środa, 30 stycznia 2013

Blisko i powoli


Dziś skoczyłam „do tętnicy“ pewnej matce, która w samochodzie, trzymała około dwuletnie dziecko na kolanach.
Na pytanie, czemu ono nie jest w foteliku, usłyszałam, że „mała nie lubi“ i „na kolanach jest najbezpieczniej, bo trzymam mocno“ a poza tym „my tylko kawałek”.

KAŻDE DZIECKO W WIEKU DO 12 LAT, NIE PRZEKRACZAJĄCE 150 cm WZROSTU MUSI JEŹDZIĆ W FOTELIKU.

Czy zastanawiacie się czemu ktoś wymyślił taki przepis? To przecież nie jest czyjaś chora wyobraźnia lub fanaberia.
Dziecko zapinamy w foteliku, aby chronić jego zdrowie i życie w razie ewentualnego wypadku czy choćby gwałtownego hamowania. To powinno być jasne dla wszystkich dorosłych. Ale jak się okazuje, nie jest.

Specjaliści informują, że w sytuacji ostrego hamowania niezapięte w foteliku dziecko o wadze ok.12 kilo jest wyrzucane do przodu z taką siłą, że (zakładając jazdę zgodną z przepisami) może uderzyć w przednią szybę lub osobę siedzącą  przed nim tak jakby, ważyło ponad 300 kilo.
Niesamowite prawda?
Właśnie, dlatego wożenie dziecka na kolanach absolutnie nie wchodzi w grę. Nie ma żadnych szans, by utrzymać je przy sobie.
Alternatywa więc nie istnieje.
Nie będę wyjaśniała jak dobrać czy zamocować fotelik w samochodzie. Porady skwapliwie udzieli wujek Google.
Ja przypomnę jednak najważniejszą regułę!
Samochód nie ma prawa ruszyć z miejsca, jeśli WSZYSCY jego pasażerowie i kierowca nie mają zapiętych pasów.
Tu trzeba być bezwzględnie konsekwentnym. Jeśli w czasie jazdy maluch rozepnie pasy i zejdzie z fotelika,  a dorośli są z przodu, trzeba zatrzymać samochód tak szybko jak to jest możliwe i zgodne z przepisami. Trzeba posadzić „uciekiniera” z powrotem i zapiąć mu pasy.
Brak fotelika, gdy w samochodzie podróżuje  dziecko, karany jest przez Policję w Polsce mandatem w wysokości 150 zł oraz odebraniem 3 punktów karnych.
Na wielu nie robi to wrażenia.
Może jednak niektórym przemówi do rozsądku, gdy wyobrażą sobie konsekwencje swojej niefrasobliwości.
Ryzykowanie życia lub zdrowia własnego dziecka jest szczytem głupoty.
Nie warto ryzykować, nawet gdy jeździmy blisko i powoli.

PS. Jeśli zamawiamy taksówkę, także można poprosić by pojazd miał fotelik. Lub jeśli jedziemy tam i z powrotem - zabrać swój.


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Komunikacja miejska


Wyobraźcie sobie, że chcecie odbyć podróż.
W tym celu wybieracie się na przystanek jakiegoś środka komunikacji miejskiej, by tak jak inni mieszkańcy, dotrzeć do celu.
Wiecie o tym, że, aby pojechać trzeba kupić bilet. Można to zrobić w pobliskim biletomacie.
Obok was na przystanku są różni ludzi. Nie wiecie kim są. Po prostu także czekają.
Nadjeżdża autobus. Zakupiony bilet trzeba skasować przy wejściu.
Kasujecie więc i wszystko jest dobrze. Wsiadacie.
Na przystanku zamieszanie.
Okazuje się, że kilka osób biletów nie ma.
Jedni dlatego, że nie chcieli ich kupić, bo uważają, że bilety ograniczają ich wolność.
Oni albo nie pojadą, albo jednak kupią bilet, by mieć prawo przejazdu. Mają wybór.
Ale są też tacy, którzy chcieliby kupić, ale im go nie sprzedano. Bo z niewiadomego powodu, takim jak oni, bilety nie przysługują. Nie mają do nich prawa.
 
Pytam więc.
Dlaczego odbiera się im prawo do zakupu biletu?
Może trzeba im to jednak umożliwić.
Po prostu.
A może zlikwidować bilety?
Miejsca w autobusie wystarczy przecież dla wszystkich.

Pomidorowa


Dawno, dawno temu, za rzekami, za lasami, za to w górach, zorganizowano wczasy dla rodziców z dziećmi.
Był rok może 1996 i wybrałam się tam z moimi synami.
Śniegu było po pas, ośla łączka blisko, dom ciepły a jedzenie, jak to u górali – wyśmienite.
W pięknej jadalni, przy sąsiednim stoliku siedziała babcia z wnuczkiem. Babcia twierdziła, że chłopiec jest okropnym niejadkiem. Nic nie chce jeść. Tylko czasem naleśniki i pomidorową. Chłopiec miał mniej więcej 4 latka. I rzeczywiście uwielbiał tę zupę, co wszem i wobec oznajmiał.
Pierwszego dnia w wazach podano właśnie jego ulubioną potrawę. Zapach unosił się boski. Przy wszystkich stolikach dzieciaki, jadły, aż uczy im się trzęsły. Pewnie nie tylko mały bohater mojej opowieści lubił zupę z pomidorów.
Nazajutrz, w mojej wazie była ogórkowa.
Przy sąsiednim stoliku toczył się jednak zadziwiający dialog:
-    Jaka to zupa babciu?
-       Pomidorowa.
-       A czemu zielona?
-       Bo z zielonych pomidorów.
Codziennie w wazie naszego sąsiada była więc zupa pomidorowa. Żurek był z białych pomidorów, z ciemnozielonych była szczawiowa a z ciemnoczerwonych - barszcz czerwony, a potem ukraiński.
Starsza pani walczyła jak lwica.
A wnuczek jadł te zupy i ją uszczęśliwiał.
Zawsze przypominam dorosłym, by jeśli dziecko zdecydowanie czegoś nie lubi, to w żadnym wypadku nie należy go zmuszać do jedzenia. Lepiej zaproponować jakiś zamiennik. I babcia opanowała tę umiejętność do perfekcji.
Namawiam, by posiłki były kolorowe i atrakcyjnie podane, i w tej konkurencji również ona okazałą się mistrzynią.

Zastanawiałam się, jak babcia wyjaśniłaby rosół, wszak nie ma on specjalnie żadnego „pomidorowego” koloru.






sobota, 26 stycznia 2013

Starsza pani

Zakichana i z bolącym gardłem wybrałam się do lekarza. Pobliska przychodnia, jak zawsze pełna starszych osób.
Siedzą od rana i czekają na swoją kolejkę lub na swoją okazję, by wejść bez kolejki.
Grzecznie usiadłam i czekam.
Pierwsza odezwała się pani w czerwonym berecie:
- Taka młoda i już chora? - zagaiła miło.
Obejrzałam się za siebie, "ta młoda to ja"? No dobrze, niech będzie, rzeczywiście w porównaniu z czerwonym beretem - młoda jestem.
- Troszkę tak, dziękuję.
- A bo widzi pani, ja nie jestem chora. Jestem tylko zaziębiona - powiedziała staruszka.
Uśmiechnęłam się na to wyjaśnienie. Faktycznie, katar to nie choroba.
Po lewej siedział starszy pan w kraciastych spodniach.
- Moja pani doktorka to daje mi antybiotyki na katar - szepnął bezdźwięcznie. - Ale ja nie wykupuję. Ja tam wierzę w domowe sposoby. Nie biorę leków w ogóle. Jak mi doktorka powie, że lek pomoże, to i tak pomaga. Bez brania.
- A ja biorę dużo - powiedziała pani w sztucznym, wytartym futerku. - Jestem już tak stara, że niczego się nie boję. Już mi nie zaszkodzi. Więc biorę na ile fantazja pozawala. Ważne, żeby nic nie bolało. Wnuk mówi, że chodzę na haju. Może i tak.
Czerwony beret wszedł do gabinetu i słychać było przez drzwi podniesiony głos opowiadający o tym, co w polityce.
W tym czasie panie w rejestracji uspokajają jakiegoś pana, który awanturuje się, bo nie ma jego karty, a przecież on się tu leczy.
- Panie Henryku, - spokojnie tłumaczyła pielęgniarka - zamawiał pan wizytę domową. Pani doktor wzięła kartę i będzie u pana niedługo. Proszę iść do domu.
- Zamawiałem do domu? A to zapomniałem.
Nadeszła moja kolej. W gabinecie bardzo młody lekarz na zastępstwie. Okazuje się, że moja pani doktor z grypą leży.
Pan doktor, ani posłuchał, ani do gardła zajrzał.
- Zaziębienie, co? To syrop pić i koniecznie coś do ssania. I proszę w domu siedzieć. "To" też niech pani bierze. Proszę brać jak dla osób starszych, tak jak w ulotce rozpisane.
Zdumiałam się, bo przecież nie jestem jeszcze chyba starszą panią.
- Dla osób starszych - zapytałam? - A na jakiej podstawie pan doktor mnie zakwalifikował do tej grupy?
- No, osoba starsza to taka, która jest starsza od lekarza - powiedział z rozbrajającym uśmiechem.
No pięknie.



Kwestionariusz osobowy dla pewnej gazety - nie ukazał się:):)


Moment, który odmienił moje życie to...śmierć mojej babci. Miałam 13 lat i umarła na moich rękach. Po tym nic już nie było takie samo.

Mam bzika na punkcie...swoich synów. Są moją dumą. Uwielbiam z nimi być, gadać, a nawet się spierać.

Nie umiem się obyć bez...kilku rzeczy. Po pierwsze bez poczucia bezpieczeństwa i miłości. A z rzeczy materialnych bez telefonu.

Gdybym miała określić moje życie w sześciu słowach, byłoby to...szczęście, spełnienie, praca, radość, nauka, nauczanie. I to w zasadzie się nie zmienia od lat.

Lubię...ludzi. Bardzo lubię ludzi.

Jeśli chodzi o pieniądze to...lepiej je mieć niż nie mieć, ale nie są wartością samą w sobie. Bywają użyteczne. Ale umiem bez nich żyć. Nie mam zbyt dużych potrzeb.

Chciałabym...by rodzice bardziej dbali o swoje dzieci, by myśleli o tym i nigdy nie zawodzili swoich dzieci. Chciałabym też móc robić jeszcze więcej, ale już doby rozciągnąć się nie da.

Małżeństwo to dla mnie...radość i miłość. Poczucie bezpieczeństwa i wieczory w kapciach. To rozmowy i zrozumienie. To zaufanie i śmiech. Uwielbiam być z moim mężem. Jest moim przyjacielem.

Zawiodłam się na...nie zastanawiam się nad tym. Oczywiście czasem jestem rozczarowana różnymi ludźmi czy rzeczami, ale to ich, a nie moje życie. Więc się nie za bardzo przejmuję.

Moje życiowe motto to...Idź przez życie tak, aby nikt przez Ciebie nie płakał.

Stan mojego umysłu to...wieczna nauka i bycie w drodze. Uwielbiam się uczyć i dowiadywać nowych rzeczy. Ciągle wiem, że niewiele wiem.

Najbardziej stresuje mnie...staram się nie stresować zbyt wiele, więc nie wiem co najbardziej. Czasem podróż pociągiem. I oczywiście samolot. Więc nie latam.

Najbardziej żałuję...niczego nie żałuję. Podejmowałam takie a nie inne decyzje w życiu i tyle. Nie zastanawiam się zwykle „co by było, gdyby”.. nie ma to sensu.

Największym nieszczęściem byłoby dla mnie...unieruchomienie i odcięcie od ludzi. Gdybym nie mogła być sama sobie „sterem, żeglarzem i okrętem”

Czuje satysfakcję, gdy...udaje mi się to co sobie zamierzałam. Więc dość często.

Seks to...piękny dodatek do miłości.

Największy wpływ wywarł na mnie...nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

Do szczęścia najbardziej brakuje mi...Niczego mi nie brakuje. Mam to co mi jest potrzebne.

Gdybym nie była tym kim jestem, chciałabym być...może dziennikarką społeczną albo podróżniczką, choć mam lęki komunikacyjne więc nie wiem, jak by to pogodzić.

Najwięcej nauczyłam się od...mojej mamy. Była wspaniałym człowiekiem. Kocham ją bardzo, mimo, że od 7 lat już jej przy mnie nie ma.

Uważam, że w życiu nie ma nic lepszego niż...w moim życiu? Macierzyństwo a w ogóle - miłość i przyjaźń. Ale każdy ma swój ranking.

W wolnym czasie najczęściej...pracuję. W kółko pracuję. A jeśli to urlop to zwiedzam i czytam.

Swojego partnera najbardziej cenię za...to że ze mną wytrzymuje i rozumie mnie jak nikt.

Brak mi pewności siebie gdy...nie brakuje mi pewności siebie. Choć czasem mam kłopot z zapytaniem „która godzina”.

Dom rodzinny kojarzy mi się z...ciepłem, zapachem szarlotki, którą piekł mój tata i dźwiękiem koncertów chopinowskich, których słuchała moja mama w niedzielę o 12. Kojarzy mi się z szacunkiem dla dziecka i wycieczkami rowerowymi. Wakacjami nad morzem  i grzybobraniami.

Pokusa, której zawsze ulegam...staram się nie ulegać pokusom. Ale bardzo lubię jeść – jeśli to pokusa, to jej ulegam.

Ulubione miejsce w moim domu...Moja czerwona kanapa. A latem leżak na balkonie. Balkon malutki ale leżak, parasol przeciwsłoneczny i książka lub tablet i jest wspaniale.

Film, który nigdy mi się nie znudzi..."Co się wydarzyło w Madison County". Mam w domu kolekcję około 400 filmów i to są właśnie te, które mi się nie nudzą, często je oglądam.

Ostatnio kłamałam, gdy...NIGDY nie kłamię. Nie pamiętałabym co i komu powiedziałam, więc ułatwiam sobie życie.

Największa bzdura, jaką przeczytałam na swój temat...och, miejsca by nie starczyło. Bzdur sporo było. Ale chyba najbardziej wkurza mnie gdy ktoś mówi że „zostawiłam malutkie dzieci” po rozwodzie.

Praca jakiej nigdy bym się nie podjęła...pod ziemią, na wysokości albo w zamkniętym pomieszczeniu bez ludzi.

Miejsca, w których można mnie spotkać...facebook. Zawsze.

czwartek, 24 stycznia 2013

głupiababa

"głupiababa" pisze się jednym wyrazem i małą literą.

Tak zawsze mawiała Ania, żona Andrzeja Jaroszewskiego - dziennikarza radiowego, propagatora jazzzu i świetnego konferansjera - mojego pierwszego ślubnego świadka. 
Ania była osobą wyjątkową, gotowała genialni, a cudeńka z koralików jakie wychodziły spod jej palców były małymi dziełami sztuki. Ale ja nie o tym.

Gdy wyjaśniam dorosłym - rodzicom i opiekunom -, że coś warto, powinno się lub wręcz nie powinno się, że trzeba coś zmienić i iść do przodu, to wielokrotnie słyszę: "ja też tak robiłam i nic się nie stało", "za moich czasów tak robiono i, o co chodzi", "kiedyś to była norma". Osoby takie bronią swojej niekompetencji z mocą obrońcy Częstochowy. Nie szukają, nie sprawdzają, a upierają się. Trwają przy wiedzy, którą wynieśli ze szkoły, zwykle dawno temu. Albo z czasów, które także już minęły.


Opór materii związany z przyswajaniem wyników nowych badań - także naukowych - zdumiewa mnie i, wtedy zawsze przypomina mi się "głupiababa". 

To nie jest inwektywa, to stan ducha i osobowość. To jest określenie poza płcią.
Może się nie podobać, ale dla mnie jest kwintesencją bycia kimś zaściankowym.

Przecież świat nie stoi w miejscu, dowiadujemy się nieustannie nowych rzeczy, zaglądamy głębiej i dokładniej w przedmiot naszych obserwacji. Świat się zmniejszył, ale wiedza - wręcz przeciwnie. 

Bardzo wiele musi się zmienić, by wiele mogło pozostać po staremu. Na tę zmianę trzeba być otwartym. Jak nasze dzieci mają się zdobywać nową wiedzę, skoro sami jesteśmy na nią zamknięci?

To, że kiedyś coś było dobre i mądre, nie znaczy, że jest takie i dziś. Warto, wręcz trzeba uczyć się i szukać, by wiedzieć więcej. W innym razie będziemy zacofani jeszcze bardziej.


O ile, to w ogóle możliwe.

wtorek, 22 stycznia 2013

Za droga, za mała...

Nie przepadam za galeriami handlowymi. Za dużo ludzi, wszyscy gdzieś biegną i szukają czegoś lub udają, że szukają. Ale czasem potrzeba zmusza mnie, by się tam wybrać. Dziś był taki dzień. Szukałam tuniki- męskiej części czytelników wyjaśnię, że to nie sukienka i nie bluzka, a nosi się do spodni -, a nie jest łatwo kupić fajny ciuch w rozmiarze 46. Pewnie parę osób wie o czym mówię. W jednym ze sklepów dostrzegłam swoją szansę, wisiała tam, piękna, w wielkie kolorowe kwiaty, które zawsze mi się podobają, choć wiem, że nie za bardzo pasują do dużej osoby. Ponieważ wisiała dość wysoko poprosiłam pracującą w sklepie panią, by mi pokazała. Spojrzała na mnie i z uroczym uśmiechem powiedziała, jest tunika jest za mała na mnie i bardzo droga. Pewnie popsułaby mi humor na resztę dnia, ale jej słowa spowodowały, że przypomniałam sobie dwie rzeczy. Najpierw poczułam się, jak Julia Roberts w Pretty Woman - pamiętecie zapewne słynną scenę w sklepie na Rodeo Drive. Julii nie chcieli obsłużyć, bo wyglądała nie tak jak powinna klientka TAKIEGO sklepu. Ja też wyglądałam nie tak. Potem przypomniała mi się druga historia. Rok temu na wakacjach w Europie kilka dni spędziliśmy w Lizbonie. Zwiedzaliśmy miasto, łażąc w te i we w te. Któregoś dnia w ponad trzydziestostopniowym upale wracaliśmy do hotelu, a "na szlaku" pojawił się sklep z dumnym napisem "Prada". W Warszawie nie ma takiego, więc namówiłam męża byśmy zajrzeli. Pierwszy krok, na mniej więcej 15 centymetrowej grubości dywan, dawał już poczucie luksusu, a potem zobaczyłam szpilki. Spojrzałam na nie pożądliwie. Natychmiast pojawiła się pani i zapytała czy chcę je przymierzyć. Spojrzałam na swoje stopy, przykurzone po wielogodzinnym spacerze, spuchnięte w ortopedycznych niemal klapkach Bircenstocka i uznałam, że pani zażartowała. Ale nie... Podała mi te bajeczne szpiki i, gdyby nie to , że kosztowały około 10 tysięcy złotych, zabrałabym je ze sobą. Bo były idealne i nawet na spuchniętej nodze wyglądały bosko. Tak, więc dziś pani w sklepie nie popsuła mi humoru, wręcz przeciwnie, sprawiła, że przypomniałam sobie cudowne wakacje, a to spowodowało, że uśmiechnęłam się miło i poprosiłam, by zapakowała mi strasznie drogą i za małą tunikę. Mam teraz 7 dni, by zwrócić.

To nie tak

-->
Trudno być rodzicem nastolatka. Zawsze tak było, nie tylko dziś.
Zmieniły się problemy, ich zasięg i głębokość. Nie wolno w obecnej dobie, będąc rodzicem młodego człowieka, wchodzącego w trudny świat dorosłych, nie mieć pojęcia o narkotykach, ich dostępności i objawach używania. Nie wolno nie wiedzieć, jakie sygnały w zachowaniu powinny niepokoić.
Będąc rodzicem nastolatka trzeba być krok PRZED nim, a nie pół kroku za. Nie zawaham się by powiedzieć, że trzeba go strzec. Czasem strzec przed nim samym.
Dostępność wiedzy jest nieograniczona, sprowadza się jedynie do chęci poszukania i dowiedzenia się. Jeśli rodzic się nie dowiaduje, to często znaczy, że wymyślił sobie idealny świat, w nim swoje dziecko i żyje w tych wyobrażeniach.
Nie wolno bać się zapytać. Lęki rodziców przed naruszeniem domowego „status quo” – mirażu szczęśliwej rodziny – czynią więcej złego niż dobrego.
Idylliczna wizja
fajnej rodziny to zwykłe klapki na oczach, które zapewne wcześniej czy później opadną odkrywając ogrom domowej obcości.
Młodzi mają problemy takie jak dorośli, albo może nawet jeszcze poważniejsze. Nie wolno ich bagatelizować, bo „jaki problem może mieć dziecko”? Otóż może mieć!
Uważam, że poziom motywacji do zachowań buntowniczych oraz poszukiwania używek - przynoszących chwilowe ukojenie - jest wysoce zależny od problemów domowych. Kłopot w tym, że motywacja rodziców do poszukiwań rozwiązań tego stanu rzeczy jest niewielka.
Trzeba natychmiast pomagać, dbać, by pomoc była najlepszą z możliwych, nie odpuszczać, bo nastolatkowi się nie podoba, bo mu się nie chce. Trzeba szukać, drążyć i trzymać rękę na ramieniu. Być blisko. Nie wolno niczego zaniedbać.
Nastolatka – dziecka ciągle jeszcze przecież – nie wolno pozostawić z żadnym problemem samemu sobie, a podawanie waleriany na depresję nie pomoże.
Czasem trzeba zastosować metody opresyjne – by ratować dziecko. Pod pozorem dawania wolności może kryć się zwyczajny brak zainteresowania.
Gdy ma się „naście” lat, to autorytet rodziców bywa zagrożony. Dziecko do tej pory słuchało co mówimy, robiło o co prosimy i nagle wszystko się zmienia.
Niekiedy rodzice mają
wrażenie, że w domu pojawia się ktoś obcy, z kim trudno jest się porozumieć. Zachowuje się jak w powiedzeniu „na złość mamusi odmrożę sobie uszy”, czasem wbrew zdrowemu rozsądkowi i wychowaniu. Często autodestrukcyjnie.
W tym czasie można albo wiele stracić albo jeszcze więcej zyskać.
Oczywiście tak jak nastolatek musi – pod naszą opieką - dorosnąć do roli dorosłego, rodzic musi także dorosnąć do swojej. Musi nauczyć się być rodzicem dorastającego człowieka.

Trzeba okazywać miłość, cierpliwość, tolerancję ale jednocześnie walczyć o dziecko, szukać rozwiązań  i samemu pracować nad problemem.
Nie wystarczy być.         

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Oto ja


Jestem kobietą w „słusznym wieku”, uczyłam się dobrze – choć bez przesady. Szkołę  - czyli systemową edukację - skończyłam dawno temu. Ze wstydem muszę przyznać, że wielu rzeczy po prostu nie pamiętam, a wielu po prostu się nie nauczyłam. Na studiach miałam indywidualny tok nauki i stypendium naukowe. Nie ośmieliłabym się powiedzieć, że już na pewno coś wiem, bo po pierwsze, to pójście na łatwiznę, a po drugie wprowadza w stan lenistwa. Świat przecież nie tyle idzie do przodu, ale po prostu pędzi. A my powinniśmy choć troszkę starać się, by go dogonić.

Nieustająco dużo czytam i to nie tylko dla przyjemności. Szukam literatury fachowej, nowinek, wyników badań, raportów. Uczę się. Mam w sobie nieustanny głód wiedzy. 

Do dziś zdarza mi się, że gdy oglądam film osnuty na jakichś wydarzeniach historycznych, to zawsze szukam i sprawdzam, jak było naprawdę. Mam z tego wielką frajdę. Nie pozwalam sobie, by nie wiedzieć.

Gdy mam coś skomentować albo ocenić, to nie zdarza mi się, bym wypowiadała się nie znając źródła i zagadnienia. Nie godzę się na wypowiedź, gdy dzwoniący dziennikarz prosi tylko o „krótki komentarz” mówiąc, że on mnie „zbrifuje”. Nie czuję się wtedy kompetentna. 


Wszystko co robię, robię świadomie i po przemyśleniu. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie zawsze moje przemyślenia i wnioski pasują wszystkim. Ale przecież jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził.

Z niepokojem czytam artykuły o tym, że powraca analfabetyzm, że coraz mniej ludzi czyta książki i w ogóle mniej osób czyta ze zrozumieniem. Badania wskazują, że niewielu z widzów rozumie prognozę pogody i nie interesuje się niczym poza programem telewizyjnym i portalami czy gazetami plotkarskimi.
 
Uwielbiam dyskutować z ludźmi. Gdy ludzie prawią komunały lub nie mają argumentów na poparcie swych tez, to choć pewnie nie powinnam, to złoszczę się wtedy i wchodzę w dyskusję jak w masło. Czasem się okazuje, że ktoś wpuszcza mnie w maliny i tylko chce mnie podejść. 

Ale i tak wyjaśniam, tłumaczę i uczę. Taka jestem i taki mam zawód. Po prostu lubię to.

Zapraszam do czytania i rozmawiania.