środa, 30 grudnia 2015

Smutny los sześciolatków....

Poniższy tekst powstał w dniu 10 marca 2011, niemal pięć lat temu. Pod tekstem epilog, napisany dzisiejszej nocy.

Pomysł MEN wysłania sześciolatków do szkoły wzbudza kontrowersje. Niektórzy mówią, że szkoły nie są przygotowane – wiele jest w złym stanie technicznym, klasy są przepełnione, nie ma podziału na strefy dla młodszych i starszych. Ten ostatni element powoduje, że pojawia się argument, iż maluchy mogą być narażone na agresję ze strony starszych dzieci. Niekiedy problemem jest słabe, niewystarczające wyposażenie klas lekcyjnych. Według MEN każda sala ma mieć dwie części: edukacyjną (wyposażoną w tablicę i stoliki) oraz rekreacyjną (przestrzeń do zabawy). Powinna być ona wyposażona w sprzęt audiowizualny, komputer, gry i zabawki, tematyczne kąciki zabaw, biblioteczkę. W sali powinny też być szafki, żeby dzieci mogły zostawiać część rzeczy. Po zajęciach opiekę na dzieckiem powinna przejąć świetlica i to taka podzielona na grupy, aby skupiały dzieci w tym samym wieku. Szkoły są różne. Niektóre są przygotowane, a niektóre nie. Jeżeli jakaś szkoła nie jest gotowa na przyjęcie 6-latka, to na przyjęcie 7-latka też raczej nie będzie.
W tym roku rodzice po raz ostatni mają wybór, czy posłać sześciolatka do szkoły, czy zostawić jeszcze na rok w przedszkolu. Z informacji jakie do mnie docierają wielu z nich nie wie jaką podjąć decyzję.


Rodzice boją się, że nieprzygotowani do pracy z sześciolatkami są nauczyciele. Moim zdaniem są gotowi, pewnie będą musieli nieco się przestawić na młodsze dzieci ale wiedzą jak to zrobić i jeśli nasze dziecko będzie posiadało „dojrzałość szkolną”, nauczyciel będzie gotowy tym bardziej.
Analiza danych europejskich wykazuje, że jesteśmy społeczeństwem, które najpóźniej wysyła dzieci do szkoły, a najwcześniej przechodzi na emeryturę.


Czy  wobec tego to możliwe, że nasze dzieci są „jakieś dziwne” i w odróżnieniu od europejskich NIE SĄ gotowe, by w ieku sześciu lat rozpocząć naukę w szkole?Pisałam już o sześciolatku jaki jest (jaki powinien być http://www.facebook.com/note.php?note_id=181350808572309), pisałam o dojrzałości szkolnej i jak można to sprawdzić na własną rękę (na co zwrócić uwagę http://www.facebook.com/note.php?note_id=181067261933997), mówiłam, że jeśli coś nas zaniepokoi, dobrze jest wybrać się do psychologa. Pisałam jak i co robić, by do czasu rozpoczęcia nauki szkolnej popracować z dzieckiem, by wyrównać jego szanse.


O czym NIE pisałam? O dojrzałości szkolnej rodziców.
Rodzice mają obawy „Moje dziecko sobie nie poradzi”, „nie umie tylu rzeczy”, „jest jeszcze takie malutkie”, „nie rozumie co się wokoło niego dzieje”....
Pytam, dlaczego nie jest samodzielne w wieku 6 lat? Dlaczego nie ma wiedzy, którą sześciolatek powinien mieć? Dlaczego boi się świata bez mamusi (lub babci)? Dlaczego nie jest pewne siebie, nie umie mówić i argumentować. Dlaczego nie potrafi tak wielu ważnych i potrzebnych rzeczy? Bo zawsze w pobliżu jest mamusia, która ubierze, nakarmi, wytrze pupę, dopilnuje, podpowie, zrobi coś za dziecko, powie jaką podjąć decyzje i nakaże coś lub czegoś zabroni.
Rodzice martwią się jak dziecko sobie poradzi w kontakcie z dziećmi o rok młodszymi lub o rok starszymi,  a jak sobie radzi w rodzinie? na podwórku? czy w domu z rodzeństwem? To przecież łatwo sprawdzić.


Jeśli potrafiliśmy zbudować w dziecku poczucie własnej wartości i umiejętność funkcjonowania w grupie, to i w klasie sobie ono poradzi. Jeśli jest samodzielne i samoobsługowe - to nie będzie miało problemów w szkolnych realiach. Jeśli umie wyrażać swoje potrzeby i emocje, także da sobie radę. Jeśli przez pierwsze kilka lat zainwestowaliśmy nasz czas i uwagę, to pewne dziecko da sobie świetnie radę. Zakładam, że większość rodziców to wszystko zrobiła. Jeśli jednak nie wszystko lub nie jesteście pewni efektów to jeszcze nic straconego. Macie czas do września proponuję więc zacząć odrabiać zaległości już od dziś a zdążycie na pewno.


Nasze obawy i lęki są więc nieuzasadnione, bardziej się boimy niż to warto. Czy to w ogóle ma sens, że traktujemy szkołę jakby była jakimś siedliskiem złych mocy, które tylko czekają by pochłonąć nasze niewinne i bezbronne maleństwa.


Dla mnie szkoła to możliwości. To radość zdobywania nowych umiejętności, nowe przyjaźnie, które niekiedy przetrwają długie lata. Szkoła to początek nowej przygody i również od nas rodziców zależy czy będzie to przygoda szczęśliwa czy nie za bardzo. Pamiętajcie przy tym, że nauczyciel w tej przygodzie odgrywa rolę przewodnika naszego dziecka. Nie traktujcie go więc jakby był naszym lub co gorsza naszego dziecka wrogiem. Nie jest też rywalem. Który podstępem skradł nagle nasz rodzicielski autorytet. My rodzice powinniśmy, tak jak dotychczas „robić swoje”. Dziecko nadal tak samo nas będzie potrzebowało pomimo, że będzie dla nas miało coraz mniej czasu. 
Pracujmy z dzieckiem. Bądźmy pełni optymizmu i wiary w naszą pociechę.



EPILOG
Wczoraj w nocy Sejm RP głosami PiS-u cofnął sześciolatki do przedszkoli, krótko mówiąc  zrobiono trzy w jednym; zniesiono obowiązek szkolny dla 6-latków oraz przedszkolny dla 5-latków, a także stworzono możliwość powtórzenia roku dzieciom, które rozpoczęły naukę w wieku sześciu lat w tym i ubiegłym roku. Cóż to konkretnie oznacza dla dzieci i ich rodziców? Zwolennicy zmiany twierdzą, że najważniejsze jest, że dano rodzicom wybór. Ale ten wybór był i poprzednio. Jeśli dorośli tego nie rozumieją, to smutna konstatacja. Wystarczyło przecież, zdjąć obowiązek diagnozowania dziecka w poradni. Jeśli rodzic mający wysokie kompetencje i wiedzę odziecku uznaje, że jego pociecha nadaje się w wieku lat sześciu idzie zgodnie z ustawą, jeśli nie, rodzic go zatrzymuje. I tyle. Nowa ustawa znosi jednak obowiązek szkolny sześciolatków. Do szkoły obowiązkowo pójdą więc siedmiolatki. Rok później niż większość dzieci w Europie. I znowu będziemy gonić. Ale najważniejsze, żeby rodzice byli zadowoleni. Nie jest do końca pewne czy sześciolatki nie będą już potrzebowały opinii z poradni, by iść do szkoły. Pewne jest natomiast, że na życzenie rodziców dzieci będą mogły powtarzać drugą klasę. Mam nadzieję, że niewielu rodzicom taki pomysł wpadnie do głowy. Liczę bardzo na rodzicielski zdrowy rozsądek. W miejsce obowiązku przedszkolnego dla pięciolatków wprowadzone zostaje ich prawo do wychowania przedszkolnego. Niby różnica niewielka, ale dla dzieci z terenów zagrożonych wykluczeniem to dramat. Dramat cywilizacyjny. Obowiązek powodował, że rodzice byli zobligowani do zorganizowania możliwości nauki. I to było dla dzieci bardzo ważne. Wiązało się z awansem zarówno społecznym jak i ze skokiem edukacyjnym. Dzieci trafiały do szkół, gdzie mogły się lepiej rozwijać i edukować. Teraz, jeśli rodzice uznają, że za zimno i za daleko, to cały rok te dzieci – z braku innych możliwości kontaktu z kulturą – spędzą przez tv, przy domowej pomocy rodzicom lub na nicnierobieniu. Taka jest bowiem rzeczywistość wielu tysięcy dzieci. Szkoły na terenach wiejskich stały się przez ostatnie lata niejako centrami kultury. Tam dzieci zdobywały wiedzę i rozwijały możliwości. Oczywiście tymi centrami nadal - mam nadzieję zostaną - jeśli nie zwolni sie nauczycieli, bo nie będzie w szkołach dzieci - ale nikt pięciolatków specjalnie tam dowozić popołudniami na zajęcie dowozić niestety nie będzie. Utrzymane zostało prawo do wychowania przedszkolnego dla czterolatków. Tu nie ma zmian i na szczęście. Cóż oznacza to prawo w praktyce?, ano to, że jeśli o to wystąpią rodzice, to samorząd musi je dziecku zapewnić. Ale w przedszkolach będą sześciolatki i już wiadomo, że zabraknie ok. 300 tysięcy miejsc dla 3 i 4 latków. W ustawie pozostawiony został zapis, zgodnie z którym dzieci trzyletnie prawo do wychowania przedszkolnego otrzymają od 1 września 2017 r. Nowelizacja przewiduje, że od nowego roku szkolnego dzieci sześcioletnie będą mogły pójść do I klasy pod warunkiem odbycia rocznego przygotowania przedszkolnego. Znaczy to tyle, że jeśli dziecko nie miało miejsca w przedszkolu jako pięciolatek- a może się tak zdarzyć -  to do szkoły pójdzie jako siedmiolatek. Czyli jeśli nawet będzie fantastycznie się rozwijać i będzie się "nadawało" wg rodzica do szkoły to i tak nici z tego, bo nie będzie miało za sobą zerówki.


Tyle w ramach "dobrej zmiany".

PS 1. "Aż 79 proc. rodziców, którzy posłali dzieci do pierwszej klasy w wieku sześć lat, zrobiliby to jeszcze raz. Oceniają, że przez rok ich dzieci zrobiły postępy w czytaniu i pisaniu, ale też stały się bardziej samodzielne i pewne siebie".

2. Aż 96 proc. rodziców, którzy wysłali sześcioletnie dzieci do pierwszej klasy,  jest zadowolonych z nauczycieli i sposobów nauczania – wynika z badania TUNSS.
3. http://www.instytutobywatelski.pl/21223/komentarze/szkola-gotowa-na-maluchy




poniedziałek, 21 grudnia 2015

Wspomnieniowo...

Zwolnijmy. Usiądźmy, posłuchajmy miłych dla ucha okołoświątecznych piosenek. Przytulmy się do bliskich. Uśmiechnijmy do obcych. Zanim przyjdą świąteczne dni, pomyślmy chwilkę nie o rzeczach a o ludziach. W świetle lampek choinkowych i tak nie widać kurzu czy plamy na podłodze. Naprawdę.

Ostatnio nieustannie czytam opinie różnych specjalistów, że nadchodzi ten „straszny czas rodzinny” czyli Święta. Wszyscy „nienawidzący się” będą musieli zasiąść przy wigilijnym stole i …
A jeszcze gorszy podobno jest czas przedświąteczny…
Czytam, że nie lubimy Świąt i męczymy się strasznie.
Nie wiem jak u Was, ale u mnie w domu i tym rodzinnym i teraz, siadają do stołu ludzie kochający się, lubiący spędzać ze sobą czas. Jesteśmy rodziną, patchworkową, ale rodziną - na nowo. 
Zbudowaliśmy nową jakość i nie zbudowaliśmy jej na złości i niechęci do poprzednich partnerów czy dawnego życia. Nie na gruzach a raczej na dobrych fundamentach doświadczenia.

My się kochamy a nasze dzieci lubią. Są dorośli, więc pojawiają się u nas w domu ich przyjaciele, dziewczyny i chłopaki. Zawsze jest wesoło. Jemy rozmawiamy, gramy, śmiejemy się. Rok temu próbowaliśmy nawet pośpiewać.
Nie bardzo wyszło, ale liczą się intencje.

W tym roku, ze względu na fakt, że będą to pierwsze Święta bez Mamy męża będzie inaczej. Krócej, smutniej, spokojniej.
Ale nadal będziemy razem. Nie obok siebie a właśnie razem.
Tak nas wychowano i tak wychowaliśmy nasze – dorosłe już – dzieci.

Każdy z nas musi pamiętać, że wychowanie to proces długotrwałego oddziaływania a nie jednorazowa reakcja na zachowanie dziecka. Trzeba nieustannie mieć świadomość, jakiego człowieka chcemy „wypuścić w świat”. W jakie kompetencje i umiejętności chcemy go wyposażyć? Także te społeczne. To codzienność i ale i odświętność. To pokazywanie jak można i jak się powinno. To nauka na całe życie.

Każdy rodzic powinien sobie zdawać sprawę z tego, że jego rzeczywiste działania, a nie deklaracje wpływają na zachowanie dziecka, bo dzieci robią to co my robimy, a nie to co im mówimy.
Przyglądają się nam i naśladują. 

Kiedy w okresie przedświątecznym szalejemy z zakupami, w amoku sprzątamy, warczymy na wszystko i wszystkich, złościmy się na siebie i żyjemy jak za karę, nasze dzieci nie będą umiały teraz - ale i kiedyś tam w ich dorosłym życiu - cieszyć się z bycia z nami, z bycia razem.

Mogę sobie wyobrazić, że nie jest łatwo, gdy nagle wszyscy domownicy jednocześnie są w domu. Tłok w łazience, walka o pilota, konieczność spędzenia wspólnie popołudnia albo co gorsze rozmowy. Czy umiemy rozmawiać? Tak po prostu rozmawiać?

Zwolnijmy. Usiądźmy, posłuchajmy miłych dla ucha okołoświątecznych piosenek. Przytulmy się do bliskich. Uśmiechnijmy do obcych.

Zanim przyjdą świąteczne dni, pomyślmy chwilkę nie o rzeczach a o ludziach. 

W świetle lampek choinkowych i tak nie widać kurzu czy plamy na podłodze. Naprawdę.

Pewne zasady należy stosować codziennie, ale w okresie przedświątecznym może szczególnie trzeba o nich pamiętać.

Oto one:
- spędzajmy dużo czasu ze swoimi dziećmi – najlepiej każdego dnia
- bądźmy optymistami – wszystko się uda jeśli będziemy myśleć pozytywnie
- chwalmy swoje dzieci za włożony w pracę trud, a nie tylko za końcowy wynik
- starajmy się być wyrozumiali i cierpliwi, szczególnie teraz
- bądźmy konsekwentni i sprawiedliwi - zawsze
- rozwiązujmy domowe konflikty, tak szybko jak się da, z uśmiechem
- znajdźmy także czas dla siebie i partnera/partnerki
- pamiętajmy, że każdy ma prawo do popełnienia błędów i dorośli i dzieci
- nie zapominajmy o poczuciu humoru i celu swoich oddziaływać wychowawczych.
Niezbyt skomplikowane, prawda?

Wspólnie ubierzcie choinkę i popatrzcie z dumą na swoje dzieło… na pewno jest piękna.
Nasza jest !


Cudownych Świąt wszystkim. 
Pięknego czasu w rodzinnym gronie. Radości z każdego możliwego powodu. Wypoczynku. 
Miłości. Pięknych prezentów.
I oczywiście smacznego.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Cztery pory życia

Tekst powstał trzy lata temu....
Bardzo go lubię...
Zapraszam ...


Dzień urodzin. Dzień wyjątkowy.
Każde kolejne takie święto może być powodem do radości albo do smutku. Zależy od podejścia.

Od zawsze chciałam być „panią koło pięćdziesiątki” a może nawet lepiej „panią po pięćdziesiątce” i dziś właśnie tę pięćdziesiątkę osiągnęłam.
Jestem szczęśliwą kobietą. Jestem zdrowa, czyli jak mawia mój ponad osiemdziesięcioletni tata - „w normie wiekowej”. Wychowałam dwóch wspaniałych synów, są moimi przyjaciółmi. Mam cudownego męża i pracę, którą kocham. Wokół mnie są dobrzy ludzie. 

Ale w sumie nie o sobie chciałam dziś pisać i nie do końca o swoim życiu. 
Będzie raczej o przemijaniu i o tym jak ja to postrzegam. 
Pięćdziesiątka to pewna granica. Czas na kolejne obejrzenie się wstecz. Co tam widać? Jak mijały te wszystkie lata i co najważniejsze – kiedy?

Ile dni swoich urodzin pamiętam? Ile szczególnych dat utkwiło mi w pamięci przez te lata? Niewiele. Nigdy nie pisałam pamiętnika – przynajmniej nie regularnie. Zdjęcia w albumach skrzętnie podpisane - dokumentują moje życie, ale nie zawsze pamiętam co czułam i co „oddaje” zatrzymany w kadrze czas. To smutne, choć na fotografii uśmiechnięte twarze.

Zwykle nie roztrząsam, co by było, gdyby. Nie, to nie ja. Ja zamykam za sobą drzwi. Niejako palę mosty. Żyję do przodu, ale czasem nachodzi mnie refleksja, „na co to i po co to”?
I dziś jest właśnie taki wieczór.
Dzielę swoje życie tak jak się dzieli rok, na pory.

Wiosna. 
To czas od urodzenia do 25 roku życia. Człowiek rośnie, rozwija się, uczy. Odnosi pierwsze sukcesy i ma pierwsze niepowodzenia. Szkoły, uczelnia, pierwsza miłość, druga, ślub, dziecko, pierwsza praca. Rodzina. Pierwsze trudności i pierwsze radości, Wszystko jest po raz pierwszy. To właśnie uroki wiosny. Odkrywanie siebie i świata. Doświadczenie i piękne i bolesne. Wieczna nauka.

Potem przychodzi lato. 
Czas wytężonej pracy na każdym polu. Dom, praca, praca, dom. Czas przyspiesza. Życie w biegu i w niepokoju o jutro. Cudowne sukcesy. „Obcinanie kuponów” od wykształcenia. Przyglądanie się wszystkiemu z większym dystansem. Satysfakcja i radość z życia. Niespodziewane poważne kłopoty, kolejne rozczarowania i klęski. Utrata zaufania i odbudowa siebie. Rozwód. Nowe życie. Podróże i spełnianie kolejnych marzeń. To wszystko mieści się w mojej drugiej ćwiartce życia. 

Nagle „pięćdziesiątka” i wreszcie jesień.
Początkowo pewnie będzie szaleństwo i radość, że jeszcze się jest potrzebnym, że się udaje. Dzięki zdrowiu - sukces i szczęście i wymarzony błogostan. To będzie kolejny wspaniały czas. Zwiększy się jeszcze dystans do siebie i do świata. Radość z obserwowania dorosłych dzieci i tego jak sobie radzą w swojej wiośnie, będzie motorem życia. Spacery, kawa i nadal – oby - ukochana praca. I byle dotrwać w zdrowiu do końca tej jesieni czyli do 75 urodzin.

A potem przychodzi zima. Mimo wszystko można będzie nadal cieszyć się każdym dniem, zdrowiem i wnukami, nieustannie uśmiechać się do ludzi i nie pozwalać sobie, by umysł zapominał to, czego się nauczył wiosną. 
Chciałabym z radością budzić się rano i z uśmiechem chodzić spać.
Chciałabym nadal żyć, tańczyć i śpiewać. Może jeszcze malować pejzaże i uśmiechać się, bo wtedy podobno zmarszczki pięknie się układają.

Chcę wierzyć, że gdy nadejdzie kres to będę na niego gotowa, bo spokojna i spełniona.
Ale to jeszcze daleka droga.

sobota, 28 listopada 2015

Rodzina na odległość....

Poznali się, zaplanowali swoje życie, kochali się bardzo, potem zaczęły się kłopoty, konflikt z teściami i nie dało się z nimi mieszkać, potem zabrakło pracy a potem… Potem postanowili, że wyjedzie na chwilkę, do pracy, że zarobi i spełni  ICH marzenia. O domu, o dobrach. Ona nie mogła, bo szkoła, bo mama, bo da radę.
Pojechał. Dzwonił, pisał sms, używał skypa, pojawiał się raz na kilka miesięcy i kochał ją bardzo. Z tego kochania wzięła się Martynka. Ciążę przechodziła sama. Miała żal, że ją z tym wszystkim zostawił całkiem samą.  Wrócił po 4 miesiącach, ale były już nowe obowiązki z którymi czasami nie mogli sobie dać rady. Nowe kłótnie, spory, wyliczanie wolnego czasu. Nie mieli czasu dla siebie, tylko dziecko. Potem po 3 tygodniach on wyjechał znowu  na kolejnych 5 miesięcy. Mała rosła, były choroby, szczepienia, kolki, ząbkowanie. A ona ciągle sama z tym wszystkim. Płacz po nocach to była normalka i dziecka i jej. Płakała z bezradności i bezsilności. Wiedziała,  że to nie jego wina, że tak  wybrali. Wiedziała w co się pakuje, ale nie wiedziała, że będzie tak ciężko. Znowu przyjechał i znowu kochali się bardzo i urodziła się Julia. Potem znowu wyjechał.  Nie było go. Przysyłał pieniądze i owszem. Ona skrupulatnie odkładała, trochę wydawała, ale bez szaleństw, niewiele na siebie, większość na dzieci, przecież to marzenia się mają spełnić. W końcu po 4 latach wrócił. Nie znał jej już, bo była inna, nie znał dzieci, nie starczyło na dom, nie był szczęśliwy. Nie byli szczęśliwi.

Ale spróbowali raz jeszcze i znowu ciąża. Obiecał, że już nigdy nie pojedzie. Ale pojechał. Bo skończyły się pieniądze. Bo tu nie umiał z tą kobietą, z tymi dziećmi, z tymi problemami.
Nie, nie miał tam nikogo, przynajmniej tak jej opowiadał. Ale gdy przyjeżdżał to już się nie kochali. Może to i lepiej… Ale teraz ona ma poczucie zmarnowanego życia. Swojego życia. Rodzinnego. Nic nie umie, jest nikim, Jest samotna choć nie sama. Będą próbować znowu złożyć z tych puzzli rodzinę… ale nie wiedzą czy jeszcze się uda.
*****
Jak wyglądać może, i często wygląda sytuacja samotnych matek, które mimo związku i dzieci zdecydowały się na życie w rozłące. Jak wpływa takie życie na nią, na dziecko, na rodzinę i na partnera?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Sytuacje bywają różne. Znam przypadki w których ogromnym wysiłkiem „jakoś” się udaje. Zawsze jest to jednak ogromny koszt emocjonalny i niewyobrażalny nakład pracy.
Ojcowie pracujący za granicą bardzo rzadko mają szansę  być tymi na których dzieci mogą liczyć w każdej sytuacji. Po prostu nie ma ich fizycznie. To matka staje się jedynym wsparciem.

W pewnym sensie tacy „wyjechani” na długo ojcowie są wolni od obowiązków rodzinnych. W domu zaledwie bywają, są bardziej gośćmi niż domownikami. Taki ojciec wypada z obiegu codzienności. Gdy ma pojawić się w domu wszystko nagle staje na głowie. Inaczej trzeba się zachowywać, jeść, bawić a nawet mówić. Dom zmienia swoje zasady specjalnie na przyjazd taty, ale to rzadko działa na dłuższą metę. Bo znowu wyjeżdża i wszystko wraca do normy.
Często ojciec nie ma świadomości jak wygląda prawdziwe, domowe życie. Uznaje te „niecodzienne” zachowania za normę. Bo przecież skąd ma wiedzieć, że tak nie jest?
Niestety okazuje się, że dorosłe dzieci, wychowywane w takich domach wspominają swoje dzieciństwo, jako tęsknotę i  ciągły brak ojca.
Wszyscy za sobą tęsknią. Nikt nie jest w pełni szczęśliwy. Słychać o niedostatku dobrych emocji. Dwójce dorosłych ludzi - rodzicom - często brakuje ciepła, wsparcia, czasem zrozumienia, czułości czy wręcz miłości. Brakuje seksu.
Kobiety skarżą się, że nie ma partnera w najcięższych i w najszczęśliwszych chwilach życia. Często opisują, że straciły więź emocjonalną. Że nauczyły się żyć same i świetnie sobie radzą. Często mówią, że boją się powrotu męża. Bo wszystko będzie musiało się zmienić.
Zawsze oczywiście jest "coś za coś". Jest też nadzieja, że wszystko da się nadrobić jak mąż przyjedzie na urlop, na chwilę, gdy wróci. Ale te długie miesiące (dni i noce) bez siebie, niestety z perspektywy czasu są czasem straconym i nigdy się ich nie nadrobi.
Bardzo często kobiety wspominają, że mąż obiecał, że wyjadą razem, że mężczyzna zabierze  żonę i dzieci ze sobą ale często to nie wychodzi. Czasem kobiety czują, że „jakby chciał tak naprawdę nas tam ściągnąć to by szło to załatwić”.
I żyją dalej same i zmagają się z codziennością i samotnością.


Tekst nie jest nowy, powstał  3 lata temu... Dziś wpadł mi w ręce...
Zapraszam...

niedziela, 22 listopada 2015

Moje dziecko cz. 3- nowa książka dla rodziców nastolatków

 Kiedy spotykam się z rodzicami dzieci, które skończyły szkołę podstawową, bardzo wyraźnie widzę, że wielu z nich ma kłopot z zaakceptowaniem faktu, że ich dziecko przestało być „dzieckiem”; wielu nie jest gotowych na bycie rodzicem nastolatka. Chociaż w żadnych poważnych podręcznikach (a także w prawodawstwie) nie ma definicji, kim ten nastolatek jest, bo mówimy o dziecku w wieku od 0 do 18 lat, to jednak dziecko, które ma „naście” lat w szczególny sposób się wyróżnia.

 Zauważyłam dwie grupy rodziców. Pierwsi chcą, by ich dzieci szybko dojrzały, by stały się samodzielne. Myślą, że skoro są nastolatkami, mogą już podejmować decyzje i wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Że już sobie same poradzą. A przecież te dzieci właśnie wchodzą w najtrudniejszy okres, w którym wszystko przewraca się do góry nogami – zaczynając od ich biologii, psychiki, a na świecie zewnętrznym kończąc.   Druga grupa rodziców utrzymuje takie prawie dorosłe dzieci w przekonaniu, że wciąż są niezaradne i potrzebują nieustannej opieki. Matki gotują obiadek, podstawiają pod nos i pytają, czy na pewno smakowało; mówią do nastolatka zdrobniałym językiem, decydują, co ma na siebie założyć. Znam nastolatków, którzy nigdy nie podjęli decyzji, czy kurtka jest fajna czy nie, bo zawsze kupowała mamusia. Znam 16-letnie dziewczyny, które sypiają z matkami, ponieważ boją się same spać. Jest mnóstwo nastolatków ubezwłasnowolnionych przez rodziców, ci młodzi  nie mają własnych pieniędzy, nie mają możliwości podejmowania samodzielnych decyzji.  
 
 Trzeba wiedzieć, co znaczy być rodzicem nastolatka, by go za wcześnie nie wypuścić w świat: „Masz już 11 lat, więc radź sobie sam!”, a z drugiej strony – by go za długo przy sobie nie przetrzymywać. Potrzebny jest złoty środek. A żeby go znaleźć, musimy mieć wiedzę o tym, jak zmienia się nasze dziecko i dlaczego. Na co mamy duży wpływ, a na co mały, co musimy przeczekać z pokorą, a gdzie musimy walczyć. Musimy wiedzieć, co dla młodych ludzi w tym wieku jest najważniejsze. I nieprawdą jest, że przestają być dla nich ważni rodzice. /.../

To nie jest tak, że ci inni są źli. Rodzic mówi: „Moje dziecko przeklina!”. To pomyśl, gdzie mogło się tego nauczyć. „Moje dziecko jest agresywne!”. A czy nie krzyczałaś na niego od momentu, gdy się urodziło? „Moje dziecko jest jakieś dziwne!”. To może popatrz na siebie. Bandura w latach 70-tych mówił, że dzieci uczą się przez naśladowanie. To my rodzice jesteśmy dla nich wzorem, i co oczywiste - będą do nas podobne. Tylko jeżeli pewnych cech w sobie nie akceptujemy, to nie będziemy ich akceptować w dziecku.

  Bycie rodzicem nastolatka to wielka odpowiedzialność. Nasza praca musi być w tym czasie zdwojona, tymczasem większość rodziców uważa, że skoro dziecko ma „naście” lat, jest już dorosłe i wychowane, a więc może spokojnie „odpuścić”. Niestety, dopiero wtedy „zaczynają się schody”. Niezależnie od tego, co robiliśmy wcześniej. Bo nawet, jeśli byliśmy fantastycznym rodzicem i dziecko w tych pierwszych fazach rozwoju było przez nas świetnie prowadzone, to wejście w okres nastoletni może się wiązać z różnymi „zgrzytami”. Warto więc co nieco na ten temat wiedzieć. /.../
  
  Chciałabym więc, abyście z tej książki dowiedzieli się, jak nauczyć swoje dziecko bycia dorosłym. Co mu powiedzieć, jak się zachować, co powinno nas zaniepokoić, a co jest jak najbardziej naturalne i wystarczy tylko spokojnie na to popatrzeć.

  Ostatnio pewna nastolatka powiedziała mi: „Rodzice słuchają dzieci, ale ich nie słyszą! Patrzą na dzieci, ale ich nie widzą!”. Powinniśmy to zmienić! Kiedy czytam prasę, oglądam media, to widzę, czytam, że młodzież jest zła. Owszem, młodzież ma masę problemów, ale to nie są złe dzieci. To nie oni nas zawiedli, tylko my ich.



poniedziałek, 16 listopada 2015

Czy teraz już będzie wojna?

Dwa dni temu, światem wstrząsnęły wydarzenia z Paryża. Terroryści dokonali jednocześnie w kilku miejscach okrutnych zamachów.  Zginęło wielu ludzi.  W piątkowy wieczór Paryż stał się miastem strachu i bólu.
Świadkami tych wydarzeń – pośrednio - były nasze dzieci, teraz zadają pytania, na które, musimy im udzielić odpowiedzi.
We wszystkich mediach, przez wszystkie przypadki odmieniano słowo terrorysta, śmierć, krew, strach, zamach. Dorośli przyklejeni do telewizorów byli w szoku. Nie mogliśmy uwierzyć w to co widzimy, nadal nie potrafimy w pełni zrozumieć co się dzieje. Nasze dzieci także widziały serwisy wiadomości, oglądały pierwsze strony gazet a potem zajrzały do Internetu… Zobaczyły okrucieństwo jednych, rozpacz innych, poczuły naszą, dorosłą złość i oburzenie.

Nasze dzieci nie zawsze rozumieją co widzą, ale nie znaczy to, że nie odczuwają lęku. Powiem więcej, dlatego że nie rozumieją sytuacji, ich poczucie zagrożenia jest większe niż nasze. Naszą rolą jest niedopuszczenie, by okrutne wydarzenia relacjonowane przez media odbiły się negatywnie na dziecięcej psychice. Oczywiście nie uchronimy dzieci przed całym złem tego świata, ale możemy pomóc im odnaleźć zagrożone poczucie bezpieczeństwa.

Od czasu do czasu światem, a co za tym idzie mediami, wstrząsają takie wieści.
Tragiczne historie podawane w wiadomościach takie jak strzelanina w szkole czy w miejscach publicznych, porwania, zamachy terrorystyczne czy okrucieństwo wojenne, są straszne dla nas i - o czym należy pamiętać - są straszne dla naszych dzieci. Tych mniejszych i tych większych.

Oglądane w tv treści mogą być dla dzieci ekstremalnie szokujące. Dzieje się to wtedy , gdy dziecko jest nagle skonfrontowane z obrazami zabitych lub poranionych ludzi.
Dzieci przekonują się wtedy naocznie, że są na świecie ludzie, którzy robią okropne, straszne rzeczy innym ludziom. Zabijają niewinnych, niszczą to co dla nas najcenniejsze.

Rodzice mogą i powinni pomóc swoim dzieciom  zrozumieć co si wydarzyło w świecie lub bliskiej okolicy, bez potęgowania stresu, który może być niszczący dla psychiki małych i młodych ludzi.

To, w jaki  sposób do dzieci docierają informacje o strasznych, okrutnych wydarzeniach  może mieć ogromny wpływ na to, jak są w stanie te informacje przyswoić i przetworzyć. Trzeba więc zadbać, by ten sposób był jak najmniej bolesny i szokujący.

Dziś odbyłam kilka rozmów z uczniami szkół podstawowych. Tematem spotkań nie były tragiczne wydarzenia z Paryża, ale pytania dzieci w zasadzie tylko ich dotyczyły. Okazało się, że wielu z nich słyszało, widziało ale nikt w domu z nimi o tym nie rozmawiał. Nic im nie wyjaśnił, a oni chcą wiedzieć. Chcą zrozumieć. Nie chcą się bać.

Postaram się podpowiedzieć Wam, jak pomóc sobie i dziecku przejść przez ten smutny i straszny czas. Jak rozmawiać i wyjaśniać. Co zrobić, by zminimalizować lęk lub go nie potęgować.

Ważną rzeczą o której zawsze powinniśmy pamiętać jest to, by przy udzielaniu informacji, które mogą spowodować lęk i stres, obniżyć ilość lub, w miarę możliwości zrezygnować, z bodźców wizualnych na rzecz bodźców słuchowych. Czyli słuchaj a nie oglądaj. Bez obrazu siła rażenia jest zdecydowanie mniejsza.
Starajcie się przy tym używać słów, które nie niosą ze sobą ładunku emocjonalnego. Nie jest to łatwe, w sytuacji relacjonowania tragicznych wydarzeń, ale… trzeba, bo warto,  się postarać.

Oto kilka – mam nadzieję pomocnych - sposobów na to, by pomóc dzieciom zrozumieć straszne wydarzenia bez powodowania zbyt dużego stresu. Bo można go jedynie zminimalizować, nie da się go usunąć.

Wyłączcie telewizor, pozwoli to zmniejszyć kontakt z drastycznymi obrazami i emocjonalnymi, relacjami korespondentów czy naocznych świadków.
Mózg dzieci nie jest w stanie poradzić sobie ze strasznymi informacjami. Ich zasób słownictwa nie pozwala na dobre zrozumienie tego co się dzieje. Małe dzieci nie rozumieją na tyle dużo, by właściwie ocenić związki przyczynowo-skutkowe. Boją się, że to zło dzieje się bardzo blisko, w ich bezpośrednim otoczeniu. Wiele dzieci uważa, że wydarzenia o których słyszą w mediach zagrażają bezpośrednio im samym. Tu i teraz.
Dzieciaki nie rozumieją także, że informacja wielokrotnie powtarzana przez media jest tą samą a nie wciąż nową. Jeśli news z okrutnym obrazem jest nieustannie pokazywany, to małym dzieciom, wydaje się, że to okrucieństwo trwa i trwa, że to ciągle nowe, kolejne akty terroru, a straszne rzeczy dzieją się niejako jedna po drugiej. To okropnie lękotwórcza sytuacja.
Zrozumiałe jest, że my sami chcemy dowiedzieć się więcej o pokazywanych wydarzeniach, lepiej jednak wówczas skorzystać z Internetu lub zaczekać aż dzieci nie będzie w pobliżu. Szukając kolejnych newsów, warto jednak pamiętać  o tym, że sami także jesteśmy narażeni na fatalne skutki kontaktu z okrutnymi obrazami. Zadbajmy o siebie i starajmy się nie dać się zahipnotyzować i nie oglądać tych samych obrazów zbyt często i długotrwale.  
Sama mam pod powiekami wydarzenia z 11 września, tyle razy je wtedy oglądałam. A co zobaczone, nie da się odzobaczyć.
Co jednak robić, jeśli zdarzy się, że małe dziecko jednak obejrzy lub usłyszy wiadomości dotyczące jakichś tragicznych?  Nigdy nie wolno dziecka zostawić z informacją bez komentarza.
Zawsze trzeba mówić prawdę, ale nie trzeba straszyć. Lepiej jest powiedzieć, że: „dziś stało się coś bardzo tragicznego i ludzie są wzburzeni i przestraszeni, bo inni ludzie zginęli.” Niż - starając się ochronić dziecko - że „nic takiego się nie stało”. Bo stało się. I dziecko to czuje, bo dziecko widzi i słyszy.
Jeśli chodzi o nastolatki, to proponowałabym nadal unikać telewizyjnych serwisów newsowych, by uniknąć zalewania ich młodych umysłów tragicznymi obrazami, co może prowadzić niejako do  "wypalenia i wdrukowania" tych obrazów.
Zamiast tego proponuję z rodzicielskim wyczuciem przedstawić tę wiadomość, w sposób tak neutralny jak tylko jesteśmy w stanie to zrobić. Choćby tak, jakbyśmy czytali instrukcję obsługi pralki. Wiem, że może to być trudne, ale należy starać się nie dopuścić do sytuacji, gdy nastolatki zaczynają spekulować na temat wydarzeń, oceniać je lub szkalująco traktować uczestników zajść.
  
Bądźcie spokojnym, racjonalnym wzorem postepowania.
Dziecko nieustannie nas obserwuje i widzi jak my sami radzimy sobie z różnymi sprawami. Widzi i słyszy, ale rozumie nasze zachowania i reakcje po swojemu.
Zanim rozpoczniemy rozmowę z dzieckiem, trzeba użyć wszystkich możliwych sposobów, aby samemu się uspokoić. W obecności dziecka trzeba mówić o zaistniałych wydarzeniach tak zdawkowo, jak to tylko możliwe.
Informacje i obrazy, w szczególności te, które dotyczą krzywdy wyrządzonej dzieciom lub rówieśnikom naszych dzieci, powodują u większości rodziców złość i wściekłość . To naturalny mechanizm.
Usprawiedliwione więc jest, że czujemy smutek, niekiedy wściekłość, czasem płaczemy. Nie wolno nam jednak dopuścić do sytuacji, by emocje wymknęły nam się spod kontroli. Jeśli jednak tak się stanie, powiedzmy bez wstydu i zażenowania co czujemy i dlaczego. Wyjaśnijmy nasze odczucia.

Pomóżcie dziecku zachować spokój i zadbajcie o poczucie bezpieczeństwa.  
Dla dzieci, które dowiedziały się o okrutnych wydarzeniach, rodzice mają być głosem rozsądku. Trzeba przypomnieć i upewnić dziecko, że żyjemy w bezpiecznym kraju. Warto porozmawiać o środkach, narzędziach oraz instytucjach, które są wokoło, by zapewnić spokój. Jeśli akt terroru zdarzył się blisko to pokażmy, że to tylko pojedyncze zdarzenie a nie trwała sytuacja wojny.
Prawdą  jest, że wszelkie okrutne, tragiczne wydarzenia zajmują bardzo dużo miejsca w mediach, ale warto uświadomić dzieciom, że tak naprawdę zdarzają się dość rzadko.
W takiej chwili to także dobry moment, by porozmawiać o rodzinnym planie bezpieczeństwa na wypadek sytuacji trudnej lub kryzysu. Dobrze jest ustalić, co byśmy wszyscy zrobili, jeśli na przykład zabrakłoby prądu albo nie byłoby łączności. Gdzie byśmy się spotkali. Na kogo innego poza rodzicami, dziecko może liczyć w przypadku sytuacji kryzysowej.
To dobry moment, by uzupełnić zapasy świec i baterii, obejrzeć plan miasta i przypomnieć adresy do bliskich i sprawdzić numery telefonów do rodziny w kalendarzach ale i w komórkach a najlepiej w pamięci.
Starajmy się, trudnym czasie dawać dzieciom poczucie biskości i ciepła. Bądźmy blisko. Przytulajmy się, to sprawi, że zarówno dzieci jak i my, poczujemy się lepiej.
Jeśli dziecko słyszało lub widziało więcej niż może zrozumieć i ma z tego powodu koszmary lub stało się lękliwe, nadwrażliwe, przesadnie ostrożne, to warto jak najszybciej poszukać pomocy u psychologa. Niezależnie od wieku dziecka.

Zapytajcie dziecko czy ma pytania. Wysłuchajcie i spokojnie odpowiedzcie na każde z nich.
Jeśli musimy powiedzieć dzieciom o zdarzeniach wyjątkowo drastycznych i trudnych, używajmy - tak jak pisałam wcześniej - w miarę neutralnego języka, a następnie spytajmy czy dziecko ma jakieś pytania. Bądźmy cierpliwi i wyrozumiali.
Pozwólmy dziecku naprowadzić nas na to co chce usłyszeć. Często nie wiemy co dokładnie dziecko usłyszało, np. w szkole od rówieśników czy przeczytało w sieci. Dlatego powinniśmy umożliwić mu opowiedzenie co słyszało a potem zadanie pytań.  Zapewne pytania będą trudne, być może szczegółowe a może i naiwne. Każde jednak będzie ważne i z powagą należy udzielić odpowiedzi. To bardzo dobry sposób, aby dziecko lepiej zrozumiało co się rzeczywiście wydarzyło.
Inne będą pytania małych dzieci a inne pytania nastolatków. Rozmowa z nastolatkiem musi być poważna i merytoryczna, tak bardzo jak tylko się da. Wszak to my - w dużej mierze - budujemy ich obraz świata.

Postarajcie się nie oceniać, unikajcie wysokich kwantyfikatorów, stereotypizacji. 
Lepiej powiedzieć mniej niż za dużo. Lepiej powiedzieć mniej niż źle. Pamiętajcie, że jesteście autorytetami dla waszych dzieci i będą powtarzać innym to, co usłyszały od was.

Na zakończenie pewna "sztuczka", która zadziałała na mnie, gdy będąc małą dziewczynką widziałam straszne rzeczy w telewizyjnych wiadomościach. Moja Mama mówiła wtedy: - „Zawsze na filmach ze strasznych wydarzeń znajduj ludzi, którzy spieszą z pomocą. Wypatrz ich na ekranie i patrz tylko na nich, na tych którzy pomagają.”.
Do dziś, szczególnie w sytuacjach strasznych wydarzeń, przypominam sobie słowa mojej Mamy.

I to zawsze pomaga i działa na mnie budująco, gdy patrzę jak wiele osób spieszy z pomocą troszcząc się o innych.
Zawsze też staram się też być taką osobą. Pomagającą. Tak jak umiem i mogę.