sobota, 18 października 2014

Wstręciucho Ty




Wczoraj moja lodówka zmusiła mnie do pojechania na zakupy. W sklepie spożywczym  przez dłuższą chwilę przyglądałam się pewnej mamie, która próbowała uspokoić swoją rozkrzyczaną córkę. Mała miała około 5 lat.
„Uspokój się histeryczko jedna – wrzeszczała matka.  - Zamknij się, wstręciucho – niosło się po sklepie. – Za chwilę Ci przyłożę, tak, że popamiętasz na długo. –Zobaczysz zabiorę Ci wszystkie zabawki, gdy tylko wrócimy do domu. Nie mogę zakupów zrobić spokojnie, ludzie się NA CIEBIE gapią. Nie bądź złośliwa!”.
Dziecko krzyczało, że chce do tatusia, a matka kazała się jej zamknąć. „Masz być tu ze mną i nie dyskutuj. Bądź cicho”.
Dziecko jednak wrzeszczało i piszczało a matka razem z nim. Podeszłam, i cichutko i delikatnie (naprawdę) zaoferowałam swoją pomoc. Nie napiszę co usłyszałam, bo nie wypada. Kobieta wsadziła dziecko do wózka i wyszła. Pewnie nie opisywałabym tej historii, bo jest ich na pęczki, ale okazało się, że tatuś w tym czasie siedział przed sklepem czytając gazetę. Czekał. Nie rozumiem czemu więc dziecko musiało być z mamą?
Czy to ona bała się zostawić małą z tatusiem, czy on chciał mieć po prostu święty spokój. I dlaczego, gdy dziewczynka się rozpłakała, to mama jej nie powierzyła tacie?
O to nie zdążyłam zapytać...
Wiem, że rodzinną weekendową tradycją stało się od jakiegoś czasu, zwiedzanie centrów handlowych. Oczywiście niekoniecznie  w celu robienia zakupów. Właśnie nie dalej jak wczoraj widziałam setki dzieci w takim miejscu, to znaczy w przestrzeni sklepu, w „galerii”, na konkursach i zabawach. Mogę to zrozumieć, gdy zimno i leje, ale przy takiej pogodzie? Nie rozumiem.
Centrum handlowe, zwane szumnie „galerią” powinno być miejscem zakupów a nie spacerów i spędzania tam życia. A okazuje się, że wielu rodziców nie ma innego pomysłu. Centra handlowe to nie są miejsca dla dzieci, koniec i kropka. Ale może właśnie ta nazwa jest myląca. Nazwa „galeria” ma bowiem przewrotny charakter zabiegu marketingowego  i sugeruje miejsce ekskluzywne i wyjątkowe, przez analogię do galerii sztuki, którą się odwiedza i właśnie zwiedza.
Jeśli jednak już decydujemy się  na takie spędzanie czasu a dziecko zachowuje się niezgodnie z naszymi oczekiwaniami, to po pierwsze koniecznie trzeba sobie wybić sobie z głowy, że chce  nas ośmieszyć lub wprawić w zakłopotanie. Ono „walczy” o swoje. Często przyczyną „wybuchu” jest byt duża ilość bodźców zewnętrznych, ze szczególnym uwzględnieniem tych atrakcyjnych, całkiem nowe otoczenie i oczywiście zamieszanie związane z wyjściem z domu. Czasem jest to demonstracyjna niechęć do takiej formy rodzinnej „rozrywki”.
Inną z przyczyn złego zachowania może być po prostu chęć zwrócenia na siebie uwagi. Dziecko zdaje sobie sprawę, że łatwiej mu wywrzeć presję i osiągnąć cel, gdy zrobi „przedstawienie” w miejscu publicznym. Ale to także kwestia do „załatwienia” w domu. Jeśli dziecko wie, że nie musi walczyć o uwagę rodzica nie robi tego. Nawet w sklepie.
Nim zabierzemy więc dziecko poza dom, trzeba ustalić wszystkie obowiązujące zasady. Warto, porozmawiać o tym, gdzie i po co idziemy, i co będziemy robić. Wtedy dziecko łatwiej zaakceptuje zasady obowiązujące podczas wyjść. Najczęściej złe zachowanie spowodowane jest poczuciem utraty kontroli nad sytuacją. Nie traćmy jej więc i my.

Przewrotnie można oczywiście napisać, że dla postronnego obserwatora łatwiejsze do zniesienia jest wrzeszczące dziecko w galerii handlowej niż w muzeum czy galerii sztuki.