książce znajdujemy model chiński realizowany w warunkach amerykańskich. Nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to model „emigrancki”. Trzeba więcej, mocniej, lepiej. „Chińska matka” zmusza więc swoje córki do nieustannej ciężkiej pracy, dla zasady nie chwali za rzeczy poniżej oczekiwań, wciąż podnosi poprzeczkę, uznając, że jej dzieci stać na świetne, najlepsze i coraz lepsze wyniki.
I nie by
łoby w tym pewnie nic złego, gdyby nie sposoby w jaki to osiąga.
Niestety metoda chi
ńska nie przemawia do mnie. Książkę odebrałam jako przerażający opis bezcelowej tresury dzieci. W trakcie czytania niejednokrotnie pytałam w myślach autorkę „Po co?? Po co ty to robisz?”, „Co kieruje Twoimi zachowaniami i wyborami poza własną ambicją”? W pewnym momencie zrozumiałam, że dla Amy to właśnie posiadanie idealnych dzieci jest celem samym w sobie. Nie było ważne co czują, co myślą, co chcą, ważne było by były najlepsze, lepsze niż mogły myśleć, że kiedykolwiek będą. Oczywiście jest to pewny sposób na osiągnięcie sukcesu, ale jakim kosztem? Bezsprzecznie córki Amy odniosły sukces zawodowy, osiągnęły wszystko o czym marzyła dla nich matka.. ale kim są, jakimi są kobietami, co czują do siebie nawzajem, do matki, do innych ludzi? Czy mają przyjaciół? Czy dążenie do sukcesu za wszelką cenę nie zniszczyło ich samych?
Okazuje się, że ani model zachodni wychowywania dzieci - zbyt często - na roszczeniowe i bezmyślne, ani terror prowadzący do stworzenia „idealnych” dzieci - praktykowany przez Amy Chua nie są optymalne. Po lekturze doszłam do wniosku, że niezrozumienie a co za tym idzie fiasko "bezstresowego wychowania" wynika z lenistwa rodziców, którym nie chce się dać dzieciom tyle pracy i uwagi, ile potrzebują Zdarza się niestety, że zachodni rodzice robią dzieciom ogromną krzywdę kompletnym brakiem wymagań, natomiast niedoskonałość modelu chińskiego leży w

nadgorliwości rodziców i w produkowaniu świetnych, odnoszących sukcesy lecz wyzutych z emocji „produktów”.
Po przeczytaniu książki i analizie własnych metod wychowawczych wypada nabrać nowej perspektywy w podejściu do wychowywania dzieci i oczywiście łyknąć pigułkę ze zdrowego rozsądku... 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Chcecie bajki, oto bajka…*

„Moje  3 letnie dziecko w przedszkolu ma oprócz zwykłych zajęć dodatkowo rytmikę, malarstwo i komputery. Chodzi  po południu raz w tygodniu na zajęcia typu „poznaję świat”. Od kiedy skończyło 3 miesiące uczęszczamy regularnie na basen. Zapisałam je na jogę dla dzieci. Uczy się czytać na specjalnych zajęciach wg metody dla małych dzieci.
Co do nauki języka obcego ma prywatne zajęcia  w domu z panią. Uczy się grać na keybordzie. W weekend chodzimy do muzeów i na zajęcia artystyczne. Przymierzam się by zapisać dziecko wiosną na naukę jazdy na kucyku albo na tenisa. Bardzo dużo pracuję by w przyszłości osiągnęło sukces. Latem wybieramy się do Francji by dziecko zobaczyło Luwr i zamki nad Loarą. Zimą byliśmy w Egipcie i odkrywaliśmy starożytność...””
 Znacie???
Może nie aż w takiej formie ale jednak...
Wielu rodzicom się wydaje, że by wychować mądre dziecko, trzeba dać mu tyle stymulacji ile tylko jest w stanie przyjąć.  To błąd. Najlepsze dzieciństwo to przede wszystkim optymalny proces poznawania przez dziecko świata. To proces uczenia się poprzez zrównoważony rozwój  intelektualny, społeczny i emocjonalny.
Rodzice pragną, by ich dzieci wyrosły na mądrych ludzi. Każdy ma swoja receptę i każdemu się wydaje, że on wie lepiej niż inni. Bardzo często rodzice mają pomysł na to, by ich dziecko już od urodzenia uczestniczyło w kulturze, znało języki obce było i artystą i odkrywcą. By było wysportowane i we wszystkim najlepsze.
Życie to nie jest wyścig szczurów. W psychologii  wyścigiem szczurów określa się pozbawioną większego sensu i niekończącą się pogoń (najczęściej bardzo wyczerpującą) ludzi, dążących do osiągnięcia materialnego i zawodowego sukcesu. 
Taki właśnie scenariusz dość często rodzice „fundują” swoim dzieciom. Nasze dzieci pod pretekstem  spełniania ich potrzeb, a tak naprawdę w związku z zapewnieniem nam lepszego samopoczucia, wpędzane są przez nas w ten wyścig coraz wcześniej. A nie ma takiej potrzeby. Nie jest bowiem prawdą, że dziecku potrzebna jest aż tak ogromna stymulacja. 
Świat dziecka jest dla niego bez naszych pomysłów, wystarczająco trudny do ogarnięcia. Tak dużo się dzieje i w przedszkolu i w szkole i w domu i w otaczającym świecie. Zobaczcie, ile wysiłku dziecko wkłada w edukację przedszkolną. Zajęcia przedszkolne wymagają skupienia i koncentracji  i mimo, że w przedszkolu to głównie zabawa i nauka poprzez nią to większość czasu umysł dziecka jest obciążony w maksymalnym stopniu.  
Mimo, iż dziecko samo decyduje w co i jak się bawi, decyduje o tempie zabawy i ilości bodźców to i tak po przedszkolu jest często bardzo zmęczone. Po przedszkolu powinno więc odpocząć a nie mieć „w obowiązkach” więcej niż powinno. 
Uważam, że warto zrezygnować z części zajęć. Oczywiście nie mówię, że trzeba odłożyć wszystko. Ale proponuję  rozwijać i wzbogacać dziecko małymi kroczkami. Nie musi nauczyć się wszystkiego w pierwszych kilku latach życia.




* z archiwum 
01.03.2011

wtorek, 7 kwietnia 2015

Jaki masz Puls?

Zadebiutował nowy program – a wręcz magazyn lifestylowy “Twój Puls”.
Producentem jest Remigiusz Maścianica, w przeszłości szef „Dzień dobry TVN”, całość jest pracą zespołową a pomysł autorski.

Program składa się z trzech bloków tematycznych. „W pierwszym poruszone zostaną kwestie związane z prowadzeniem domu, pracami w nim i gotowaniem. Druga część programu będzie dotyczyła tematyki zdrowia, mody i urody. W trzecim z bloków - poruszane będą budzące sporo emocji bieżące tematy, w tym tematy tabu”. Pomysłodawcy zapowiedzieli, że nie zabraknie ciekawych gości.
Pojawia się codziennie między 10:50 do 12:30. Dodam, że nie jest na żywo.

Ponieważ jestem zwierzęciem telewizyjnym postanowiłam obejrzeć debiut na ekranie.

Prowadzące wygrały casting i “idealnie pasują do prowadzenia tego typu programu, są
lubiane, popularne, naturalne i przez to bliskie widzom. Jako kobiety łączące obowiązki
domowe i zawodowe świetnie znają codzienne problemy współczesnych Polek i potrafią w sposób bardzo wiarygodny i interesujący z wdziękiem rozmawiać na każdy temat”. To zapewnienie prezesa Telewizji Puls Dariusza Dąbskiego.

Gospodyniami są Kasia Cichopek i Kasia Trzaskalska. Przedstawiać nie trzeba, ale gwoli
lepszej czytalności podpowiem po jednym zdaniu.
Katarzyna Cichopek to polska aktorka, tancerka i prezenterka telewizyjna autorka
trzech poradników i mama dwójki dzieci. Grywa w teatrze i serialach.
Katarzyna Trzaskalska to polska dziennikarka, pracowała jako prezenterka prognozy pogody, Panoramy i Teleexpressu.

Nastawiłam się na nowoczesny i ciekawy program w przedpołudniowym paśmie dla zjadaczy telewizji. Najpierw zaskoczyła mnie scenografia. Wczesne lata siedemdziesiąte. Prezes Dąbski,
przekonuje, że „scenografia nie jest archaiczna, tylko naturalna, tak jak w wielu polskich
domach.”

Po kilku minutach – wliczając czołówkę - miałam pierwszy odruch na wyłączenie telewizora. Nie podobało mi się. Postanowiłam jednak dotrwać do końca, gdyż zainteresowały mnie zaproponowane tematy dnia – „domowa ekonomia” - czyli jak nie wyrzucać resztek po świętach a je zapiec, jak dobrać podkład do cery i jak urządzić mieszkanie zgodnie ze znakami zodiaku.         

Pierwszy gość to Ela Romanowska. Nie mam pojęcia kto zacz, ale rozumiem, że to mój problem. Rozmowa jest o odchudzaniu i zdrowej żywności. Pojawia się wątek „edukacyjny”, bo dowiaduję się, że aktorka ta, to „Jola z Rancza”. Gorąco przepraszam, że nie wiedziałam.

Kolejna cegiełka jest o cudach. Mija 10 lat od śmierci JPII – więc jacyś państwo opowiadają o cudzie uzdrowienia. A potem o sobie. „Wierzymy, chodzimy do kościółka, synuś jest ministrantem, warto wierzyć”. Nie moja bajka.

Szybka zmiana prowadzącej i tematu. Nareszcie coś dla mnie. Rozmowa z 80 letnią
modelką i drugą młodą, u progu kariery.
Obie gościnie interesujące. Miły fragment, aż 
do chwili, gdy słyszę, że „kobietą jest się w każdym wieku”-  to idealny do cytowania niemal bonmot Kasi Cichopek.

Siedzę sobie przed telewizorem, jest już mniej więcej połowa programu i choć nie mam już odruchu, by natychmiast wyłączyć, to jednak jestem nieco zawiedziona. Pierwszy odcinek powinien - moim zdaniem-  być taki, żeby BARDZO chciało się obejrzeć następny, a ja nadal po prostu czekam, aż ten się rozkręci.

Rozmowa z blogerką kulinarną o tym jak nie marnować jedzenia, dość interesująca, gdyby nie te zdrobnienia: ziemniaczki, pomidorki. To okropnie drażni uszy.

Nagle zaskoczenie, pozytywne. „Zrób to sam” w wersji kobiecej. Pani „złota rączka” BARDZO fajna - świetny pomysł na segment programowy i moim zdaniem, powinien być stałem punktem, bo tego nie ma nigdzie indziej w telewizji. Gość mówi świetnie, trzeba by jedynie popracować nad jej stylizacją, ale to szczegół.

We fragmencie „Jak urządzić mieszkanie zgodnie ze znakiem zodiaku?” – doradza wróżka Sybilla.  Ponieważ nie dowiedziałam się jak powinno wyglądać mieszkanie Strzelca więc uznam, że moje jest dla mnie idealne.

Temat bieżący czyli „Wiosną chce się wyglądać młodziej i ŚWIEŻEJ” - a więc o podkładzie do cery, 
prezentuje bardzo merytoryczna, sprawna ekspertka. Podpisana „wizażystka GWIAZD” :) „Wizażowała” kiedyś i mnie.

Kolejny temat to pierwsza wizyta dziewczynki u ginekologa. SUPER cegiełka.
Świetna ekspertka – doktor Tulimowska. Mądrze mówi. Misyjnie.

Wracamy do odżywiania – nie wiem w sumie po co drugi raz, ale że gościem jest Olga Bończyk - oglądam. W wątku niestety sporo bałaganu. Jakiś taki nieogarnięty.  Pojawia się ciekawa teza pani dietetyk
natura stworzyła nas TYLKO do rodzenia dzieci”. Dyskutowałabym.

Na zakończenie rozmowa o „modzie która opanowała świat” - czyli o selfie. Wspólne zdjęcie, dziubek/dzióbek w selfie. KONIEC.

I zapowiedz jutra. ”Wróżki i kuchnia”.
Strach się bać.

Na podsumowanie kilka uwag ogólnych. Program ma więcej zalet niż wad. Po pierwsze
ma szansę zagospodarować widzów, spędzających ten czas w domu. Zastanawia mnie tylko, czy jest dobrze „wytargetowany”, bo w mojej ocenie ma trafić do „pracujących 30 latek” a te przecież są właśnie w pracy, wiec raczej trafia do mam udomowionych i emerytów. A dziś ani do jednych ani do drugich nie było nic.

Nie podoba mi się estetyka programu, ani kolorystyka ani scenografia. Belki niewidoczne i nie zawsze merytorycznie dopasowane.
Podoba mi się, że rozmowy trwają po kilka minut, że tematy są DOBRZE omówione, a nie „prześlizgane”. To zaleta.

Prowadzące spięte, ale to przecież dopiero pierwsza odsłona.
Zdecydowanie lepiej radzi sobie Kasia Trzaskalska. Nie jest przesłodzona i jest bardziej uważna.

Generalnie nie będzie to mój program, ale mam nadzieję, że jeśli się „dotrze” w studio, to ma szansę być lubianym.

Może namawiałabym na poszukanie tematów, lub przedstawienia ich inaczej niż w dostępnych śniadaniówkach. Żeby było wiadomo, że „Twój Puls” to puls odbiorcy.
Powodzenia więc.


poniedziałek, 6 kwietnia 2015

I ślubuję Ci...

Dlaczego właściwie bierzemy ślub? Czy kobiety i mężczyźni mają podobne w tym względzie motywy?
Otóż małżeństwo zawieramy z setek najróżniejszych powodów, z których najczęstszym pozostaje i mam nadzieję, że tak będzie już zawsze fakt, że się kochamy.
Nie wyobrażamy sobie życia bez siebie. Rozumiemy się bez słów. Ufamy sobie i wierzymy, że razem chcemy przejść przez życie.
No dobrze, powiecie, ale czy do tego niezbędny jest ślub? Słuszne pytanie a odpowiedź zależy od tego jaki światopogląd reprezentujemy. Jeśli nie należymy do ludzi specjalnie wierzących to małżeństwo służy właściwie uproszczeniu i konsolidacji relacji ekonomicznych między nami. Choćby w tym sensie, że możemy, jeśli mamy na to ochotę wspólnie rozliczyć się z podatku dochodowego. 
Jeśli natomiast jesteśmy religijni to wiemy, że sakrament małżeństwa jest niezbędny, aby tworzyć chrześcijańską rodzinę, że o lęku przed ogniem piekielnym z powodu życia w grzechu nie wspomnę. 
Te motywy i skutki małżeństwa są oczywiste, ale nie jedyne. Czasem wydaje nam się, że jeśli przysięgniemy sobie dozgonną miłość przed obliczem kapłana lub urzędnika stanu cywilnego, to mamy większą gwarancję stałości związku. Z tym jak wiemy bywa jednak różnie, o czym świadczy rosnąca wciąż liczba rozwodów. 
Często decydujemy się na ślub, bo tak wypada. Trochę dla siebie, ale bardziej dla rodziny. Można przecież wyprawić wesele. Nie zagrozi nam staropanieństwo. Te powody dotyczą raczej żeńskiej połowy naszej pary.
Oprócz zastanawiania się nad motywami wstąpienia na ślubny kobierzec dobrze jest przyjrzeć się temu czego oczekujemy od małżeńskiego życia. 
Niekiedy ludzie upatrują przyczyny wysokiej liczby rozwodów w wygórowanych oczekiwaniach od ślubnego związku, ale niekoniecznie i nie zawsze jest to prawda. 
Tak długo jak wasze oczekiwania są zbieżne możecie razem pracować, aby je urzeczywistnić.  Jeśli jednak każde z was chce czego innego, jedno zawsze będzie niezadowolone. Na wasze oczekiwania ma wpływ wiele czynników: doświadczenia życiowe, przyjaciele, poprzednie związki, czy przekazy medialne. Największy wpływ na to czego pragniecie w małżeństwie ma jednak wasz dom rodzinny.
Jako małe dzieci dowiadujemy się o funkcjonowaniu w związku od naszych rodziców. Ta wiedza często zapada nam głęboko w podświadomość, czekając, aby się ujawnić, kiedy sami staniemy się żonami i mężami. 
Te wzorce bywają jednak różne.
Metodą  na „scementowanie“ łączących was więzi bywa też ciąża. Niestety czasem ta chęć bywa przejawiana przez jedno z was. Wówczas przekonujecie się wzajemnie, analizujecie za i przeciw. Ważne jest, aby jeśli jeszcze nie jesteście w ciąży, rozmawiać o tym co zmieni się w waszym rodzinnym już życiu. Zastanówcie się wspólnie, czy podołacie obowiązkom przypisanym rodzicom. Popatrzcie na siebie i spróbujcie odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy chcę z moim partnerem wspólnie wychowywać nasze dziecko? Czy to jest właśnie ta/ten? Zdarza się, że nie zastanawiacie się nad tym a warto jednak pomyśleć i SZCZERZE porozmawiać z partnerem zanim zostaniecie rodzicami. 
Pamiętajcie bowiem, że od tej decyzji może zależeć czy wasze dziecko będzie szczęśliwe. Czy wy będziecie nadal spełnionymi w związku ludźmi. Przede wszystkim do momentu stania się rodzicami odpowiadacie wyłącznie za siebie. Jeśli czegoś nie robicie, lub robicie jedynie wy sami jesteście dotknięci skutkami waszych decyzji. Z chwilą, gdy na świecie pojawi się  wasze dziecko wszystkie wasze decyzje, wybory, zachowania dotyczyć zaczną i dziecka. Przestajecie być panami samych siebie. 
To dziecko - owoc waszej miłości i najwspanialszy skarb, staje się najważniejsze przez kolejne lata.
To zupełnie naturalne, że mamy wątpliwości i lęki przed ślubem. To jedna najważniejszych decyzji życiowych jaką podejmujemy. Ale jeśli wraz z partnerem możecie otwarcie dzielić się swoimi uczuciami, wspierać się i podtrzymywać na duchu to wszystko toczy się we właściwym kierunku i możecie być dobrej myśli.
Oczywiście jak w większości sytuacji nie jest wskazane wyciąganie ogólnych wniosków. Dzieci „wpadkowe“ bywają przeszczęśliwe. Mają przecież kochających i dbających rodziców, umiejących rozmawiać ze sobą i kochających się. Ważne by nie zakładać, że dziecko jest 'kartą przetargową" w sprawie ślubu, albo, że jest jego bezpośrednim powodem.
Pamiętajcie jednak, że nie wystarczy mieć dziecko, aby stać się rodzicem. Zanim więc zdecydujecie się na wysłanie zaproszenia na ten świat do waszego maleństwa, to postarajcie się poznać siebie nawzajem w sytuacji, gdy możecie i powinniście cieszyć się i celebrować każdą chwilę spędzoną  razem.
I najważniejsze, trzeba BARDZO uważnie i rozsądnie wybrać partnera/partnerkę do bycia rodzicem. Bo to decyzja na całe życie, niezależnie jak dalej potoczą się nasze wspólne losy.
Bo rodzicami wspólnego dziecka/dzieci będziemy już zawsze!



utworzona przez użytkownika SuperNiania w dniu 31 stycznia 2011

piątek, 3 kwietnia 2015

Pisanką między oczy...

Nadchodzi najważniejsze dla katolików święto. Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Czas odnowy, oczyszczenia i nadziei. To także święto pojednania.

Na swojej stronie fanowskiej na Fb staram się raczej łączyć niż dzielić. Tradycyjnie w tym czasie, zamieszczam więc treści zarówno dla wierzących jak i niewierzących. Wrzucam memy, obrazki, opisy tradycji i świątecznych zwyczajów czy zwykłe a ciekawe  artykuły bieżące. Mówią o różnych sposobach na spędzania świąt i okołoświątecznego wolnego czasu. O tym, jak i co szykujemy w polskich domach. Przepisy i anegdoty. Mydło i powidło.

Żartuję z obowiązkowego sprzątania, kolejki do trzepaków i mycia okien, sugerując, że to raczej dusze powinny być czyste…
Pokazuję też szykowane w moim domu wielkanocne potrawy i ozdoby świąteczne.
I tak wprowadzam moich czytelników i siebie w nastrój, gdy nagle…dostaję tradycyjny, dyngusowy kubeł zimnej wody na głowę…

„Jakim prawem pani o tym pisze” – pyta młoda mama trójki dzieci z małego miasteczka, „dlaczego wyśmiewa się pani z katolików pokazując swoje pisanki” – to szefowa dużego biura z dużego miasta, na profilu wiele zdjęć JPII, „niech sobie pani siedzi przed tv a nie przeszkadza świętować katolikom” – niemal krzyczy nauczyciel z Pomorza, „ateistka a świętuje”,- wyszydza starsza pani, babcia wnukom, których komunijne zdjęcia zalewają jej profil,  „co to za święta w pani domu?” – pyta kierowca tira - na stałe w Holandii- , na lusterku samochodu zawieszony różaniec.
Jest tego wiele. Mniej lub bardziej obraźliwych, często bardzo wulgarnych i agresywnych. To głosy oburzonych chrześcijan.


I tu przechodzimy do problemu bardziej ogólnego.
Czyżby osoby niewierzące nie miały prawa malować pisanek, robić palemek, dekorować domów i szykować mazurków? Czy to sposób spędzania czasu zarezerwowany dla katolików? Czy czas świąteczny i pewna polska tradycja – ma być tylko dla nich?
Nie sądzę!

Co kogo obchodzi, w co kto wierzy lub nie? Czemu ktokolwiek ma zabraniać drugiemu spędzać wolne dni świąt kościelnych tradycyjnie? Przecież wielu niewierzących , wychowanych w katolickich domach, dba o tradycję a nie wiarę i to także ich prawo.
Idąc tym tropem, w domach niekatolików nie wolno mieć, zdobić i jeść jajek. Symbolu tych świąt. Zakazane są ozdobne, kolorowe palmy. Nie i już.

Wierzący mają kościół i swoje czyste, wysprzątane do ostatniej kropli potu domy. Niewierzący mają swoje. Także wysprzątane.
Czasem w jednej rodzinie małżeństwa mają różne światopoglądy. Mimo to, dekorują domy, szykują tradycyjne potrawy i spędzają ten czas w tradycyjny sposób.
Czyżby jeden z małżonków powinien chodzić w tajemnicy ze święconką? Niewierzący nie powinni z wierzącymi siedzieć przy wielkanocnym śniadaniu?

Rozumiem oczywiście, że Wielkanoc to święto kościelne, ale gdy czytam, że niewierzącym nie wolno „świętować” tego czasu, a przekaz wzmocniony jest wulgaryzmami, chamstwem i agresją, to przychodzi mi na myśl tylko jedno…

Wstydźcie się ci, którzy nienawistnie piszecie i myślicie. Takie poglądy kłócą się z ideą chrześcijaństwa.

Świętowanie Świąt ustanowionych przez kościół w domach niekatolickich, nie jest przeciwko religii i wierze. Jest zgodne z tradycją i kulturą. I jest częścią naszego dziedzictwa.
Nie trzeba dzielić a warto łączyć.

Podziałów mamy wystarczająco dużo.



wtorek, 24 marca 2015

Powtórka z rozrywki...

O pomysłowo-chorych :)

Pomysłowość jest definiowana jako zdolność do kreatywnego myślenia o dostępnych metodach, narzędziach i materiałach, które można zastosować w trudnych, nowych bądź zaskakujących sytuacjach.
Pomysłowość zwana często kreatywnością pozwala rozpatrzeć wszelkie możliwe sposoby rozwiązania jakiegoś problemu.
Oczywiście  jedni ludzie mają w tym kierunku predyspozycje a inni nie. Niektórzy ćwiczą, by taką kreatywność wykształcić. Oczywiście łatwiej ją kształtować i rozwijać w oparciu o pewne posiadane cechy, niż zaczynać od zera.
Dla dziecka nie ma w zasadzie rzeczy niemożliwych, jego wyobraźnia jest nieograniczona.
Dorośli wynalazcy właśnie tak jak dzieci spostrzegają świat. Dla nich nie ma określenia „nie da się’, zawsze zapytają dlaczego się nie da? I spróbują znaleźć alternatywne rozwiązanie. Dzięki temu właśnie rozwija się technika i nauka.
Znacie to? Tak właśnie "wymyślają świat" wasze dzieciaki? To wspaniale. Tak ma być.
Aby rozwijać kreatywność stawiajcie przed dzieckiem nowe wyzwania. Pamiętajcie, że nie mogą być zbyt trudne i zbyt łatwe - obie zniechęcą do wysiłku intelektualnego.
Dawajcie dziecku do zabawy różnorodne materiały, tak by poznawały nowe faktury i nowe możliwości  ich wykorzystania. 
Podsuwajcie dziecku zagadki intelektualne polegające na wyszukiwaniu dla prostego przedmiotu innych niż podstawowe zastosowania. 
Ważne jest byście zachęcali do poszukiwań i nagradzali innowacyjność. Oczywiście rozwijanie pomysłowości i kreatywności dotyczy nie tylko zastosowań materiałów czy przedmiotów. Dotyczy wszystkich dziedzin życia.
Bawcie się więc z dziećmi w zabawy słowne, w zgadywanki, zagadki, w zakańczanie  lub wymyślanie historyjek. Wymyślajcie wspólnie różne zakończenia dla znanych bajek ( co by było gdyby...). Bawcie się przy mapie, poznawajcie świat, podróżujcie w wyobraźni. 
Grajcie w gry oparte na słowach, literaki, logiczne gry planszowe, kalambury. Szukajcie mądrych gier strategicznych. Bawcie się w rebusy, zadawajcie zagadki.
Mądrze korzystajcie z telewizji i internetu. Szukajcie nietypowych rozwiązać i ciekawostek. Załóżcie specjalny zeszyt na tego typu kolekcję "dziwności".
Znajdujcie nowe nazwy albo nowe zastosowania dla „rzeczy pospolitych”, wyszukujcie „dziwne przedmioty” i zastanawiajcie się do czego służą?
Pozwólcie dziecku wymyślać tak dużo rozwiązań ile tylko mu przyjdzie do głowy. Zapisujcie je, może kiedyś Wasze dziecko zostanie wynalazcą, odkrywcą lub przynajmniej zgłosi jakiś patent.
Wyobraźnia dzieci nie zna granic...Zobaczycie jak będziecie zaskoczeni ile zastosowań dla kubka po jogurcie znajdzie Wasze dziecko. 
Zagadki i poszukiwanie rozwiązań może bardzo urozmaicić każdą codzienną, zwykłą, szarą  czynność.
Nauczcie swoje dzieci rozmawiać, używać argumentów. Podsuwajcie mu różne rozwiązania, ale nie decydujcie za niego. Niech dziecko w miarę możliwości podejmuje samodzielne decyzje, początkowo te najdrobniejsze a potem większe. Niech uczy się zarówno podejmowanie decyzji jak i ponoszenia za nie odpowiedzialności. Im wcześniej tym lepiej.
Uczcie dzieci samodzielności i rozwijajcie w nim poczucie niezależności. Dziecko musi poznawać świat  i musi eksperymentować. Pamiętajcie, że możecie i powinniście być ich nauczycielami i przewodnikami i doradcami.
Ale nie róbcie nic za dzieci, bądźcie obok, obserwujcie i bawcie się razem z nimi.
Koniecznie przeczytajcie z dzieckiem o przygodach najsłynniejszej pomysłowej dziewczynki świata Pippi i równie "pomysłowo-chorego" Tomka Sawyera. Dużo razem czytajcie. Jeszcze więcej rozmawiajcie. Nie szczędźcie czasu swoim dzieciom. 
Nie bądźcie nadopiekuńczy. Pozwólcie dzieciom rozwinąć skrzydła.
I z dumą patrzcie jak "fruną" w świat:)
utworzona przez użytkownika SuperNiania w dniu 1 stycznia 2011 o 13:45

poniedziałek, 23 marca 2015

Rodzice a szkoła…

Rodzice odprowadzając dziecko do przedszkola czy szkoły, zawierają z tymi placówkami de facto pewien rodzaj kontraktu. Kontraktu, w myśl którego obie strony mają zgodnie współdziałając robić wszystko co w ich mocy, aby wykształcić i ukształtować człowieka.  Można też powiedzieć, że jest to usługa, którą świadczy nauczyciel na zlecenie rodzica. Z tym, że odbiorcą tej usługi jest nasze dziecko.
Kształtowanie właściwych,  z punktu widzenia szeroko pojętego społeczeństwa,  cech u dziecka - czyli wychowanie - wymaga czasu i oraz dużego nakładu pracy. O sukcesie decyduje też dobra współpraca szkoły ze środowiskiem rodzinnym. Zadaniem czy nawet obowiązkiem rodziców musi więc być wspólne (wraz ze szkołą) realizowanie uzgodnionego systemu wychowawczego. W tym celu nauczycielom i rodzicom przyświecać musi jeden jedyny cel - dobro dzieci.
Decydujący dla jakości współpracy szkoły z domem jest dobry przepływ informacji oraz spójność komunikatów płynących do dziecka z obu źródeł. Bezpośredni kontakt wychowawcy i rodzica pozwala na wzajemne zrozumienie potrzeb i oczekiwań. Nie ma lepszego sposobu na osiągnięcie sukcesu wychowawczego i edukacyjnego.
Szkoła to trzy poddane interakcji grupy osób odgrywających swoje role społeczne - uczniowie, nauczyciele, rodzice. Często relacje są nacechowane niechęcią a nawet wrogością, natomiast konflikt jest w nich elementem powszechnym.
Cele nauczyciela i rodzica są teoretycznie takie same. Współpraca leży przecież w interesie dziecka. Nieporozumienia mają z reguły źródło w nadziejach pokładanych w stosunku do przedszkola/szkoły i aspiracjach wobec dziecka. Niezadowolony z postępów  w nauce rodzic zarzuca nauczycielowi brak kompetencji, niesprawiedliwe traktowanie, złe funkcjonowanie klasy, szkoły czy systemu oświaty. Rodzic wie, że gdyby jego dziecko było właściwie traktowane i nauczane osiągałoby zdecydowanie lepsze wyniki. Bo przecież jest najepsze. Nie interesuje go przy tym aktualny sposób kształcenia a jedynie zmiana go na jakiś lepszy, choć nie do końca wiadomo na jaki.
Praca z takim rodzicem jest trudna, zamiast merytorycznej rozmowy o sukcesach i porażkach dziecka, mamy tu nieustającą szarżę na ciało pedagogiczne. To rodzić atakujący.
Inny rodzaj  to wiedzący wszystko omnibus. Mama i/lub tata, który dokładnie opracował metodę, jaką powinno być nauczane jego dziecko.  Jakiś tam z nauczyciel nie będzie mu narzucać swoich ewidentnie nieskutecznych sposobów pracy z dziećmi. Taki rodzic daje do zrozumienia, że jego dziecko właściwie umie wszystko, a marnie przygotowany nauczyciel czy wręcz szkoła, nie potrafi tej nieprzebranej skarbnicy wiedzy wydobyć na światło dzienne. To nie jest przypadek beznadziejny i przy odpowiednim podejściu i spokojnej merytorycznej rozmowie taki typ rodzica może się stać cennym partnerem dla nauczyciela.
Jest też rodzic  roszczeniowy. Oczekuje on, że nauczyciel w lot pozna  zasady i normy etyczne uznawane przez niego za słuszne, Ci rodzice często dostrzegają rzeczywiste ważne problemy a ich aktywność własna pozwala mu na zmienienie tego, co mu się nie podoba. Z tym typem rodzica trudno nawiązać kontakt, ale gdy zrozumie on, że pedagog stara się nawiązać współpracę to mimo nieufności może ona przebiegać dość dobrze. Niestety tacy rodzice mają tendencję do poddawania w wątpliwość sensu jakichkolwiek działań i inicjatyw nauczyciela.  
Kolej na rodziców nieśmiałych. Ci siadają w ostatnich ławkach i nie podejmują rozmowy, nie wyrażają swoich oczekiwań.  Dobrze jest zapewnić im warunki dające poczucie bezpieczeństwa, ośmielić i zachęcić. Taki rodzic nie zabierze głosu na wywiadówce. Odezwie się jednak podczas imprezy klasowej zorganizowanej w weekend na szkolnym boisku.
Jak więc nauczyciel powinien współpracować z rodzicami?
Współpraca pozytywna winna być jak najbardziej dobrowolna. Obie strony muszą zdawać sobie sprawę ze znaczenia  i konieczności porozumienia. Obie strony  muszą dążyć do niego dla dobra dziecka.
Współpraca partnerska oparta  powinna być na równorzędnych pozycjach wychowawców i rodziców. Obie strony mają tworzyć rodzaj wspólnoty, której członkowie dają podobny udział w podejmowaniu decyzji.  Solidarnie także ponoszą za nie odpowiedzialność. 
Współpraca zgodnego celuje wymaga konieczności wyjaśnienie sobie wzajemnie i uzgodnienie oczekiwanych efektów i  zastosowanych metod.
Współpraca systematyczna przejawia się w czynnym i stałym zaangażowaniu wychowawców i rodziców w wykonywanie zadań.
Efekty wychowania zależą w oczywisty sposób od tego jak dobre jest współdziałanie wychowawców i rodziców/opiekunów dzieci. Rodzice są pierwszymi odbiorcami relacji społecznych dziecka, oddziałują na nie w najwcześniejszym okresie życia. Rodzina kieruje procesem poznawania świata, przyrody, kultury, wpływa na rozumienie zjawisk i faktów. 
Niestety rodzice nie mają czasu dla swoich dzieci, nie potrafią im pomóc w przezwyciężaniu trudności szkolnych, nie zdają sobie sprawy jak ważny jest kontakt z dzieckiem, wspieranie go w trudnych chwilach. 
Często, nawet zbyt często, ciężar wychowania rodzice przerzucają na szkołę. Rzadko uczestniczą w życiu szkoły, do której uczęszcza ich dziecko. Tłumaczą się brakiem czasu. 
Ale czy aby to na pewno jest prawda?

utworzona przez użytkownika SuperNiania w dniu 4 lutego 2011 o 20:52