środa, 16 kwietnia 2014

Do sztambucha państwa E.




Taki  wpis pojawił się dziś na stronie państwa E.
Nazwiska tych państwa nie wymieniam, by nie reklamować. Nie reklamuję bowiem i nigdy nie reklamowałam,  rzeczy szkodliwych dla dzieci. Obiecałam jednak, że się odniosę do „zarzutów”, co czynię poniżej. Robię to po raz kolejny i mogę robić jeszcze wiele razy, bo jak widzę czytanie ze zrozumieniem szwankuje.

Po pierwsze nie boję się państwa E. i dyskusji na żaden temat. Nie mam sobie bowiem nic do zarzucenia.

Ale po kolei.
Rzeczywiście nie zgadzam się na udział w żadnych przedsięwzięciach w których pojawia się małżeństwo, które stworzyło „potwora”, a więc stowarzyszenie i fundację straszące rodziców.
Nie opowiadam dziennikarzom o żadnych animozjach, bo nie rozmawiam o twórcach stowarzyszenia. Mówię jedynie, że z nimi nie chcę występować. Mam prawo do takiej decyzji i nie muszę się z niej tłumaczyć. Jeśli dla wydawców programów moja obecność jest większą wartością niż obecność kogoś z władz stowarzyszenia to bardzo mi przykro. Nie ja o tym decyduję. Może widzowie?


Nie jest prawdą, że znamy się tylko z telewizora. Raz niestety miałam nieprzyjemność słuchać pani E. Krzyczącej do mnie w słuchawkę telefonu. Ubliżającej mi – a dodam, że był rok chyba 2008 i nie miałam pojęcia kim jest ta osoba – słuchawkę mi podano  „bo ktoś chce z panią porozmawiać”.
Rzecz działa się po wyjściu ze studia TVN24 gdzie moim rozmówcą była sympatyczna osoba a rozmawiałyśmy o pierwszym chyba zamyśle rządu, by 6 latki trafiły do szkoły. Jeszcze przed reformowymi ustaleniami.
Drugie spotkanie miało miejsce, gdy z ramienia NGO uczestniczyłam w posiedzeniach Komisji Sejmowych w walce o ustawę o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Państwo E. także się tam pojawiali – jako przeciwnicy zmian – a teraz z uprzejmości a może z litości nie będę cytować, co wtedy mówili o projekcie Ustawy. Niestety zdania nie zmienili i to jest smutne. Zastanawiające, że państwo ci są zawsze przeciwnikami zmian.

Ja współpracuję i niezmiennie jestem po stronie dzieci a oni po stronie rodziców. Rodzicowi wg nich wolno wszystko i sama pani E. mówiła w TV: „Kary fizyczne są zawsze ostatecznością, ale z drugiej strony jeśli widzimy trzylatka, który wkłada palce do kontaktu to czasami lepiej zadziała klaps niż tłumaczenie… działania energii elektrycznej”. 

Tak mówiła będąc wtedy mamą 4 dzieci. Dziś jest dzieci więcej, więc rozumiem, że nerwy mogą puszczać częściej. Ale przypominam, że ustawa została uchwalona i w Polsce bić dzieci NIE WOLNO!
http://patrz.pl/filmy/janusz-korwin-mikke-o-karach-cielesnych-2009-09-02
Trzecie spotkanie miało miejsce w programie Tomasza Lisa. Do obejrzenia w sieci.
 

Współpracowałam z wieloma wydawnictwami, WSiP, Edukacja Polska i PWN. Wszystkie one wydawały i wydają podręczniki, także te dla nauczania zintegrowanego. Z pierwszego wykształcenia jestem nauczycielem ale wykładowcą akademickimi, z racji swoich wysokich kompetencji, byłam zapraszana do współpracy. Zupełnie nie rozumiem, jak ten fakt ( i zarabianie – co jak widać boli państwa E.) ma się do reformy oświaty? To jakaś spiskowa teoria. Nie pierwsza i nie ostatnia zresztą. Dodam może dla wyjaśnienie, że moje wykłady dotyczyły nie podręczników a budowania autorytetu czy współpracy z rodzicami ( do sprawdzenia – dla niedowiarków - na stronach wydawnictw). Mówiłam nauczycielom o ich zawodzie, dlaczego jest ważny i wspaniały.

Jeśli chodzi o „manipulowanie rodzicami” to państwo E. są niedoścignionym wzorem. Wmówić rodzicom, że „sześciolatek to jeszcze takie małe dziecko”, że nie poradzi sobie w szkole, że szkoły są siedliskiem zła, że są niegotowe, nauczyciele niekompetentni, - wystarczy poczytać sam „raport” - czyli de facto zbiór anonimowych donosów,  jak i wypowiedzi specjalistów o tymże. Wystarczy przypomnieć sobie prezentację „raportu" w Sejmie i natychmiastowe reakcje szkół. Wzbudzili lęk zarówno w rodzicach jak i dzieciach. Wywołali histerię i będzie się ona niestety mścić. Przez lata szkolnej kariery.

Stowarzyszenie straszy ogromną liczbą wypadków w szkole. Nie pisząc, że najwięcej jednak zdarza się ich w domu. Piszą o fatalnej infrastrukturze powołując się na raport NIK sprzed kilku lat, albo ten badający 32 szkoły na kilkanaście tysięcy wszystkich podstawówek. Posługując się dokumentami, które bardzo na wyrost nazwali raportami, spowodowali, że emocje - nawet jeśli są w jakimś stopniu zrozumiałe - wzięły górę.Nie jestem jedynym specjalistą, który uważa, że to rodzice a nie dzieci mają większy problem z decyzją o rozpoczęciu nauki w wieku lat 6. Wystarczy wygooglować.

W sprawie komercyjnej reklamy powiedziałam już chyba wszystko, są możliwości sięgnięcia do moich wpisów.
https://www.facebook.com/notes/dorota-zawadzka/177-rama/244895825590541

Ale dodam jeden argument, ze strony IMiD.
„Do ukończenia 3. roku życia w diecie dziecka powinno pojawiać się masło. Zawarty w nim cholesterol odgrywa kluczową rolę w rozwoju układu nerwowego. Masło jest świetnym dodatkiem do kanapek, nie nadaje się jednak do przygotowywania potraw w wysokich temperaturach. Nie powinno być wykorzystywane do smażenia, duszenia oraz pieczenia.

Kupując masło, zwracaj uwagę na ilość zawartego w produkcie tłuszczu mlecznego – powinien on stanowić minimum 82%. Tylko wtedy na opakowaniu może pojawić się nazwa „masło”. Od 3. roku życia zalecane jest stopniowe wprowadzanie margaryn wysokiej jakości.”

Nie nabawiłam się lęku przed rodzicami, Spotykam się z nimi regularnie, nieustannie w każdym tygodniu w całej Polsce. W szkołach, bibliotekach, klubach. Zdarza się nam rozmawiać o sześciolatkach i na szczęście jeszcze w realnym życiu ludzie potrafią dyskutować i słuchać rzeczowych argumentów. 


Powtarzam więc, nie boję się. Nie chcę także nigdy nikogo sobie podporządkować, chcę i staram się zawsze, by mój adwersarz zrozumiał moje argumenty, choć nie musi ich akceptować. To pewnie także różni mnie od państwa E.

PS Moi przeciwnicy, zarzucają mi, że mówię tak samo jak rząd. Wyjaśnię może, że o tym, iż dzieci mogą, a nawet powinny zaczynać edukację wcześniej niż w wieku 7 lat mówiłam zawsze.

Moi obydwaj synowie poszli więc do szkoły jako 6 latki. 
Wiele lat temu.







środa, 9 kwietnia 2014

Dla każdego coś fajnego




Droga Mamo, jak dobrze zadbać o prawidłowy rozwój fizyczny Twojego dziecka?
Najlepiej zapisać je na sportowe zajęcia. Takie ogólnorozwojowe, łączące sport i zabawę. Niech będą wesołe, trudnością dostosowane do wieku malucha. No i oczywiście przyjazne i profesjonalnie prowadzone.
Do pełni szczęścia brakuje, by wysłać dziecko na te zajęcia razem z tatusiem.
Dlaczego z tatusiem?
Mnie przychodzą do głowy dwa powody. Po pierwsze ważne, by każdy tata miał swój czas z dzieckiem. Nieważne czy jest ojcem syna czy córeczki, zabawy ruchowe przydadzą się obojgu. A zabawa z tatą pod czujnym okiem trenera ma same zalety.
Po drugie, jeśli reszta rodziny „wyjdzie z domu”, ty Mamo możesz mieć nareszcie cudowny czas dla siebie. Ale pamiętaj, nie na sprzątanie, pracowanie czy gotowanie. Na kąpiel w wannie, plotki z przyjaciółkami czy dobrą książkę. Czas dla siebie, absolutnie bezcenny, wolny czas, którego brakuje, gdy jest się mamą.

Nie myśl za dużo o tym czy tata i dziecko sobie poradzą bez Ciebie. Z pewnością uda im to świetnie.
Wybór zajęć ruchowych organizowanych dla rodziców z dziećmi  pozwala zbudować silną więź na wiele lat.  To szansa i wspaniała okazja na poznanie się wzajemne, zbudowanie zaufania i przede wszystkim wspólną dobrą zabawę.
Zajęcia tego typu wyeksponują indywidualne możliwości dziecka i wskażą drogę, jak je rozwijać i doskonalić.
Różnorodne aktywności łączące naukę i zabawę, rozwijają koordynację ruchową, w obrębie motoryki dużej i precyzji ruchów. Zabawy słowem, wykonywanie poleceń. Liczenie, śpiewanie, powtarzanie słów. Bardzo dużo aktywności angażujących dziecko i rodzica.
Zajęcia sportowe to także ćwiczenie integracji społecznej, nie tylko dla dziecka ale i dla towarzyszącego mu dorosłego. Rodzic ma szansę nauczyć się jak reagować na określone zachowania dziecka i jak radzić sobie z własnymi emocjami wobec zachowań dziecka.
Na zajęciach w trakcie zabawy odbywa się nauka samodzielności, współpracy, współdziałania. Brak jest – na szczęście – wzmacnianej czasem przez rodziców, niepotrzebnej dla tego wieku rywalizacji.
Nie chodzi mi o to, że tata może pójść, a mama niech lepiej zostanie w domu. Oczywiście wybór należy do rodziców, możecie chodzić na zmianę. Bywa tak, że z dzieckiem - szczególnie tym najmłodszym - na zajęciach są oboje rodzice. To także świetne rozwiązanie, bo wspólne dobre emocje – a takie budzi sport - to ważny element rodzinnej integracji .
Poza tym czasu dobrze i zdrowo spędzonego z najbliższymi nie da się przecenić.



* SOCATOTS  to program który najpełniej realizuje wskazane w artykule korzyści. Byłam na wielu zajęciach, rozmaiwałam zarówno z trenerami jak i rodzicami uczęszczajacyh na zajęcia maluchów. Polecam serdecznie.