poniedziałek, 11 lutego 2013

Strachy na lachy czyli sześciolatki do szkoły

Pomysł MEN wysłania sześciolatków do szkoły wzbudza kontrowersje.
Niektórzy mówią, że szkoły nie są przygotowane – wiele jest w złym stanie technicznym, klasy są przepełnione, nie ma podziału na strefy dla młodszych i starszych. Ten ostatni element powoduje, że pojawia się argument, iż maluchy mogą być narażone na agresję ze strony starszych dzieci.
Niekiedy problemem jest słabe, niewystarczające wyposażenie klas lekcyjnych.

Według MEN każda sala ma mieć dwie części: edukacyjną (wyposażoną w tablicę i stoliki) oraz rekreacyjną (przestrzeń do zabawy). Powinna być ona wyposażona w sprzęt audiowizualny, komputer, gry i zabawki, tematyczne kąciki zabaw, biblioteczkę. W sali powinny też być szafki, żeby dzieci mogły zostawiać część rzeczy.

Po zajęciach opiekę na dzieckiem powinna przejąć świetlica i to taka podzielona na grupy, aby skupiały dzieci w tym samym wieku.
 Szkoły są różne. Niektóre są przygotowane, a niektóre nie. Jeżeli jakaś szkoła nie jest gotowa na przyjęcie 6-latka, to na przyjęcie 7-latka też raczej nie będzie.
W tym roku rodzice po raz ostatni mają wybór, czy posłać sześciolatka do szkoły, czy zostawić jeszcze na rok w przedszkolu.

Rodzice boją się, że nieprzygotowani do pracy z sześciolatkami są nauczyciele. Moim zdaniem są gotowi, pewnie będą musieli nieco się przestawić na młodsze dzieci, wiedzą jak to zrobić i jeśli nasze dziecko będzie posiadało „dojrzałość szkolną”, nauczyciel będzie gotowy tym bardziej.
Analiza danych europejskich wykazuje, że jesteśmy społeczeństwem, które najpóźniej wysyła dzieci do szkoły, a najwcześniej prze.chodzi na emeryturę (choć to ma się zmienić)
Czy  wobec tego to możliwe, że nasze dzieci są „jakieś dziwne” i w odróżnieniu od europejskich NIE SĄ gotowe, by wieku sześciu lat rozpocząć naukę w szkole? Dzieci są chętne do nauki i najczęściej gotowe by ją podjąć.

Pora napisać o dojrzałości szkolnej rodziców.
Rodzice mają obawy „Moje dziecko sobie nie poradzi”, „nie umie tylu rzeczy”, „jest jeszcze takie malutkie”, „nie rozumie co się wokoło niego dzieje”....
Pytam, dlaczego nie jest samodzielne w wieku 6 lat? Dlaczego nie ma wiedzy, którą sześciolatek powinien mieć? Dlaczego boi się świata bez mamusi (lub babci)? Dlaczego nie jest pewne siebie, nie umie mówić i argumentować. Dlaczego nie potrafi tak wielu ważnych i potrzebnych rzeczy? Bo zawsze w pobliżu jest mamusia, która ubierze, nakarmi, wytrze pupę, dopilnuje, podpowie, zrobi coś za dziecko, powie jaką podjąć decyzje i nakaże coś lub czegoś zabroni.

Rodzice martwią się jak dziecko sobie poradzi w kontakcie z dziećmi o rok młodszymi lub o rok starszymi,  a jak sobie radzi w rodzinie? na podwórku? czy w domu z rodzeństwem? To przecież łatwo sprawdzić.

Jeśli potrafiliśmy zbudować w dziecku poczucie własnej wartości i umiejętność funkcjonowania w grupie, to i w klasie sobie ono poradzi. Jeśli jest samodzielne i samoobsługowe - to nie będzie miało problemów w szkolnych realiach. Jeśli umie wyrażać swoje potrzeby i emocje, także da sobie radę. Jeśli przez pierwsze kilka lat zainwestowaliśmy nasz czas i uwagę, to pewne dziecko da sobie świetnie radę. Zakładam, że większość rodziców to wszystko zrobiła. Jeśli jednak nie wszystko lub nie jesteście pewni efektów to jeszcze nic straconego. Macie czas do września proponuję więc zacząć odrabiać zaległości już od dziś a zdążycie na pewno.

Nasze obawy i lęki są więc nieuzasadnione, bardziej się boimy niż to warto. Czy to w ogóle ma sens, że traktujemy szkołę jakby była jakimś siedliskiem złych mocy, które tylko czekają by pochłonąć nasze niewinne i bezbronne maleństwa.

Dla mnie szkoła to możliwości. To radość zdobywania nowych umiejętności, nowe przyjaźnie, które niekiedy przetrwają długie lata. Szkoła to początek nowej przygody i również od nas rodziców zależy czy będzie to przygoda szczęśliwa czy nie za bardzo. Pamiętajcie przy tym, że nauczyciel w tej przygodzie odgrywa rolę przewodnika naszego dziecka. Nie traktujcie go więc jakby był naszym lub co gorsza naszego dziecka wrogiem. Nie jest też rywalem, który podstępem skradł nagle nasz rodzicielski autorytet.
My rodzice powinniśmy, tak jak dotychczas „robić swoje”. Dziecko nadal tak samo nas będzie potrzebowało pomimo, że będzie dla nas miało coraz mniej czasu. 
Pracujmy z dzieckiem. Bądźmy pełni optymizmu i wiary w naszą pociechę.
Nasze /Wasze dziecko na pewno da sobie radę.

PS. tekst powstał 31 sierpnia 201:):)

niedziela, 10 lutego 2013

Młoteczek i dłutko...


Relacja z dzieckiem jest uzależniona od wielu czynników. Jednym z nich jest to, jak matki postrzegają siebie. Wiele zależy od tego czy akceptują siebie czy nie. Jeżeli  na przykład mama jest cicha i spokojna i nie lubi się za to, ponieważ wszyscy w pracy wchodzą jej na głowę, to tych cech nie będzie akceptowała również u swojego dziecka. Zapewne chciałaby być przebojowa i marzy, żeby właśnie takie było jej dziecko. Ale ono jest podobne do mamy i to ją drażni.
Deklarujemy, że chcemy, aby dziecko było do nas podobne, ale zwykle znaczy to, że dziecko ma być  podobne do naszego obrazu idealnego. Takiego jaki sobie stworzyliśmy.
Rozważmy taką sytuację - na dziesięć cech charakteru wszystkie oceniamy u siebie na dziesięć - w skali od jednego do dziesięciu. I chociaż jest to subiektywna ocena, bo ludzie oceniają  nas na pięć, właśnie do tej idealnej miary porównujmy dziecko. Chcemy, aby było podobne do pomnika, który sobie zbudowaliśmy.
Niekiedy rodzice wspominają swoje lata szkolne: „Ja nigdy nie byłem na wagarach! Nigdy nie powiedziałem nauczycielce, że jest głupia! Nigdy z nikim się nie pobiłem, zawsze wszystko zjadałem, słuchałem mamusi”. Oszukujemy i dziecko i siebie. Dlatego proponuję dzieciom: „Jeśli chcesz dowiedzieć się, jak zachowywał się twój tatuś czy mamusia, gdy byli w twoim wieku, najlepiej zapytaj o to dziadków. To też nie będzie wizja obiektywna, ale przynajmniej poznasz inną wersję”. Bo babcia powie: „Z twojej matki to był diabeł wcielony!”. A mamusia opowiadała, że była święta i nigdy nie spotykała się z chłopakami. Dziadek mówi: „Twój ojciec pierwszy raz upił się jak miał czternaście lat”. A wersja tatusia brzmi, że alkoholu spróbował, gdy był w wojsku. Konflikt pokoleń polega na tym, że w pewnym momencie dziecko, które wierzyło bezgranicznie w to, co słyszy od rodziców zderza się z „inną” prawdą. Przychodzi do rodziców dwunastolatek, w którym budzi się tożsamość i zadaje kłopotliwe pytanie. I co robią rodzice? Często podnoszą głos i zmieniają temat. Powiedziałabym, że w pewnym wieku dziecko dostaje od wróżki czarodziejski młoteczek i dłutko do odłupywania brązu z pomnika rodziców. Odkuwa, i okazuje się, że nigdy nie byli tacy cudowni. Rodzice nie bardzo wiedzą, co z tym fantem zrobić. Możliwości jest kilka  - można dziecku powiedzieć: „Część opowieści, które do tej pory snułam, faktycznie była podkoloryzowana. Ale robiłam to po to, żebyś nie powielał moich błędów. Bo gdybym ci opowiedziała co wyprawiałam, mógłbyś nie daj Boże zachowywać się podobnie”. Można też iść "w zaparte", że babcia nic nie pamięta. Można też zrobić dziecku awanturę i w ogóle nie rozmawiać na ten temat. Jeśli rodzicowi zależy na zbudowaniu dobrej relacji z dzieckiem, to powie jak wyglądała prawda i wyjaśni dlaczego niektóre opowieści podbarwiał (bo uczciwość w relacjach z młodym człowiekiem jest niebywale ważna). A jeśli mu nie zależy - będzie udawał, że tak właśnie było, że nie ma sobie nic do zarzucenia. I będzie miał pretensje do dziecka.
Dziecko nas denerwuje nie tylko dlatego, że dorasta, ma swoje zdanie, staje się niezależne, ale również dlatego, że cechy których w sobie nie lubimy w dziecku ujawniają się z całą młodzieńczą siłą. Ale pamiętajmy to jest nasz a nie dziecka problem. To my powinniśmy to przepracować. I postarać stać się przyjacielem naszego dziecka.

*tekst powstał w październiku 2011/teraz wrzucam po drobniutkich poprawkach/.