niedziela, 29 grudnia 2013

Czas szybko płynie...


Ten tekst napisałam dokładnie rok temu...
Właśnie zabieram się za tegoroczny...
Zapisuję także życzenia, które chciałabym złożyć bliskim i jakie sama chciałabym dostać...

Za kilka godzin skończy się 2012 rok, wszyscy robią podsumowania. Rozumiem tę potrzebę ale dla mnie trochę to nieistotne.
Ocena i porównywanie. Najważniejsze wydarzenie i to najmniej ważne. Najlepsza piosenka i najgorsza. Największa gwiazda i anty idol.
A ja tak sobie myślę, że to zbędny wysiłek, szukać, przypominać i opisywać. Rozumiem, że historia wymaga takich podsumowań, ale ja nie lubię tracić energii na patrzenie wstecz.
Wolę patrzeć do przodu.
O północy „trzasnę drzwiami” i po prostu rano zacznę nowy dzień, a że akurat zmieni się data i będzie to Nowy Rok, to bez znaczenia.
Oczywiście jak zawsze z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień już teraz planuję jaki będzie nowy „rozkład jazdy”. Co zamierzam w najbliższych miesiącach zrobić dla siebie i dla rodzimy. Dla bliskich i obcych.
Nie chodzi mi o postanowienia noworoczne, takie, który każdy gdzie sekretnie sobie zapisuje - że będę chodzić na basen i  robić coś czego nie chcę, ale może powinnam.
Chodzi mi o plany i spełnianie marzeń. Małych i większych.
Jakie więc mam plany na nadchodzącą „13”?
Nadal z przyjemnością będę pracować. Spotykać fantastycznych rodziców, nauczycieli i cudowne dzieciaki. Zapewne tak jak i dotąd trafiać będę i na mniej fajnych rodziców i nauczycieli ale będę ich wspierać i pracować by zwiększali swoje kompetencje.
Będę służyć radą moim synom, jak bez większych stresów i łagodnie wejść w dorosłe życie.
Nadal będę kochać mojego męża bardziej.
Zrobię wszystkie badania profilaktyczne i w końcu może zrobię coś ze swoim biodrem.
Bardzo liczę na kontynuację współpracy z Rzecznikiem Praw Dziecka. Rok 2013 ustanowiony został rokiem osób niepełnosprawnych, mamy więc z Panem Markiem Michalakiem pomysł, by szczególnie zająć się dziećmi z niepełnosprawnością i ich rodzinami.
Będę działać na facebooku, prowadzić z energią swój gabinet i pisać, pisać, pisać.

Nie wiem czemu utarło się, że nowy rok to bobas w pieluszce, który nie wie co to życie. Według mnie Nowy Rok to mądry człowiek „po pięćdziesiątce”. Mój rówieśnik. Taki co wie czego chce i dlaczego.
Życzę wszystkim dobrego kolejnego roku. Realizacji marzeń i planów. Spełniania siebie.




wtorek, 24 grudnia 2013

Do moich Mikołajów:)


„Dzień w którym pod choinką rodzic znajduje więcej prezentów niż dzieci jest wspaniałym dniem”.

Tak twitnęłam prosto spod choinki i to, że mogłam tak napisać, to było cudowne uczucie.

Jestem dumna ze swoich synów, bo okazało się, że nauczyłam ich, iż dawanie jest lepsze niż dostawanie. A to bardzo ważna nauka na życie. Dla nich samych i ich przyszłych rodzin.

Prezentów było wiele, wszystkie przemyślane, dopasowane, trafione w punkt, świadczące o tym że chłopaki doskonale mnie znają. Wiedzieli co mnie ucieszy a co rozśmieszy. Co wzruszy. Wzruszyło.

Myśl o tym, że synowie wybierali prezenty dla mnie uważnie, starannie, z pomysłem, potem zawijali je w ozdobny papier, wiązali kolorowym sznureczkiem i z miłością i humorem podpisywali – rozgrzała mi serce.

Nic nie jest „przydasiem”, każdy podarowany drobiazg – i ten mniejszy i ten większy -świadczy o tym, że myśleli, szukali i wynajdowali rzeczy, które sprawią mi przyjemność.

Żartowaliśmy, że mój list do Mikołaja był przeczytany z pełnym zrozumieniem i zrealizowany z nawiązką.  

Pewnie niektórzy powiedzą albo pomyślą „to normalne”, tak być powinno. Wiem i mam nadzieję, że w Waszych domach tak jest. Wierzę w to. Życzę tego wszystkim.

Ja jedynie chciałam się podzielić radością z tego jak było u mnie pod choinką i jak bardzo szczęśliwą jestem mamą.

Mogę sparafrazować piosenkę „Cudownych rodziców mam” i podśpiewywać pod nosem „Cudownych dwóch synów mam”.







niedziela, 15 grudnia 2013

Gdzie jest Rita? - "Edukacja Rity", teatr 6 piętro.

Ta recenzja powstała 31 stycznia 2012 o 17:46


Uwielbiam Julie Walters, zawsze i w każdej roli. Na początku swej wielkiej kariery w roku 1983 wystąpiła w rewelacyjnej adaptacji sztuki Willy'ego Russella- opartej na wątku z "Pigmaliona" G.B. Shaw.
Partnerował jej Michael Caine. Aktorzy zostali nagrodzenie Brytyjskimi „Oskarami” (BAFTA), dostali Złoty Glob i nominacje do Oscara.
Walters zagrała prostą, niewykształconą, ale mądrą życiową mądrością fryzjerkę z uniwersyteckiego miasteczka, marzącą o wiedzy i lepszym życiu, także tym wewnętrznym. Film wyszedł poza ramy sceny, dając widzom pełniejszy obraz marzeń i rozczarowań, kłopotów i nadziei. Zarówno Rita jak i Frank nieustannie od czegoś uciekali, życiowe problemy ich przerastały. Z pozoru, tylko on miał jej coś do zaoferowania. Okazało się, że to nieprawda. Kiedy to zrozumieli  zajęcia na „Uniwersytecie Otwartym” wiele nauczyły ich oboje.

Z nadzieją na rewelacyjne przedstawienie – słyszałam, że świetne – kupiłam bilety.

Już w pierwszych minutach poczułam się lekko zaskoczona. Polska Rita – w tej roli Małgorzata Socha – okazała się wulgarną prostaczką a nie zagubioną w świecie mądrą, choć prostą, młodą kobietą. Nie mogłam znaleźć w tej kreacji nic, co sugerowałoby, że fryzjerka z przedmieścia ma mózg. Zresztą ze sceny - z ust jej samej - pada nawet kwestia, że „długo by u niej mózgu szukać”.  To kłóci się z moją wizją pierwowzoru. Bo przecież nie taka jest Rita. Dotychczas widziałam ją jako niewykształconą dziewczynę z ambicjami, szukającą odpowiedzi, których nigdy we własnym środowisku nie miałyby szansy znaleźć. Ta młoda kobieta, czuje nieopanowany głód wiedzy. Wie czego chce. Szuka „lepszej piosenki do śpiewania”. Wydaje się, że znajduje swą szansę w osobie doktora Bryanta – w tej roli jak zawsze przewidywalnie dobrze grający Piotr Fronczewski. Bryant wie wszystko, oprócz tego, że sam jest swoim wrogiem. Alkohol trzymany między książkami daje mu poczucie bezpieczeństwa. Nasączony whisky zapomina wiele z realnego świata, pamięta jednak nazwiska angielskich poetów i dzięki temu trafia do swoich skarbów.
Frank żyje by pić. Pije, bo na trzeźwo nie da się żyć.

Wydaje się, że nietrafione jest obsadzenie w roli Rity Małgorzaty Sochy. Nie jest wiarygodna. Rita na 6 piętrze wpada z jednej sztuczności w drugą, najpierw udaje fryzjerkę a potem intelektualistkę.  Mam nadzieję, że to pośrednio wina reżysera, który źle poprowadził tę rolę. Rita Sochy jest po prostu głupia. Nie wzbudziła mojej sympatii a tylko rozczarowała. Nie czułam, że znalazła się na rozstaju, kurczowo trzymając się swoich marzeń. Być może Małgorzata Socha nie była tego dnia w  formie,o czym mogłyby świadczyć częste pomyłki w tekście.
Przy tak zbudowanej postaci partnerki, Piotr Fronczewski nie miał szansy się rozwinąć, sytuacja nie wymagała od niego pokazania całego swojego kunsztu aktorskiego. Tu był nadal cudownym Profesorem Kleksem, wyrozumiałym mędrcem i mistrzem, z tą jedynie różnicą, że tam wysyłał swe oko na księżyc a tu zaglądał do butelki.
Jedną z wartości dramatu Willy'ego Russella jest to, że Frank dostrzegał w pewnym momencie, iż wiedza i tak zwane obycie, niszczy to co w Ricie najpiękniejsze i najbardziej wartościowe, czyli szczerość. W spektaklu w reżyserii Macieja Wojtyszki zabrakło mi tego.
Widzom się podobało. Były gromkie brawa i ożywione rozmowy w foyer. Dyskusje toczyły się również w okropnie długiej kolejce do wind i do szatni. Zaczepiłam kilka osób pytając czy znają sztukę lub widzieli film. Nie znali. Bardzo więc zachęcam, do obejrzenia filmu „Edukacja Rity" w reżyserii Lewisa Gilberta.


 31.01.2012

wtorek, 19 listopada 2013

Nie-karny jeżyk


Tekst jest odpowiedzią na artykuł w serwisie internetowym „dziecisawazne” co znaczy, że dzieci są ważne.
W prezentowanym tekście autorka próbuje rozprawić się, rozłożyć na elementy pierwsze dwie metody stosowane przez rodziców w wychowaniu. Opisuje karnego jeżyka i tablicę motywacyjną. 
Dziś na tapecie:
KARNY JEŻYK 
Po pierwsze k.j. NIE JEST karą i nie może być w tych kategoriach rozpatrywany. Jest to time-out czyli WYCISZENIE. Moment w relacji rodzic/dorosły-dziecko, gdy nie można poradzić sobie z emocjami i trzeba po prostu dać sobie chwilkę na wyluzowanie. 
Wielu z nas dorosłych ma takie momenty „poczekaj daj mi moment” mówi kobieta do mężczyzny, gdy targają nią trudne do pojęcia emocje. "Zostaw mnie samego na moment" mówi facet, który próbuje zebrać się w sobie w emocjach. Dorosłym potrzeba niewiele czasu, czasem sekund - tak krótko, bo mamy już trening. Dziecko nie ma, więc trzeba go tego nauczyć. 
Autorka pisze, że ”za nieakceptowane przez nas zachowania dziecko zostaje posadzone na specjalnej poduszce (specjalnym krzesełku) i musi tam spędzić określoną ilość czasu. I warto oczywiście, żeby okazało skruchę”. 
Mądry świadomy narzędzia rodzic WIE, że nie chodzi o wszystkie zachowania tylko o te, w stosunku do których ustaliliśmy reguły i zawarliśmy kontrakt. „nikt nikogo nie bije”, „nie rzuca się zabawkami”, "nikt nie pluje", "nie wolno czegoś". Dziecko nie może być odesłane na jeżyka, gdy „walczy o swoje” to znaczy gdy np. odmawia jedzenia, spania, czy założenia zielonej bluzki zamiast różowej, chyba że przy tym wykazuje zachowania co do których umówiliśmy się z dzieckiem, że się nie pojawią. Czyli jeśli rzuca zabawkami gdy nie chce założyć bluzki to k.j. za rzucanie zabawkami a nie za decyzję o bluzce. Bo uczymy, że powinno powiedzieć co chce a czego nie. Dlatego metoda ta ma sens dopiero w przypadku dziecka powyżej 36 miesiąca. 
W tekście czytam, „wiemy, jak trudnym doświadczeniem jest dla dziecka izolacja od rodzica i jego akceptacji” - uważam, że zdecydowanie trudniejszym jest krzyk matki lub stosowana wobec niego przemoc. Poza tym dziecko jest "izolowane" od rodzica w zasięgu wzroku.
Jeżyk pozwala i matce i dziecku na uspokojenie emocji i opanowanie się. Temu ma służyć.
Błędem jest stwierdzenia że „najlepszym dowodem na nieskuteczność tej metody jest czas, po jakim trzeba ją stosować ponownie do podobnego lub nawet tego samego zachowania”. Z wychowaniem i edukacją jest tak, że żeby czegoś nauczyć trzeba stosować metody wielokrotnie. Setki razy. W nauce czegokolwiek powtarzanie jest podstawą. Nie można nauczyć się NICZEGO po jednorazowym powtórzeniu. Nie ma zmiłuj. 
Autorka podaje „poważne argumenty przeciw tej metodzie” - są one oparte na niewiedzy merytorycznej, nie mogą więc być poważne. 
„Dziecko, które siedzi na jeżyku bądź stoi w kącie, rzadko odczuwa skruchę i chęć poprawy”. NIE MUSI, nie po to tam jest. Powinno jedynie się uspokoić by móc POROZMAWIAĆ z rodzicem na spokojnie o tym co się wydarzyło. 
„Dzieci, które „robią coś źle”, nie robią tego dla przyjemności ani z chęci dokuczenia” - oczywiście że nie. To racja, ale jak to się ma do oceny metody? „Jeżyk nie uczy samokontroli oraz radzenia sobie z trudnościami” - nie ma tego uczyć. Uczyć ma rozmowa, która nastąpi po uspokojeniu się. Tak więc najpierw trzeba się uspokoić a potem porozmawiać. 
Dziecko w histerii albo w napadzie furii często nie da się opanować w żaden sposób. Nauczone, że ma wtedy prawo pójść w miejsce wyciszenia, dojść do siebie daje dobre rezultaty. A żeby się tego nauczyło musi to poćwiczyć i dostać pozytywne wzmocnienie od siebie i rodziców. 
Uczy że potrzeby dziecka są dla rodziców mało ważne, najważniejszy jest spokój”. Każdy człowiek wie, że z osobą w stanie silnego wzburzenia nie ma rozmowy. Osoba jest zablokowana i nic do niej nie dociera. Ważny jest tylko spokój potrzebny do rozmowy, powiedzenie, że emocje dziecka nie są ważne jest nadużyciem. 
„Karny jeżyk używany jest w sposób zupełnie destrukcyjny: w celu ukarania dziecka za przeżywanie i okazywanie uczuć, które trudno nam zaakceptować” - to niestety zdarza się często, ale nie zawsze. Wynika to nie z faktu stosowania jeżyka a z tego że rodzice nie wiedzą po co on jest i traktują go jako karę. Bardzo często także nadużywają tej metody. 
Stosują ją jak „wytrych” do każdego zachowania i przejawu emocji dziecka . A to źle.
Po uzyskaniu wyciszenia OBOWIĄZKOWO musi odbyć się rozmowa w trakcie której nazywamy emocje, nazywamy sytuację, mówimy jak można sobie z nimi inaczej poradzić. Chwalimy dziecko, że poradziło sobie i że liczymy na to, że dziecko lepiej będzie sobie radzić. Ta rozmowa jest spokojna (bo i rodzic się uspokoił) jest rzeczowa i w pełni dobrych a nie złych emocji. 
Dobrze stosowany jeżyk jest naprawdę świetną metodą radzenia sobie z emocjami. Naprawdę działa. 
*Ten tekst powstał niemal dwa lata temu.

środa, 6 listopada 2013

Rodzic jaki jest każdy widzi


We wczorajszym programie TVP Warszawa miałam „biskie spotkania trzeciego stopnia” z panią  Małgorzatą Lusar z akcji „Ratuj Maluchy”. 

Rozmowa miała dość emocjonalny charakter, gdyż Pani Lusar mówiła i mówiła a ja wyrosłam już z kłótni i umiem dyskutować czekając na swoją kolej. Kładłam nacisk na spokój i rzeczowe argumenty. Starałam się być spokojna i wyważona.
I, choć z trudem, to udawało się nam prowadzić rozmowę, do momentu, gdy rozmówczyni skończyła się koncepcja ad rem i pozostał atak ad personam.

Nagle wypaliła: „Pani zarzuca rodzicom kłamstwo i niekompetencje, Pani twierdzi, że rodzice w ogóle są głupi i nieodpowiedzialni”. 

Gdy zaprzeczyłam perorowała dalej: „Tak powiedziała Pani w wywiadzie dla tygodnika „Wprost”. To są  pani słowa, żeby dzieci zabrać od głupich i nieodpowiedzialnych rodziców”.

To kłamstwo.
Oto dokładny cytat z tego wywiadu.

„Od zawsze mówię, że dzieci powinny być wyrywane sprzed tych telewizorów, od tych głupich i nieodpowiedzialnych rodziców, którzy nic z nimi nie robią, a tracą tylko ich najlepsze lata.”

Nikt nie kwestionuje chyba, że bywają głupi i nieodpowiedzialni rodzice, trzymający dzieci cały dzień przed TV i to spod ich wpływu i tej beznadziei trzeba zabrać dzieci i dać im szansę w szkole. Im wcześniej tym dla dzieci lepiej.

Niestety okazuje się, że Pani Lusar czyta co chce przeczytać.
Tak jest także zapewne, gdy czyta dokumenty i podstawę programową. Rozumie co chce rozumieć a tego i tak jest niewiele.

Emocje są silne i powodują, że nie słucha się racjonalnych argumentów. A szkoda bo przecież najważniejsze są dzieci.
Zacietrzewienie nie pomaga.

Po programie dowiedziałam się, że jeśli referendum nie będzie to: "„Ratuj Maluchy” podejmą odpowiednie kroki…"
Już się boję.

Zainteresowanych  wiedzą o kompetencjach rodziców zapraszam do poczytania na ten temat:
http://rodzicewedukacji.pl/images/Badania/Madrzy_Rodzice.pdf

PS
Wklejam dłuższy kawałek wywiadu dla lepszego oglądu sprawy.

„Od zawsze mówię, że dzieci powinny być wyrywane sprzed tych telewizorów, od tych głupich  i nieodpowiedzialnych rodziców, którzy nic z nimi nie robią, a tracą tylko ich najlepsze lata. Ale okazuje się, że szkoła jest niegotowa, bo pisuary i umywalki są za wysokie, schody są nie takie.

Po co ta ironia?
Takie są argumenty przeciwników reformy. Nie ja to wymyśliłam.

Rodzice to pani wrogowie. Najlepiej gdyby ich nie było. Byłaby tylko superniania i dzieci. 
Nie, skąd taki pomysł? Mówię czasem rodzicom: będę walczyć o wasze dziecko. Nawet wbrew wam. Mówiłam już to w Superniani. Mówiłam, że nie interesują mnie ich uczucia… Nie odejmuje jednak rodzicom prawa do wychowania dziecka. Edukuję.

Odejmuje pani. Mówi pani, że nie mają żadnych kompetencji wychowawczych.
Nie mówię, że żadnych, i nie mówię, że wszyscy. Mówię, że mają małe kompetencje. I mają małe. Badania za tym stoją. Wielu rodziców nie wie, co zrobić w różnych sytuacjach. Zleją, nakrzyczą, obrażą. 

O czym pani mówi? Znam psychologów, którzy nie mają żadnych kompetencji. 
Nie mamy samych mądrych psychologów. Generalnie są i mądrzy i niemądrzy ludzie.

Ale pani z psychologów robi wyrocznie i z siebie też.
Myślę, że pani jest niesprawiedliwa.  Z nikogo nie robię wyroczni. Uważam, że powinno się słuchać specjalistów.

To pani jest niesprawiedliwa. Mówi: mądrzy psycholodzy, głupi rodzice. 
Proszę nie uogólniać. Nie wszyscy psycholodzy są mądrzy i nie wszyscy rodzice głupi.”

Nazwisko autorki wywiadu pominę. Nie warto reklamować.

piątek, 11 października 2013

Wujek z Marsa czyli o wyobraźni

Autorytetem dla pewnego znanego mi 4 latka był kiedyś... „wujek z Marsa”. Znajomość ta trwała kilka lat. Początkowo rodzice bagatelizowali tę sprawę, ale „wujek z Marsa” zawsze był przywoływany w sytuacjach trudnych lub konfliktowych. Chłopiec nie dawał się przekonać do niczego, czego nie zaakceptował „wujek z Marsa” lub czego tamten nie uzgodnił z rodzicami. Za każdym razem, gdy mama lub tata wymagali, prosili czy nakazywali, „pojawiał” się „wujek z Marsa”. Chłopiec ciągle odwoływał się do jego dobroci, wiedzy czy sprawiedliwości. Często było słychać, że „wujek z Marsa zawsze pozwala mi jeść tyle lodów ile chcę”. „wujek z Marsa nigdy nie każe mi iść spać przed 23”czy :bo poskarżę się  wujkowi z Marsa" itd.
Rodzice w zasadzie nie wiedzieli nic więcej o „wujku z Marsa”, ponad to, że kocha on chłopca miłością bezwarunkową, że niczego nie wymaga i na wszystko pozwala. Nigdy nie zdarzało się, że chłopiec dopominał się dla „wujka z Marsa”  o miejsce przy stole, czy w samochodzie na wycieczce do lasu. Ale zawsze w tajemniczy sposób był on tam gdzie chłopiec. Po kilku latach w równie tajemniczy sposób zniknął, tak z dnia na dzień.
Znałam 5 letnie siostry bliźniaczki, które miały wyimaginowaną trzecią siostrę. Tu sytuacja wyglądała nieco inaczej. Ta trzecia zawsze musiała mieć swoje miejsce przy stole, opowieści o jej niezwykłych wyczynach i możliwościach zabierały dziewczynkom strasznie dużo energii. Mama  zmuszana była do kupowania trzech zabawek i  pamiętania o witaniu się i całowaniu na dobranoc także niewidzialnej siostry. Każda próba mamy rozstania się z siostrą, wzbudzała histerie bliźniaczek. Niestety siostra nie znikała i trzeba było poprosić o pomoc psychologa.

Obie te sytuacje są w zasadzie normalne. Małe dziecko może się bowiem czuć nieco zagubione w świecie ludzi dorosłych. Jest to powód dla którego wymyślają sobie „kogoś” -przyjaciela, siostrę, „wujka z Marsa” - który wiele rzeczy umie robić lepiej, jest mądrzejszy, bardziej sprawiedliwy i ma masę przygód.  Z tym wymyślonym „kimś”  dziecko czuje się silniejsze i bardziej pewne siebie. Zdarza się, że można "schować się" za tę postać lub na tego wymyślonego „kogoś” daje się zrzucić winę.
Badania psychologów pokazały, że dzieci, mające wymyślonego przyjaciela, są mniej agresywne, lepiej radzą sobie w grupie i współdziałają z innymi oraz lepiej się koncentrują. Więc jak widać, ma to więcej zalet niż wad.
Wyobraźnia to proces poznawczy, opisywany jako umiejętność przypomnienia sobie lub wytworzenia w umyśle dowolnych bodźców odbieranych przez zmysły: obrazów, dźwięków, zapachów, smaków, wrażeń dotykowych. Zdolnością tą obdarzeni są wszyscy ludzie ale jest ona w różnym stopniu rozwinięta u różnych osób.
Wyobraźnia dzieci ujawnia się oczywiście nie tylko w opowieściach o wyimaginowanych  postaciach.
U dzieci najczęstsza jest wyobraźnia twórcza kierowana, co znaczy, że to my dorośli musimy dać dziecku inspirację. Wyobraźnię możemy rozwijać poprzez: czytanie bajki, puszczanie muzyki pod wpływem której dziecko maluje (rysuje), słuchanie radia i wyobrażanie sobie bohaterów i sytuacje, opowiadanie wymyślonych bajek, układanie opowiadań, wierszyków, życzeń itd.
Jest jedna ważna rzecz przy rozwijaniu wyobraźni. Dorosły musi umieć wejść w świat dziecka, by umieć odróżnić kłamstwo od fikcji i wyobraźni.
Dzieci często tworzą własny niekiedy bardzo skomplikowany świat. Uwielbiają nazywać rzeczy po swojemu i są do tych nazw przywiązane. Dzieje się tak dlatego, że dzieci rozumieją i znają tylko elementy otaczającej je rzeczywiści, a luki wypełniają wyobraźnią. Tak jak by układały puzzle. W taki sposób  dzieci wyjaśniają same sobie rzeczy dla nich niejasne i trudne.
Bogata wyobraźnia pozwala więc uporać się dzieciom z trudnymi sytuacjami. Wymyślania zdarzeń i osób pomaga często zapanować nad przeżyciami. Wyobraźnia umożliwia przewidywanie, ułatwia uczenie się, bywa ucieczką od problemów, może pełnić rolę terapeutyczną. Dziecko, które nie radzi sobie z rzeczywistością często ucieka w świat imaginacji.
Warto pamiętać, że wyobraźnia to podstawowe źródło twórczości i działalności zabawowej dziecka.
Program nauczania we współczesnej szkole skoncentrowany jest na rozwijaniu lewej półkuli mózgu. Uczy się więc dzieci logicznego myślenia, wyrabia zdolności analityczne, rozwija krytycyzm i pragmatyzm. Dobrze by się działo, gdyby nowoczesna szkoła doceniała wyobraźnię i kształciła umiejętności wizualizacji.  Zdolności wizualizacyjne prawej półkuli są doskonałym narzędziem w procesie uczenia się. Warto więc, by poświęcano większą uwagę rozwojowi prawej półkuli, bo jest ona siedzibą intuicji i emocji i myślenia obrazowego. Prawa półkula jest najaktywniejszą częścią mózgu artystów, muzyków, naukowców, czyli tych, którzy pracują twórczo.
Nie ulega jednak wątpliwości, że dla pełnego i harmonijnego rozwoju człowieka potrzebne jest rozwijanie obu półkul mózgowych. Einstein twierdził, że wyobraźnia jest nawet ważniejsza od rozumu. Największe umysły współczesnego świata  nauki podkreślają potrzebę współpracy obu półkul mózgowych.
Dziecko rodzi się z żywą i bogatą wyobraźnią. Chociaż przychodzi z nią na świat, to nie trenowana staje się słabsza. Z wyobraźnią jest tak jak z mięśniami. Jeśli jej nie wykorzystujemy regularnie, staje się słabsza. Zdarzyć się też może, że tracimy tę zdolność.
I wtedy świat staje się szary.I jest to strata niepowetowana.

wtorek, 27 sierpnia 2013

W odpowiedzi królowej polskich seriali


Szanowna Pani Ilono,
po pierwsze serdecznie dziękuję za słowa wsparcia i wyrażenie sprzeciwu, wobec karygodnego naruszenia moich dóbr osobistych przez tygodnik Wprost.
Doceniam.

Chciałabym mimo wszystko sprostować kilka nieścisłości, które wkradły się do Pani felietonu*.

Po kolei.

1. Nie rozumiem, skąd pomysł, że stałam się celebrytką.
Celebryta to osoba znana jedynie z tego, że jest znana (patrz Daniel Boorstin, 1961) i bywa tam gdzie bywają inni celebryci. Ani jedno ani drugie nie odnosi się do mnie.
Nie mam wpływu na to, że kolorowe czasopisma podają niekiedy nieprawdziwe informacje sugerując, jakobym udzielała im wywiadów.
Owszem kilka razy wypowiadałam się do magazynów lifestylowych (w konkursie „PANI” „Srebrne jabłka”, wywiad dla Vivy czy Twojego Stylu), tak jak Pani - osoba publiczna udzielała takich wywiadów o sobie i swoim związku. Piszę także dwa blogi, które z natury rzeczy bywają osobiste. To w jaki sposób odczytują je "dziennikarze" - pokasuje case "mojej ciąży" z 1.04. 2012.
O tym czy jestem celebrytką, czy jednak nie, najlepiej chyba jednak mogą wypowiedzieć się rodzice biorący udział w moich warsztatach na terenie całej Polski.

2. Zastanawiam się także, skąd pomysł, że poprzestawiało mi się w głowie? Ani poglądów nie zmieniłam (w żadnej z kluczowych dla mnie kwestii), ani nie przestałam mówić tego co myślę i uważam za słuszne.

3. Zarzut o „autorytatywnym wypowiadaniu się na niemal wszystkie tematy” jest w Pani ustach dość zabawny. Autorytatywny to
pewny, miarodajny, wiarogodny – tak chyba powinien wypowiedzieć się ekspert.
Wypowiadam się o dzieciach, rodzinie, związkach – bo jestem psychologiem. 
Wypowiadam się o mediach, bo mediami przez lata się zajmowałam pisząc dość długo oceny programów telewizyjnych dla dzieci (dla AT wtedy kierowanej przez Edwarda Mikołajczyka) oraz współpracując z KRRiT , z prof. Szafrańcem i dr Lucyną Kirwill przy tworzeniu  programu „Bezpieczne media” (oznaczenie programów tv).
Moja ekspercka współpraca z mediami rozpoczęła się około 15 lat temu. Wtedy także prowadziłam kurs fakultatywny dla UW i SWPS „Telewizja dla dziecka”. Nie wiem więc o jakich autorytatywnych wypowiedziach na "niemal wszystkie tematy" Pani myśli.
Wypowiadam się o życiu i jego przejawach.
Nigdy nie wypowiedziałam się, jeśli nie byłam pewna tego co mówię.  Precyzując - nie tworzę ani nie rozpowszechniam plotek. 
Plotka wszak to niesprawdzona lub kłamliwa pogłoska.

4. Nieprawdą jest, że nie oglądałam materiałów przed emisją. Owszem nie oglądałam odcinków w całości i nie kolaudowałam ich. Kto jak kto, ale Pani powinna wiedzieć przecież jak to działa. Jest realizator i producent, nawet kilku. Zaufanie do producenta  - jak zapewne także Pani wie – jest podstawą współpracy.  Powtarzam wszędzie, że miałam świetną ekipę na której polegałam. I nie zawiodłam się.
W odcinku, którego tematem jest histeria dziecka, dla zilustrowania problemu pokazano dziecko kąpiące się w wannie, jednak wszystkie miejsca intymne są zamazane. Sprawdziłam to wielokrotnie. Również po wywiadzie dla Wprost.
Odcinki nie są dostępne w sieci, chyba, że w serwisach nielegalnych, ale na to nie mam wpływu.

5. Programy z udziałem dzieci, wszystkie -  od filmów, przez seriale, do reklam – mogą, owszem budzić wątpliwości.
Nieprawdą jednak jest, że w programie, który prowadziłam dzieci nie były pytane o zgodę.  Wszystkie, które mogły takiej zgody udzielić lub nie – były pytane, zarówno przez własnych rodziców jak i przeze mnie. Często także przez naszą producentkę. Zdarzało się, że rodzeństwo naszych bohaterów, nie chciało  być pokazywane, zawsze to szanowaliśmy.
Wszystkie niezbędne zgody uzyskiwane były, ZANIM przystępowaliśmy do realizacji.

Mam nadzieję, że moje wyjaśnienia rozjaśniły nieco zaciemniony niewiedzą obraz.
Jeszcze raz dziękując za wsparcie.
Z wyrazami szacunku Dorota Zawadzka

PS Cały szum w tej sprawie jest spowodowany długoletnią osobistą niechęcią pewnej prawdopodobnie niezrównoważonej emocjonalnie osoby i nie ma nic wspólnego z troską o prawa dzieci.

*Felieton Ilony Łepkowskiej "Sensacja na okładce" w najnowszym numerze TeleTygodnia. (30.08-05-09. 2013)

niedziela, 16 czerwca 2013

Szczęście w nieszczęściu

Urlop dzień 1.

Dziś miał być pierwszy dzień wakacji. Podróż samochodem (jestem nielotem) na południe Europy, a potem dalej.
Miał być, ale nie wyszło. Złośliwość rzeczy martwych dopadła mnie w piątek, gdy nasz świeżo odebrany po przed podróżowym przeglądzie, samochód odmówił współpracy. Szybki telefon do serwisu – zupełnie jak na pogotowie -  i dostarczyliśmy pacjenta na kanał.
Diagnoza dwa dni przed podróżą bolesna – nie działa wspomaganie kierownicy. Prawdopodobnie pompa, albo może i co innego.
Ja jestem kierowcą niepraktykującym, mimo to,  kiedyś, w dawnych czasach umiałam kawałkiem patyka uruchomić malucha a w dużym fiacie wymienić palec rozdzielacza. Takie były czasy i konieczności.
Po wstępnej diagnozie konsylium i wyrok.
- „Nic nie możemy zrobić, jest piątek po południu, weekend. Pompa w Goeteborgu. Przykro nam”.
Mnie też było przykro. Skrupulatnie zaplanowane wakacje, planowane całą przydługą zimę, właśnie brało w łeb.
Telefoniczne negocjacje z szefem serwisantów nie były łatwe. Ja osoba „zero agresywna” podniosłam głos.
- „Mam prom, mam bilet, MUSZĘ być konkretnego dnia w konkretnym miejscu. Po drodze wszystko zapięte na ostatni guzik, rodzina czeka w Rzymie”.
Wiem, pomyślicie „w głowie się poprzewracało”. Wydumane problemy.
Ale, to nie tak, nie lubię jak coś nie idzie po mojej myśli.
Czas płynął a my nie posunęliśmy się ani o krok dalej, poza tym, że wymieniono jakieś tajemnicze sitko, na którym zresztą nie wiadomo skąd znaleziono opiłki metalu. Wskazywało to na fakt, że choroba samochodu może być poważniejsza niż wstępnie założono. Pojawiło się kolejne dziwne słowo z repertuaru tajemniczych męskich zaklęć „przekładnia”.
Mój wspaniały Mąż spokojnie rozważał za i przeciw,
- „Może samochód zastępczy?” -  ale kto da takowy na 5 tygodni i to poza Unię?
- „To może wynajmiemy?”, ale pojawił się ten sam problem - nie z długością ale z wyjazdem z Europy.
Zaczęłam powolutku rozpakowywać walizki, zakładając, że może uda się za tydzień, gdy ta nieszczęsna pompa przyleci zza bałtyckiej granicy.
Aż tu nagle okazało się, że szef serwisu znalazł rozwiązanie. Działo się. W sobotę mechanicy rozbierali mój samochód na części pierwsze, by po godzinach złożyć go na powrót.
Koło 17 telefon dający nadzieję:
- „W poniedziałek około 10 rano będą mogli państwo ruszyć”.
Jeszcze tylko geometria (nieustannie nazywana przeze mnie symetrią) kół, jazda testowa i  w drogę.
24 godziny opóźnienia. Jeden dzień mniej na spokojne i bezpieczne rozłożenie 4000 km. drogi.
Ale Mąż mówi, że kto jak kto  - on da radę. Ja jako pilot wierzę w to mocno.
Walizki stoją więc zapakowane i rano jedziemy czekać na kluczyki, by ruszyć w drogę.
W piątek byłam wściekła – przecież specjalnie dwa tygodnie przed podróżą oddaliśmy samochód do przeglądu. Wszystko było dobrze, ale nagle zepsuła się część, która się nie psuje.
Dziś mogę tylko podziękować ekipie, która naprawdę wykonała kawał dobrej roboty.
Przed nami dużo kilometrów. W pierwszym etapie niemal 1000. A potem dalej... na wakacje. Daleko i z mężem.
Będę pisać.
A póki co trzymajcie kciuki, by udało się wystartować.
PS Szukając dobrych stron tego co się stało, to lepiej, że tu, w domu, niż w trasie. No i Opole mogę zobaczyć w TV :)

niedziela, 9 czerwca 2013

Tylko mama

Senne niedzielne popołudnie na warszawskim Powiślu. Na spacerze mama, tata i może 1,5 roczny brzdąc. Mama prowadzi wózek i rozmawia przez telefon a tata prowadzi dziecko i gada z nim.
Mężczyzna podnosi synka do góry, nie podrzuca, trzyma mocno, malec jest zachwycony i śmieje się aż dostaje czkawki.

W pewnym momencie ojciec stawia dziecko na ziemi i asekuruje je gdy zaczyna ono maszerować samo. Tata dogląda, zagaduje, śmieje się do dziecka. Widać, że są w świetnym kontakcie. Idą szybciej niż mama, bo jak wiadomo takie dziecko nie chodzi a biega. Tata nadąża.
Sekunda nieuwagi  a może nierówny chodnik i mały przewraca się. Tata bierze płaczące dziecko na ręce, zaczyna uspokajać i tulić. Całuje w kolanko. Pojawia się uśmiech.

I co się dzieje?
Podbiega mama i dość energicznie zabiera synka od taty. W jego stronę padają dość głośne i nieprzyjemne słowa.  Matka odwraca się od ojca i stara się szybko uspokoić dziecko. Mały wyciąga ręce do taty ale mama nie oddaje malca. Odchodzi na kilka kroków i obsypuje synka całusami. Nadal stoi odwrócona plecami. Tata przejmuje wózek i idzie w drugą stronę.
Zastanawiam się czemu kobieta to zrobiła… czy tylko mama umie uspokoić swoje dziecko, czy naprawdę jesteśmy lepszymi opiekunkami?

Żal mi się zrobiło mężczyzny…
Nie podobało mi się to co widziałam…

poniedziałek, 13 maja 2013

Największy komplement


Kilka dni temu przeczytałam NAJWIĘKSZY komplement, jaki padł w moją stronę w ostatnim czasie i to z ust osoby, której NIGDY bym nie o to nie posądziła. Zapewne, nie był zamierzony, ale co tam. Chodzi o dyżurną plotkarę RP. W wywiadzie udzielonym w ramach promocji swojej książki była uprzejma powiedzieć:
Myślę, że TVN bardziej trzyma na smyczy Kubę Wojewódzkiego, niż kontrolował „supernianię".
BARDZO dziękuję za te słowa. Sprawiły mi dużą satysfakcję. Opisują bowiem dokładnie moją relację z TVN.
Smycz autorki jest zapewne znacznie krótsza niż Wojewódzkiego. On uwzględniając wszelkie ku niemu uwagi - przynajmniej jest indywidualnością. Ona, zaledwie pasożytuje na osobach publicznych.
Ja zawsze mówię to co myślę. Mam wolność. Nie jestem osobą, której można coś narzucić i kontrolować. To wspaniałe uczucie.
Padło także stwierdzenie, że jestem „medialnym potworem”. Kim więc jest ktoś, kto za pieniądze opluwa innych ludzi?
PS W ostatnim „Maglu”, którego fragment poświęcony sobie niestety zobaczyłam, prowadzący skarżyli się, że usiadłam „plecami do nich” na konferencji ramówkowej TVN Style. Jak widać na zdjęciu wszyscy usiedli do nich plecami. Straszna to musi być dla nich trauma do dziś, bo wydarzenie to miało miejsce w marcu 2012 roku. Tak! Ponad ROK TEMU bo wtedy uczestniczyłam w konferencji po raz ostatni☺ Proszę o wybaczenie, rzeczywiście „naczelnych plotkarzy” nie widziałam, bo siedzieli daleko z tyłu… A scena była… jakby z przodu ☺☺ I jeszcze jedno. Nie powiedziałam wtedy „dzień dobry”? Możliwe, uczono mnie bowiem , że to mężczyzna kłania się kobiecie, a osoba młodsza starszej.

sobota, 11 maja 2013

Dziecko jest jak tatuaż na twarzy

Kilka słów kilka o filmie „Jedz, módl się, kochaj"


Zacznę od tego, że książki Elizabeth Gilbert nie czytałam, ba nawet nie dosłuchałam do końca. Audiobook w wykonaniu Anny Dereszowskiej okazał się dla mnie niestrawny.

Z „nasłuchów” wiem, że wszędzie, gdzie książka była wydana, natychmiast stawała się bestsellerem. Mało tego, bardzo wiele młodych kobiet na świecie traktuje ją niemalże jak Biblię. Autorka stwierdza, że popularność książki idealnie przedstawia i opisuje problemy i potrzeby czytelniczek. Twierdzi również, że wskazuje im kierunek i pomaga odnaleźć  wszelkie odpowiedzi na ważne życiowe pytania.
O książce trudno mi mówić, ale film okazał się niespodzianką. Po pierwsze bardzo lubię Julię Roberts a szczególnie jej śmiech.  Dla mnie jest jak lekarstwo na wszelkie dolegliwości. A w tym filmie Julia śmieje się czasem.  Po drugie film ma piękne zdjęcia i świetną ścieżkę dźwiękową. Powiem więcej, zdjęcia przepiękne. Dla mnie "nielota", takie obrazki z dalekich stron są powodem do skurczu w gardle. A te szczególnie  tego skurczu są warte.
Z trzech cegiełek na których opiera się konstrukcja filmu najbardziej podoba mi się....włoska. Może dlatego, że Włochy to jedno z moich niespełnionych dotąd podróżniczych marzeń. Epizod hinduski zupełnie dla mnie niezrozumiały z powodów wykraczających poza obraz i dźwięk.  Medytacja to dla mnie „inna bajka”. Na Bali bezzębny szaman  w ósmym pokoleniu zyskał moją sympatię od pierwszych słów i pierwszego uśmiechu. Sympatii jakoś jednak nie zyskał Bardeem, płaczliwy, nieco zakompleksiony i lękowy „men” . Ale może po prostu nie lubię takich facetów. Może uprzedziłam się do niego po "koszmarnej" roli /postaci/ w „to nie jest kraj dla starych ludzi”. Możliwe, więc nie przywiązujcie się do mojego zdania.
Cała masa lukru, świat u stóp i cukierkowe zakończenie, to zapewne to, co jest potrzebne jako przeciwwaga dla  tego wszystkiego co za oknem i w TV. Nie lubię egocentrycznych bab, które rzucają wszystko i wszystkich traktując przedmiotowo świat i ludzi. No dobrze. Mamy ludzki odruch - na Bali- bo pomoc „lekarce domowej” daje nadzieję, na to, że ludzie są z natury dobrzy.
Mnie z całą pewnością jednorazowe obejrzenie filmu wystarczy. Nie będzie to pozycja do której będę powracać. Mimo śmiechu Julii Roberts.

PS ten tekst napisałam 6 lutego 2011 roku. Dziś obejrzałam film po raz drugi.
Jednorazowe obejrzenie by wystarczyło.

sobota, 6 kwietnia 2013

Streszczanie świata

Po raz kolejny doszłam dziś do wniosku, że student to ma klawe życie. Zapytacie czemu?
Oto pewna historia...

Brałam dziś udział w naukowej sesji w ramach Kongresu z okazji XV-lecia Polskiego Towarzystwa Studentów Stomatologii odbywającego się we Wrocławiu. Sprawa poważna i temat ważny „Rola lekarza dentysty w rozpoznawaniu objawów przemocy wobec dzieci ze szczególnym uwzględnieniem wykorzystywania seksualnego”.

Gdy dowiedziałam się, że zarejestrowało się około 1500 studentów, pomyślałam, że to wspaniale. Patronat nad częścią naukową objął Rzecznik Praw Dziecka, zostali zaproszeni zagraniczni wykładowcy ze Skandynawii m.in. z Karolinska University.

Prezentowali bardzo ważne badania, omawiali wnioski z wieloletnich obserwacji i wyniki interdyscyplinarnych działań pomagających dostrzec i w efekcie uchronić dziecko przed przemocą ze strony dorosłych. Pierwszy mówił Marek Michalak - Rzecznik Praw Dziecka, potem trójka naukowców ze Skandynawii a na końcu ja.
Wykłady były pełne cennych obserwacji i warte były każdej minuty spędzonej na sali wykładowej.

Gdy o 10 rano startowała sesja naukowa na sali było około 200 osób - rektor Uniwersytetu Medycznego zażartował - mam nadzieję - że frekwencja słaba, bo "wczoraj wieczorem odbywała się impreza studencka"..

Charakterystyczne było również to, że większość uczestników siedziała z tyłu, chowając się i przyjmując pozycję "na przeczekanie". W większości krajów, gdy odbywają się tak ważne wykłady studenci siedzą blisko, w pierwszych rzędach. Im bliżej tym lepiej. By nic nie uronić, by nawiązać kontakt - choćby wzrokowy - z prowadzącym. A nasi - im dalej - tym bezpieczniej - szkolny nawyk.

W trakcie sesji sala powolutku się zapełniała, ale najwięcej słuchaczy pojawiło się tuż przez końcem czyli po trzech godzinach od startu konferencji, wtedy aula wypełniła się do ostatniego niemal miejsca.

Po zakończonych wykładach organizatorzy zaproponowali serię pytań do wykładowców.
I wtedy objawił się ON.
Student śpioch, "specjalista" od streszczania świata, mistrz skryptu..
Podniósł się i zadał pytanie:

Czy Państwo mogliby STREŚCIĆ w kilku słowach, to co było najważniejsze w tych wykładach. Tak w kilku punktach, krok po kroku?

Myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Skandynawowie wyglądali na zaskoczonych. Na szczęście organizator wpadł na to, by o podsumowanie poprosić Rzecznika Praw Dziecka, który odesłał studenta do ... materiałów konferencyjnych.

Goście ze Skandynawii, gdy już ochłonęli, przypomnieli jedynie adres strony internetowej, który wielokrotnie padał podczas prezentacji.

I to by było na tyle.

Całe to wydarzenie uzmysłowiło mi, że ludzie oczekują, by streścić im to co ważne. Proszą, by "W JEDNYM zdaniu" im wyjaśnić o co chodzi. Proszą, by krótko powiedzieć "co robić".
Krótka notka, kilku zdaniowa notatka i najlepiej obrazek do tego.

Głupiejemy...
Smutne to...

PS Nie chciałabym, by leczył mnie lekarz, który uczył się ze skryptów i z kilku punktów, krok po kroku...

środa, 27 marca 2013

Jak to z ch*** było?


"Dzięki" pewnej wypowiedzi - sprzed kilku dni - pewnej artystki, wielu Polaków, przynajmniej ci, którzy zaglądają do komputera i oglądają serwisy informacyjne w TV - będzie wiedziało jak
poprawnie pisze się wulgarną nazwę męskiego narządu płciowego.

Odbyłam  na ten temat na Twitterze niezwykle interesującą i pouczającą, by nie powiedzieć edukacyjną  - nocną rozmowę z Artystą, znanym muzykiem, zwanym dalej dla ułatwienia Muzykiem.

Wszystko rozpoczęło się od  postawionego przez Muzyka pytania „Czy ktoś się wreszcie zorientuje, że określenie na "ch" padło nie pod adresem papieża, tylko KARDYNAŁA, którego papieżem wybrano?”
Zgodziłam się z takim podejściem do sprawy, zaznaczając, że ja sama nikogo bym tak nie nazwała. Nawet prywatnie.
No i się zaczęło. Dowiedziałam się, że Muzyk "by tak nazwał
i że jest to kwestia kodów językowych".  Przeczytałam, że "on ma swoje, ja swoje i Ewa/autorka dyskutowanej, kontrowersyjnej wypowiedzi/ ma swoje". 
"Kapusia spokojnie można nazwać ch*** (wg mojego kodu)" - dodał mój rozmówca.
Ja nadal upierałam się, że "NIKOGO tak nie można nazwać. Po prostu. Ten wyraz znaczy co innego:):):)">
Muzyk stwierdził wówczas, że "co innego znaczy również świnia, burak, bydlę."Zgadza się, choć to akurat nie są wulgaryzmy.

Dyskusja trwała jeszcze jakiś czas i pointą zdawało się być, że
ja  według Muzyka "demagogicznie odbieram językowi polskiemu miliony kolorów, emfazy metafor i porównań,  i że sprowadzam rozmowę  na tor "bezsęsu".
Nadal nie byłam przekonana i zapytałam wprost:
"A co znaczy ch..?"
Odpowiedź postawiła mnie do pionu.
"To samo, co ciul po śląsku, prick po angielsku, hoj po rosyjsku".

Ponieważ było już BARDZO późno, chcąc rozmowę zakończyć pojednawczo napisałam;
"możemy się pięknie różnić i że choć dla Muzyka każdy zły to ch*** , to dla mnie może to równie dobrze: drań, gnida, hulaka, kanalia, łajdak, łobuz, łotr, padalec, szubrawiec, szuja, bandyta, bandzior, drab, oprych, opryszek, rabuś, rozbójnik, rzezimieszek, szumowina, typ spod ciemnej gwiazdy, zakapior, zbir, zbój, ananas, ancymon, urwis, gagatek, gałgan, hultaj, huncwot, łobuziak, nicpoń, ziółko, psotnik i jeszcze wiele wiele innych w zależności od sytuacji". Zapytałam też "czy to nie jest jednak lepsze i bogatsze  niż "ch***"…? Moim zdaniem jest. Ale to oczywiście kwestia kodu:)"

Wtedy Muzyk postawił mnie do kąta, uznając, że "insynuuję i dla niego nie każdy zły to ch***".
Odesłał mnie również do słownika - "choćby slangu" - do przeczytania określeń spornego wyrazu.

Cóż tam znalazłam?

1) Wulgaryzm, oznaczający "męski członek"; stosowany w tym znaczeniu niezbyt często (raczej jedynie w generalnie wulgarnych kręgach) ze względu na dużą wulgarność słowa; 
2) Wredny facet, stosowane często dla określenia adminów, moderatorów i szefów (jako synonim), nauczycieli, wykładowców i innych ludzi utrudniających codzienne życie. W odróżnieniu od dupka - ch*** sugeruje, że nazwany tak gość jest wredny i zły.
3) Słowo pochodzące od wyrażenia używanego w staropolszczyźnie. Oznacza ono wykastrowanego knura. Często błędnie interpretowana pisownia oraz pochodzenie tego wyrazu.
4) Znaczy negatywnie o drugim człowieku.
5) Język chuj (– polisyntetyczny język z rodziny języków majańskich, używany przez Indian w Gwatemali i Meksyku).

Rozumiem, że pani Ewa Wójciak - której wypowiedź sprowokowała całą powyższą dyskusję oraz Muzyk posługujący się określonym wspólnym kodem, używają jednego z powyższych wyjaśnień (mimo, że jest to słownik slangu młodzieżowego).
Którego z wyjaśnień? -  pozostaje dla mnie tajemnicą, gdyż zasnęłam z telefonem w ręku.
Znak czasów.
Rano przeczytałam tylko, że kilka osób bawiło się tym naszym kodowaniem.
Nadal jednak upieram się wręcz, że o NIKIM i NIGDY i w żadnych okolicznościach nie powinno się powiedzieć  "ch***".

Nobody's Perfect.

sobota, 16 marca 2013

Ku***** rewolucje.

Rewolucje obalają królów a gwiazdy sprowadzić mogą do poziomu podłogi.
Obejrzałam dziś program "Kuchenne rewolucje". Kiedyś widziałam pół odcinaka - chyba w pierwszym sezonie i jakoś niedawno fragment o restauracji hotelowej którą wcześniej odwiedziłam. Tym razem rzecz działa się nad morzem a więc... smażalnia story.
Pamiętam, że gdy oglądałam program po raz pierwszy zbulwersowała mnie ilość przekleństw. Sama używam niewiele a publicznie nigdy i drażni mnie, gdy robią to inni.
Już po pierwszych kilku minutach ilość wulgaryzmów przerosła możliwości mojej percepcji. Z ekranu pikało nieustannie, co znaczy, że z ust prowadzącej "wylewała się kupa" - jak w takich sytuacjach mawiała moja babcia. Wygląda na to, że prowadząca "poczuła krew" i pozwala sobie na coraz więcej. Okazuje się bowiem, że wystarczy w TV rzucić mięsem, obrazić kogoś, rozwalić coś, by zyskać atrybut boskości.
Rozumiem, że trudno pokazywać za każdym razem, że prowadząca myje ręce (zakładam, że tak się dzieje), ale gdy wkłada palec do potrawy by jej spróbować i potem to co pozostaje podaje gościom, to trochę tak, jakby oblizywała wspólną łyżkę.
Na ekranie widzę klnącą panią Gessler i burzę jej loków wdzierającą się do każdej potrawy i garnka.
Nie będę recenzować programu, bo format jak format. Ale zdumiewa mnie, że ktokolwiek pozwala sobie na takie zachowanie wobec innych ludzi. Jak na moją wrażliwość to kompletny brak kultury i zasad dobrego wychowania.
Rzucanie ścierkami i wywalanie blachy z tłuszczem na podłogę "ślicznie" wygląda w telewizji, ale źle świadczy o wywalającym.
Zastanawiają mnie też "poetyckie" teksty prowadzącej. Mam nadzieję, że sama tego nie wymyśla.
Nie wiem jak będzie narastało napięcie w kolejnych odcinkach, które sobie z pewnością daruję. Mam nadzieję, że temperamentna "kreatorka smaków" nie wysadzi nic w powietrze.
PS Dodam na koniec, że zgadzam się merytorycznie z zastrzeżeniami wobec restauracji i pracowników, absolutnie natomiast nie akceptuję formy.

"Chamstwu należy przeciwstawiać się siłom i godnościom osobistom".

poniedziałek, 11 lutego 2013

Strachy na lachy czyli sześciolatki do szkoły

Pomysł MEN wysłania sześciolatków do szkoły wzbudza kontrowersje.
Niektórzy mówią, że szkoły nie są przygotowane – wiele jest w złym stanie technicznym, klasy są przepełnione, nie ma podziału na strefy dla młodszych i starszych. Ten ostatni element powoduje, że pojawia się argument, iż maluchy mogą być narażone na agresję ze strony starszych dzieci.
Niekiedy problemem jest słabe, niewystarczające wyposażenie klas lekcyjnych.

Według MEN każda sala ma mieć dwie części: edukacyjną (wyposażoną w tablicę i stoliki) oraz rekreacyjną (przestrzeń do zabawy). Powinna być ona wyposażona w sprzęt audiowizualny, komputer, gry i zabawki, tematyczne kąciki zabaw, biblioteczkę. W sali powinny też być szafki, żeby dzieci mogły zostawiać część rzeczy.

Po zajęciach opiekę na dzieckiem powinna przejąć świetlica i to taka podzielona na grupy, aby skupiały dzieci w tym samym wieku.
 Szkoły są różne. Niektóre są przygotowane, a niektóre nie. Jeżeli jakaś szkoła nie jest gotowa na przyjęcie 6-latka, to na przyjęcie 7-latka też raczej nie będzie.
W tym roku rodzice po raz ostatni mają wybór, czy posłać sześciolatka do szkoły, czy zostawić jeszcze na rok w przedszkolu.

Rodzice boją się, że nieprzygotowani do pracy z sześciolatkami są nauczyciele. Moim zdaniem są gotowi, pewnie będą musieli nieco się przestawić na młodsze dzieci, wiedzą jak to zrobić i jeśli nasze dziecko będzie posiadało „dojrzałość szkolną”, nauczyciel będzie gotowy tym bardziej.
Analiza danych europejskich wykazuje, że jesteśmy społeczeństwem, które najpóźniej wysyła dzieci do szkoły, a najwcześniej prze.chodzi na emeryturę (choć to ma się zmienić)
Czy  wobec tego to możliwe, że nasze dzieci są „jakieś dziwne” i w odróżnieniu od europejskich NIE SĄ gotowe, by wieku sześciu lat rozpocząć naukę w szkole? Dzieci są chętne do nauki i najczęściej gotowe by ją podjąć.

Pora napisać o dojrzałości szkolnej rodziców.
Rodzice mają obawy „Moje dziecko sobie nie poradzi”, „nie umie tylu rzeczy”, „jest jeszcze takie malutkie”, „nie rozumie co się wokoło niego dzieje”....
Pytam, dlaczego nie jest samodzielne w wieku 6 lat? Dlaczego nie ma wiedzy, którą sześciolatek powinien mieć? Dlaczego boi się świata bez mamusi (lub babci)? Dlaczego nie jest pewne siebie, nie umie mówić i argumentować. Dlaczego nie potrafi tak wielu ważnych i potrzebnych rzeczy? Bo zawsze w pobliżu jest mamusia, która ubierze, nakarmi, wytrze pupę, dopilnuje, podpowie, zrobi coś za dziecko, powie jaką podjąć decyzje i nakaże coś lub czegoś zabroni.

Rodzice martwią się jak dziecko sobie poradzi w kontakcie z dziećmi o rok młodszymi lub o rok starszymi,  a jak sobie radzi w rodzinie? na podwórku? czy w domu z rodzeństwem? To przecież łatwo sprawdzić.

Jeśli potrafiliśmy zbudować w dziecku poczucie własnej wartości i umiejętność funkcjonowania w grupie, to i w klasie sobie ono poradzi. Jeśli jest samodzielne i samoobsługowe - to nie będzie miało problemów w szkolnych realiach. Jeśli umie wyrażać swoje potrzeby i emocje, także da sobie radę. Jeśli przez pierwsze kilka lat zainwestowaliśmy nasz czas i uwagę, to pewne dziecko da sobie świetnie radę. Zakładam, że większość rodziców to wszystko zrobiła. Jeśli jednak nie wszystko lub nie jesteście pewni efektów to jeszcze nic straconego. Macie czas do września proponuję więc zacząć odrabiać zaległości już od dziś a zdążycie na pewno.

Nasze obawy i lęki są więc nieuzasadnione, bardziej się boimy niż to warto. Czy to w ogóle ma sens, że traktujemy szkołę jakby była jakimś siedliskiem złych mocy, które tylko czekają by pochłonąć nasze niewinne i bezbronne maleństwa.

Dla mnie szkoła to możliwości. To radość zdobywania nowych umiejętności, nowe przyjaźnie, które niekiedy przetrwają długie lata. Szkoła to początek nowej przygody i również od nas rodziców zależy czy będzie to przygoda szczęśliwa czy nie za bardzo. Pamiętajcie przy tym, że nauczyciel w tej przygodzie odgrywa rolę przewodnika naszego dziecka. Nie traktujcie go więc jakby był naszym lub co gorsza naszego dziecka wrogiem. Nie jest też rywalem, który podstępem skradł nagle nasz rodzicielski autorytet.
My rodzice powinniśmy, tak jak dotychczas „robić swoje”. Dziecko nadal tak samo nas będzie potrzebowało pomimo, że będzie dla nas miało coraz mniej czasu. 
Pracujmy z dzieckiem. Bądźmy pełni optymizmu i wiary w naszą pociechę.
Nasze /Wasze dziecko na pewno da sobie radę.

PS. tekst powstał 31 sierpnia 201:):)

niedziela, 10 lutego 2013

Młoteczek i dłutko...


Relacja z dzieckiem jest uzależniona od wielu czynników. Jednym z nich jest to, jak matki postrzegają siebie. Wiele zależy od tego czy akceptują siebie czy nie. Jeżeli  na przykład mama jest cicha i spokojna i nie lubi się za to, ponieważ wszyscy w pracy wchodzą jej na głowę, to tych cech nie będzie akceptowała również u swojego dziecka. Zapewne chciałaby być przebojowa i marzy, żeby właśnie takie było jej dziecko. Ale ono jest podobne do mamy i to ją drażni.
Deklarujemy, że chcemy, aby dziecko było do nas podobne, ale zwykle znaczy to, że dziecko ma być  podobne do naszego obrazu idealnego. Takiego jaki sobie stworzyliśmy.
Rozważmy taką sytuację - na dziesięć cech charakteru wszystkie oceniamy u siebie na dziesięć - w skali od jednego do dziesięciu. I chociaż jest to subiektywna ocena, bo ludzie oceniają  nas na pięć, właśnie do tej idealnej miary porównujmy dziecko. Chcemy, aby było podobne do pomnika, który sobie zbudowaliśmy.
Niekiedy rodzice wspominają swoje lata szkolne: „Ja nigdy nie byłem na wagarach! Nigdy nie powiedziałem nauczycielce, że jest głupia! Nigdy z nikim się nie pobiłem, zawsze wszystko zjadałem, słuchałem mamusi”. Oszukujemy i dziecko i siebie. Dlatego proponuję dzieciom: „Jeśli chcesz dowiedzieć się, jak zachowywał się twój tatuś czy mamusia, gdy byli w twoim wieku, najlepiej zapytaj o to dziadków. To też nie będzie wizja obiektywna, ale przynajmniej poznasz inną wersję”. Bo babcia powie: „Z twojej matki to był diabeł wcielony!”. A mamusia opowiadała, że była święta i nigdy nie spotykała się z chłopakami. Dziadek mówi: „Twój ojciec pierwszy raz upił się jak miał czternaście lat”. A wersja tatusia brzmi, że alkoholu spróbował, gdy był w wojsku. Konflikt pokoleń polega na tym, że w pewnym momencie dziecko, które wierzyło bezgranicznie w to, co słyszy od rodziców zderza się z „inną” prawdą. Przychodzi do rodziców dwunastolatek, w którym budzi się tożsamość i zadaje kłopotliwe pytanie. I co robią rodzice? Często podnoszą głos i zmieniają temat. Powiedziałabym, że w pewnym wieku dziecko dostaje od wróżki czarodziejski młoteczek i dłutko do odłupywania brązu z pomnika rodziców. Odkuwa, i okazuje się, że nigdy nie byli tacy cudowni. Rodzice nie bardzo wiedzą, co z tym fantem zrobić. Możliwości jest kilka  - można dziecku powiedzieć: „Część opowieści, które do tej pory snułam, faktycznie była podkoloryzowana. Ale robiłam to po to, żebyś nie powielał moich błędów. Bo gdybym ci opowiedziała co wyprawiałam, mógłbyś nie daj Boże zachowywać się podobnie”. Można też iść "w zaparte", że babcia nic nie pamięta. Można też zrobić dziecku awanturę i w ogóle nie rozmawiać na ten temat. Jeśli rodzicowi zależy na zbudowaniu dobrej relacji z dzieckiem, to powie jak wyglądała prawda i wyjaśni dlaczego niektóre opowieści podbarwiał (bo uczciwość w relacjach z młodym człowiekiem jest niebywale ważna). A jeśli mu nie zależy - będzie udawał, że tak właśnie było, że nie ma sobie nic do zarzucenia. I będzie miał pretensje do dziecka.
Dziecko nas denerwuje nie tylko dlatego, że dorasta, ma swoje zdanie, staje się niezależne, ale również dlatego, że cechy których w sobie nie lubimy w dziecku ujawniają się z całą młodzieńczą siłą. Ale pamiętajmy to jest nasz a nie dziecka problem. To my powinniśmy to przepracować. I postarać stać się przyjacielem naszego dziecka.

*tekst powstał w październiku 2011/teraz wrzucam po drobniutkich poprawkach/.

środa, 30 stycznia 2013

Blisko i powoli


Dziś skoczyłam „do tętnicy“ pewnej matce, która w samochodzie, trzymała około dwuletnie dziecko na kolanach.
Na pytanie, czemu ono nie jest w foteliku, usłyszałam, że „mała nie lubi“ i „na kolanach jest najbezpieczniej, bo trzymam mocno“ a poza tym „my tylko kawałek”.

KAŻDE DZIECKO W WIEKU DO 12 LAT, NIE PRZEKRACZAJĄCE 150 cm WZROSTU MUSI JEŹDZIĆ W FOTELIKU.

Czy zastanawiacie się czemu ktoś wymyślił taki przepis? To przecież nie jest czyjaś chora wyobraźnia lub fanaberia.
Dziecko zapinamy w foteliku, aby chronić jego zdrowie i życie w razie ewentualnego wypadku czy choćby gwałtownego hamowania. To powinno być jasne dla wszystkich dorosłych. Ale jak się okazuje, nie jest.

Specjaliści informują, że w sytuacji ostrego hamowania niezapięte w foteliku dziecko o wadze ok.12 kilo jest wyrzucane do przodu z taką siłą, że (zakładając jazdę zgodną z przepisami) może uderzyć w przednią szybę lub osobę siedzącą  przed nim tak jakby, ważyło ponad 300 kilo.
Niesamowite prawda?
Właśnie, dlatego wożenie dziecka na kolanach absolutnie nie wchodzi w grę. Nie ma żadnych szans, by utrzymać je przy sobie.
Alternatywa więc nie istnieje.
Nie będę wyjaśniała jak dobrać czy zamocować fotelik w samochodzie. Porady skwapliwie udzieli wujek Google.
Ja przypomnę jednak najważniejszą regułę!
Samochód nie ma prawa ruszyć z miejsca, jeśli WSZYSCY jego pasażerowie i kierowca nie mają zapiętych pasów.
Tu trzeba być bezwzględnie konsekwentnym. Jeśli w czasie jazdy maluch rozepnie pasy i zejdzie z fotelika,  a dorośli są z przodu, trzeba zatrzymać samochód tak szybko jak to jest możliwe i zgodne z przepisami. Trzeba posadzić „uciekiniera” z powrotem i zapiąć mu pasy.
Brak fotelika, gdy w samochodzie podróżuje  dziecko, karany jest przez Policję w Polsce mandatem w wysokości 150 zł oraz odebraniem 3 punktów karnych.
Na wielu nie robi to wrażenia.
Może jednak niektórym przemówi do rozsądku, gdy wyobrażą sobie konsekwencje swojej niefrasobliwości.
Ryzykowanie życia lub zdrowia własnego dziecka jest szczytem głupoty.
Nie warto ryzykować, nawet gdy jeździmy blisko i powoli.

PS. Jeśli zamawiamy taksówkę, także można poprosić by pojazd miał fotelik. Lub jeśli jedziemy tam i z powrotem - zabrać swój.


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Komunikacja miejska


Wyobraźcie sobie, że chcecie odbyć podróż.
W tym celu wybieracie się na przystanek jakiegoś środka komunikacji miejskiej, by tak jak inni mieszkańcy, dotrzeć do celu.
Wiecie o tym, że, aby pojechać trzeba kupić bilet. Można to zrobić w pobliskim biletomacie.
Obok was na przystanku są różni ludzi. Nie wiecie kim są. Po prostu także czekają.
Nadjeżdża autobus. Zakupiony bilet trzeba skasować przy wejściu.
Kasujecie więc i wszystko jest dobrze. Wsiadacie.
Na przystanku zamieszanie.
Okazuje się, że kilka osób biletów nie ma.
Jedni dlatego, że nie chcieli ich kupić, bo uważają, że bilety ograniczają ich wolność.
Oni albo nie pojadą, albo jednak kupią bilet, by mieć prawo przejazdu. Mają wybór.
Ale są też tacy, którzy chcieliby kupić, ale im go nie sprzedano. Bo z niewiadomego powodu, takim jak oni, bilety nie przysługują. Nie mają do nich prawa.
 
Pytam więc.
Dlaczego odbiera się im prawo do zakupu biletu?
Może trzeba im to jednak umożliwić.
Po prostu.
A może zlikwidować bilety?
Miejsca w autobusie wystarczy przecież dla wszystkich.