niedziela, 16 czerwca 2013

Szczęście w nieszczęściu

Urlop dzień 1.

Dziś miał być pierwszy dzień wakacji. Podróż samochodem (jestem nielotem) na południe Europy, a potem dalej.
Miał być, ale nie wyszło. Złośliwość rzeczy martwych dopadła mnie w piątek, gdy nasz świeżo odebrany po przed podróżowym przeglądzie, samochód odmówił współpracy. Szybki telefon do serwisu – zupełnie jak na pogotowie -  i dostarczyliśmy pacjenta na kanał.
Diagnoza dwa dni przed podróżą bolesna – nie działa wspomaganie kierownicy. Prawdopodobnie pompa, albo może i co innego.
Ja jestem kierowcą niepraktykującym, mimo to,  kiedyś, w dawnych czasach umiałam kawałkiem patyka uruchomić malucha a w dużym fiacie wymienić palec rozdzielacza. Takie były czasy i konieczności.
Po wstępnej diagnozie konsylium i wyrok.
- „Nic nie możemy zrobić, jest piątek po południu, weekend. Pompa w Goeteborgu. Przykro nam”.
Mnie też było przykro. Skrupulatnie zaplanowane wakacje, planowane całą przydługą zimę, właśnie brało w łeb.
Telefoniczne negocjacje z szefem serwisantów nie były łatwe. Ja osoba „zero agresywna” podniosłam głos.
- „Mam prom, mam bilet, MUSZĘ być konkretnego dnia w konkretnym miejscu. Po drodze wszystko zapięte na ostatni guzik, rodzina czeka w Rzymie”.
Wiem, pomyślicie „w głowie się poprzewracało”. Wydumane problemy.
Ale, to nie tak, nie lubię jak coś nie idzie po mojej myśli.
Czas płynął a my nie posunęliśmy się ani o krok dalej, poza tym, że wymieniono jakieś tajemnicze sitko, na którym zresztą nie wiadomo skąd znaleziono opiłki metalu. Wskazywało to na fakt, że choroba samochodu może być poważniejsza niż wstępnie założono. Pojawiło się kolejne dziwne słowo z repertuaru tajemniczych męskich zaklęć „przekładnia”.
Mój wspaniały Mąż spokojnie rozważał za i przeciw,
- „Może samochód zastępczy?” -  ale kto da takowy na 5 tygodni i to poza Unię?
- „To może wynajmiemy?”, ale pojawił się ten sam problem - nie z długością ale z wyjazdem z Europy.
Zaczęłam powolutku rozpakowywać walizki, zakładając, że może uda się za tydzień, gdy ta nieszczęsna pompa przyleci zza bałtyckiej granicy.
Aż tu nagle okazało się, że szef serwisu znalazł rozwiązanie. Działo się. W sobotę mechanicy rozbierali mój samochód na części pierwsze, by po godzinach złożyć go na powrót.
Koło 17 telefon dający nadzieję:
- „W poniedziałek około 10 rano będą mogli państwo ruszyć”.
Jeszcze tylko geometria (nieustannie nazywana przeze mnie symetrią) kół, jazda testowa i  w drogę.
24 godziny opóźnienia. Jeden dzień mniej na spokojne i bezpieczne rozłożenie 4000 km. drogi.
Ale Mąż mówi, że kto jak kto  - on da radę. Ja jako pilot wierzę w to mocno.
Walizki stoją więc zapakowane i rano jedziemy czekać na kluczyki, by ruszyć w drogę.
W piątek byłam wściekła – przecież specjalnie dwa tygodnie przed podróżą oddaliśmy samochód do przeglądu. Wszystko było dobrze, ale nagle zepsuła się część, która się nie psuje.
Dziś mogę tylko podziękować ekipie, która naprawdę wykonała kawał dobrej roboty.
Przed nami dużo kilometrów. W pierwszym etapie niemal 1000. A potem dalej... na wakacje. Daleko i z mężem.
Będę pisać.
A póki co trzymajcie kciuki, by udało się wystartować.
PS Szukając dobrych stron tego co się stało, to lepiej, że tu, w domu, niż w trasie. No i Opole mogę zobaczyć w TV :)

4 komentarze:

  1. Pani Doroto, ktoś lub coś jednak na Panią czuwa i wszystko się udało! Życzę szerokiej, spokojnej drogi i przyjemnego (zasłużonego!) urlopu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Udanego urlopu, mimo niefortunnego początku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Zapraszam do odwiedzenia mojego bloga, mam nadzieje że się wam spodoba jeśli tak to go polecaj, z góry dziękuje :-)
    http://komputeroweporady.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  4. Złosliwość rzeczy martwych dopada chyba każdego :) Życzę udanego urlopu :)

    OdpowiedzUsuń