poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Nikt mnie nie zmusi

Maciek ma 11 lat. Ojciec opuścił jego mamę, gdy syn miał niecałe 6 lat. Chłopiec niewiele pamięta, poza tym, że nagle nie było kumpla do zabaw autkami w niedzielne popołudnie. I nie było komu skończyć nauki jeżdżenia na rowerze.
Tata uznał, że mama go zdradziła, spakował swoje rzeczy i po prostu wyszedł. W domu mówiło się o nim szeptem lub nie mówiło wcale. Mama płakała i cierpiała a Maciek to widział. Zawsze dobrze opowiadała chłopcu o tacie, że źle coś zrozumiał, że na pewno Maćka kocha i niedługo wróci. Szukała kontaktu i czasem rozmawiała z nim przez telefon prosząc, by spotkał się z synem. Bo przecież Maciek taki wspaniały. Nic z tych rozmów nie wynikało, poza tym, że chłopiec raz podsłuchał, że na pewno jest jego synem. No pewnie że jest. Ma po nim nos.
Chłopiec długo czekał. Aż w końcu przestał.
Ojciec zjawił się po kilku latach i raz czy dwa Maciek go widział, raz przez bramę szkoły, a drugi raz po drugiej stronie ulicy.
Ostatnio czytał w jakiejś gazecie a potem w Internecie, że mama zabraniała mu widywać się z ojcem. Nie, nigdy zabraniała. To ojciec nic nie robił, kiedy Maciek chciał i tęsknił, a teraz już nie chce i nie tęskni.
Maciek nie chce znać ani widzieć ojca, ani o nim ani z nim rozmawiać.
Podobno ojciec chce teraz. I co? Czyje prawo jest ważniejsze? Dziecka czy dorosłego?
Podobno ojciec o niego walczy. Ale po co? Pisze wszędzie, że sąd taki stronniczy a mama niedobra.
Ale mama nie zostawiła go i nie odeszła, mama jest. I znowu płacze.
Dlatego nikt i nic nie zmusi go do spotkania się z tym obcym człowiekiem. Nikt i nic. Nigdy. Zna swoje prawa.

Viktoria i Nikola chodzą do szkoły. Tata zniknął nagle dwa lata temu. Podobno odszedł do innej kobiety. Mama opowiadała o nim straszne rzeczy, dziewczynki tęskniły i płakały i zawsze mówiły, że to nieprawda, że tata jest zły.
Tata na pewno wróci, bo przecież je kocha. Mama i babcia powtarzały, że nie kocha, bo jakby kochał, to by siedział w domu, a nie „szlajał się z jakąś lafiryndą”. Dziewczynki nie wiedzą kto to lafirynda. Ale chyba nikt fajny, bo mama mówi to samo, o sąsiadce, której nie lubi.
Tata próbował dzwonić, ale mama pozabierała im telefony i zmieniła domowy numer.
Tata przychodzi i zostawia na wycieraczce prezenty. Mama ich dziewczynkom nie daje tylko wyrzuca do kosza. I zawsze mówi, żeby się tata tym zadławił. Dziewczynki nie rozumieją czemu tata ma się zadławić tymi rzeczami. Ale mama wtedy jest taka zła, że lepiej nic nie mówić.
Niedawno pani psycholog rozmawiała z dziewczynkami i pytała czy tęsknią za tatą. Nie, nie tęsknią. Już nie pamiętają jaki tata jest. Bo już dawno się nie widzieli, bo mama nie pozwala. Ale na pytanie czy chciałyby spotkać tatę, zgodnie odpowiadają , że tak. Że mogłoby być miło. I cieszą się z tego, że sąd nakazał.
Mama złorzeczy strasznie na wyrok sądu, że trzeba się widywać, bo przecież ona nie chce, by dziewczynki chciały. Ich prawo. Niech nie chcą. Tata to łobuz.
Dziewczynek mama nie pyta o zdanie.

Zarówno Maciek jak i Viktoria i Nikola są dziećmi jakich tysiące w Polsce. Krzywdzone przez własnych rodziców.
Nie są bite, mają niemal wszystko czego im potrzeba do rozwoju. Poza spokojem i troską dorosłych.
Ktoś może zaprotestować i powiedzieć, że nie mają także miłości, ależ mają… tylko nie taką jaka jest im potrzebna.
Bo tych rodziców nie obchodzą dzieci.  Wielu dorosłych troszczy się jedynie o siebie i swoje uczucia.
A dziecko ma prawo do mamy i taty. Nawet po rozwodzie.



*Kampania Rzecznika Praw Dziecka
 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Taka sobie bajka - z archiwum...

Poznali się, zakochali się bardzo, zaplanowali swoje życie, zamieszkali razem, zaczęła się bajka, potem zaczęły się kłopoty, konflikt z teściami i nie dało się już z nimi mieszkać, zabrakło pracy a potem… Potem postanowili, że wyjedzie na chwilkę, do pracy, że zarobi i spełni  ICH marzenia. O własnym domu, o dobrach. Ona nie mogła, bo szkoła, bo mama, bo da radę. Jest dzielna a miłość jest silna.
Pojechał. Dzwonił, pisał sms, używał skypa, pojawiał się raz na kilka miesięcy i kochał ją bardzo. Z tego kochania wzięła się Martynka. Ciążę przechodziła sama. Miała żal, że ją z tym wszystkim zostawił całkiem samą. Wrócił po 4 miesiącach, ale były już nowe obowiązki z którymi czasami- nawet razem - nie mogli sobie dać rady. Nowe kłótnie, spory, wyliczanie wolnego czasu. Nie mieli czasu dla siebie, tylko dziecko. Potem po trzech tygodniach on wyjechał znowu  na kolejne miesiące. Mała rosła, były choroby, szczepienia, kolki, ząbkowanie. A ona ciągle sama z tym wszystkim. Płacz po nocach to była normalka i dziecka i jej. Płakała z bezradności i bezsilności. Wiedziała, że to nie jego wina, że tak razem wybrali. Wiedziała w co się pakuje, ale nie wiedziała, że będzie jej tak ciężko. Znowu przyjechał i znowu kochali się bardzo i urodziła się Julia. Potem znowu wyjechał.  Nie było go. Przysyłał pieniądze i owszem. Ona skrupulatnie odkładała, trochę wydawała, ale bez szaleństw, niewiele na siebie, większość na dzieci, przecież to marzenia się mają spełnić. W końcu po czterech latach wrócił. Nie znał jej już, bo była inna, nie znał dzieci, nie starczyło na dom, nie był szczęśliwy. Nie byli szczęśliwi.
Ale spróbowali raz jeszcze i znowu ciąża. Obiecał, że już nigdy nie pojedzie. Ale pojechał. Bo skończyły się pieniądze. Bo tu nie umiał z tą kobietą, z tymi dziećmi, z tymi problemami.
Nie, nie miał tam nikogo, przynajmniej tak jej opowiadał. Ale gdy przyjeżdżał to już się nie kochali. Może to i lepiej… Ale teraz ona ma poczucie zmarnowanego życia. Swojego życia. Rodzinnego. Nic nie umie, jest nikim. Jest samotna, choć nie sama. Ma przecież dzieci. Będą próbować znowu złożyć z tych puzzli rodzinę… ale nie wiedzą czy jeszcze się uda.

*****
Tak wyglądać może, i często wygląda sytuacja samotnych matek, które mimo związku i dzieci zdecydowały się na życie w rozłące. Jak wpływa takie życie na nią, na dziecko, na rodzinę i na partnera?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Sytuacje bywają różne. Znam przypadki w których ogromnym wysiłkiem „jakoś” się udaje. Zawsze jest to jednak ogromny koszt emocjonalny i niewyobrażalny nakład pracy. Jest samotność i wyrzeczenia. Jest zwątpienie ale i satysfakcja, gdy się udaje.
Ojcowie pracujący za granicą bardzo rzadko mają szansę, być tymi na których dzieci mogą liczyć w każdej sytuacji. Po prostu nie ma ich fizycznie. To matka staje się jedynym wsparciem. W pewnym sensie tacy „wyjechani” na długo ojcowie są wolni od obowiązków rodzinnych. W domu zaledwie bywają, są bardziej gośćmi niż domownikami. Taki ojciec wypada z obiegu codzienności. Gdy ma pojawić się w domu wszystko nagle staje na głowie. Inaczej trzeba się zachowywać, jeść, bawić a nawet mówić. Dom zmienia swoje zasady specjalnie na przyjazd taty, ale to rzadko działa na dłuższą metę. Bo znowu wyjeżdża i wszystko wraca do normy. Często ojciec nie ma świadomości jak wygląda prawdziwe, domowe życie. Uznaje te „niecodzienne” zachowania za normę. Bo przecież skąd ma wiedzieć, że tak nie jest?
Okazuje się często, że dorosłe dzieci, wychowywane w takich domach wspominają swoje dzieciństwo, jako tęsknotę i nieustanny brak ojca. Wszyscy przecież za sobą tęsknią. Nikt nie jest w pełni szczęśliwy. Słychać o niedostatku dobrych emocji. Dwójce dorosłych ludzi - rodzicom - często brakuje ciepła, wsparcia, czasem zrozumienia, czułości czy wręcz miłości. Brakuje seksu. Kobiety skarżą się, że nie ma partnera w najtrudniejszych i w najszczęśliwszych chwilach życia. Często opisują, że z ojcem swoich dzieci straciły więź emocjonalną. Że nauczyły się żyć same i świetnie sobie radzą. Często mówią, że boją się powrotu męża. Bo wszystko będzie musiało się zmienić.
Zawsze oczywiście jest "coś za coś". Jest też nadzieja, że wszystko da się nadrobić jak mąż przyjedzie na urlop, na chwilę, gdy wróci. Ale te długie miesiące (dni i noce) bez siebie, niestety z perspektywy czasu są czasem straconym i nigdy się ich nie nadrobi. Bardzo często kobiety wspominają, że mąż obiecał, że wyjadą razem, że mężczyzna zabierze ją i dzieci ze sobą, ale często to nie wychodzi. Czasem kobiety czują, że „jakby chciał tak naprawdę nas tam ściągnąć, to by szło to załatwić”. Ale o się nie dzieje i one żyją dalej same i zmagają się z codziennością i samotnością.

Wychowują dzieci, znajdują pracę i żyją. Żyją i marzą. Marzą o tym, że nie tak miało być…


2012-03-31 

czwartek, 16 kwietnia 2015

Z archiwum "Bojowa pieśń tygrysicy"

Recenzja książki "Bojowa pieśń tygrysicy" Amy Chua

>>>Jeśli myślisz, że jesteś wymagający dla swojego dziecka, "Bojowa pieśń tygrysicy" wyprowadzi cię z błędu... To fascynująca i pełna humoru opowieść o tym, dlaczego chińskie matki są lepsze i jak wychować dziecko doskonałe.<<<

Tyle reklama wydawcy....
No w
łaśnie.. czy chińskie matki SĄ lepsze i czy dzięki swoim sposobom faktycznie wychowują „dzieci doskonałe”?
Zgadzam się ze stwierdzeniem, że marzeniem a może nawet i celem większości rodziców jest zapewnić dziecku "udany start" a następnie dobre i pełne sukcesów życie. Można robić to na różne sposoby. Amy Chua chińska amerykanka w drugim pokoleniu, naukowiec, kobieta sukcesu, matka - wyróżnia dwie metody, zachodnią i chińską. Autorka jest oczywiście wyznawczynią metody chińskiej i w jej ideologii wychowała swoje dwie córki.
"Bojowa pie
śń tygrysicy" to zapis codziennych zmagań matki despotycznej, niebywale wymagającej, lecz co - wyraźnie podkreśla- kochającej bezgranicznie.
Metody stosowane przez Amy - z punktu widzenia "zachodniego" czytelnika - cz
ęsto wydają się szokujące. Historie treningu pływackiego czy historia nauki gry na instrumencie jak dla mnie są nieco szokujące. Wsparcie a może wręcz brak wsparcia w zwykłych społecznych relacjach także nie odpowiada mojemu pojmowaniu kształtowania człowieka od najmłodszych lat.
"Bojowa pie
śń tygrysicy" reklamowana jest jako krytyka współczesnego, bezstresowego modelu wychowania dzieci. To jednak książka nie tylko o wychowaniu, ale także o różnicach kulturowych. Wydaje się, że właśnie te różnice są takie trudne do zaakceptowania. To książka chwilami dość zabawna, ale częściej przerażająca.
Amy Chua cz
ęsto porównuje wychowawczy model chiński, promujący dążenie do maksymalnych osiągnięć i wyników, ze znanym nam podejściem, opierającym się na zaszczepieniu dzieciom wiary, że błąd czy porażka nie jest niczym złym, że niezależnie od osiąganych wyników są kochane. W książce znajdujemy model chiński realizowany w warunkach amerykańskich. Nie można oprzeć się wrażeniu, że jest to model „emigrancki”. Trzeba więcej, mocniej, lepiej. „Chińska matka” zmusza więc swoje córki do nieustannej ciężkiej pracy, dla zasady nie chwali za rzeczy poniżej oczekiwań, wciąż podnosi poprzeczkę, uznając, że jej dzieci stać na świetne, najlepsze i coraz lepsze wyniki.
I nie by
łoby w tym pewnie nic złego, gdyby nie sposoby w jaki to osiąga.
Niestety metoda chi
ńska nie przemawia do mnie. Książkę odebrałam jako przerażający opis bezcelowej tresury dzieci. W trakcie czytania niejednokrotnie pytałam w myślach autorkę „Po co?? Po co ty to robisz?”, „Co kieruje Twoimi zachowaniami i wyborami poza własną ambicją”? W pewnym momencie zrozumiałam, że dla Amy to właśnie posiadanie idealnych dzieci jest celem samym w sobie. Nie było ważne co czują, co myślą, co chcą, ważne było by były najlepsze, lepsze niż mogły myśleć, że kiedykolwiek będą. Oczywiście jest to pewny sposób na osiągnięcie sukcesu, ale jakim kosztem? Bezsprzecznie córki Amy odniosły sukces zawodowy, osiągnęły wszystko o czym marzyła dla nich matka.. ale kim są, jakimi są kobietami, co czują do siebie nawzajem, do matki, do innych ludzi? Czy mają przyjaciół? Czy dążenie do sukcesu za wszelką cenę nie zniszczyło ich samych?
Okazuje się, że ani model zachodni wychowywania dzieci - zbyt często - na roszczeniowe i bezmyślne, ani terror prowadzący do stworzenia „idealnych” dzieci - praktykowany przez Amy Chua nie są optymalne. Po lekturze doszłam do wniosku, że niezrozumienie a co za tym idzie fiasko "bezstresowego wychowania" wynika z lenistwa rodziców, którym nie chce się dać dzieciom tyle pracy i uwagi, ile potrzebują Zdarza się niestety, że zachodni rodzice robią dzieciom ogromną krzywdę kompletnym brakiem wymagań, natomiast niedoskonałość modelu chińskiego leży w

nadgorliwości rodziców i w produkowaniu świetnych, odnoszących sukcesy lecz wyzutych z emocji „produktów”.
Po przeczytaniu książki i analizie własnych metod wychowawczych wypada nabrać nowej perspektywy w podejściu do wychowywania dzieci i oczywiście łyknąć pigułkę ze zdrowego rozsądku... 

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Chcecie bajki, oto bajka…*

„Moje  3 letnie dziecko w przedszkolu ma oprócz zwykłych zajęć dodatkowo rytmikę, malarstwo i komputery. Chodzi  po południu raz w tygodniu na zajęcia typu „poznaję świat”. Od kiedy skończyło 3 miesiące uczęszczamy regularnie na basen. Zapisałam je na jogę dla dzieci. Uczy się czytać na specjalnych zajęciach wg metody dla małych dzieci.
Co do nauki języka obcego ma prywatne zajęcia  w domu z panią. Uczy się grać na keybordzie. W weekend chodzimy do muzeów i na zajęcia artystyczne. Przymierzam się by zapisać dziecko wiosną na naukę jazdy na kucyku albo na tenisa. Bardzo dużo pracuję by w przyszłości osiągnęło sukces. Latem wybieramy się do Francji by dziecko zobaczyło Luwr i zamki nad Loarą. Zimą byliśmy w Egipcie i odkrywaliśmy starożytność...””
 Znacie???
Może nie aż w takiej formie ale jednak...
Wielu rodzicom się wydaje, że by wychować mądre dziecko, trzeba dać mu tyle stymulacji ile tylko jest w stanie przyjąć.  To błąd. Najlepsze dzieciństwo to przede wszystkim optymalny proces poznawania przez dziecko świata. To proces uczenia się poprzez zrównoważony rozwój  intelektualny, społeczny i emocjonalny.
Rodzice pragną, by ich dzieci wyrosły na mądrych ludzi. Każdy ma swoja receptę i każdemu się wydaje, że on wie lepiej niż inni. Bardzo często rodzice mają pomysł na to, by ich dziecko już od urodzenia uczestniczyło w kulturze, znało języki obce było i artystą i odkrywcą. By było wysportowane i we wszystkim najlepsze.
Życie to nie jest wyścig szczurów. W psychologii  wyścigiem szczurów określa się pozbawioną większego sensu i niekończącą się pogoń (najczęściej bardzo wyczerpującą) ludzi, dążących do osiągnięcia materialnego i zawodowego sukcesu. 
Taki właśnie scenariusz dość często rodzice „fundują” swoim dzieciom. Nasze dzieci pod pretekstem  spełniania ich potrzeb, a tak naprawdę w związku z zapewnieniem nam lepszego samopoczucia, wpędzane są przez nas w ten wyścig coraz wcześniej. A nie ma takiej potrzeby. Nie jest bowiem prawdą, że dziecku potrzebna jest aż tak ogromna stymulacja. 
Świat dziecka jest dla niego bez naszych pomysłów, wystarczająco trudny do ogarnięcia. Tak dużo się dzieje i w przedszkolu i w szkole i w domu i w otaczającym świecie. Zobaczcie, ile wysiłku dziecko wkłada w edukację przedszkolną. Zajęcia przedszkolne wymagają skupienia i koncentracji  i mimo, że w przedszkolu to głównie zabawa i nauka poprzez nią to większość czasu umysł dziecka jest obciążony w maksymalnym stopniu.  
Mimo, iż dziecko samo decyduje w co i jak się bawi, decyduje o tempie zabawy i ilości bodźców to i tak po przedszkolu jest często bardzo zmęczone. Po przedszkolu powinno więc odpocząć a nie mieć „w obowiązkach” więcej niż powinno. 
Uważam, że warto zrezygnować z części zajęć. Oczywiście nie mówię, że trzeba odłożyć wszystko. Ale proponuję  rozwijać i wzbogacać dziecko małymi kroczkami. Nie musi nauczyć się wszystkiego w pierwszych kilku latach życia.




* z archiwum 
01.03.2011

wtorek, 7 kwietnia 2015

Jaki masz Puls?

Zadebiutował nowy program – a wręcz magazyn lifestylowy “Twój Puls”.
Producentem jest Remigiusz Maścianica, w przeszłości szef „Dzień dobry TVN”, całość jest pracą zespołową a pomysł autorski.

Program składa się z trzech bloków tematycznych. „W pierwszym poruszone zostaną kwestie związane z prowadzeniem domu, pracami w nim i gotowaniem. Druga część programu będzie dotyczyła tematyki zdrowia, mody i urody. W trzecim z bloków - poruszane będą budzące sporo emocji bieżące tematy, w tym tematy tabu”. Pomysłodawcy zapowiedzieli, że nie zabraknie ciekawych gości.
Pojawia się codziennie między 10:50 do 12:30. Dodam, że nie jest na żywo.

Ponieważ jestem zwierzęciem telewizyjnym postanowiłam obejrzeć debiut na ekranie.

Prowadzące wygrały casting i “idealnie pasują do prowadzenia tego typu programu, są
lubiane, popularne, naturalne i przez to bliskie widzom. Jako kobiety łączące obowiązki
domowe i zawodowe świetnie znają codzienne problemy współczesnych Polek i potrafią w sposób bardzo wiarygodny i interesujący z wdziękiem rozmawiać na każdy temat”. To zapewnienie prezesa Telewizji Puls Dariusza Dąbskiego.

Gospodyniami są Kasia Cichopek i Kasia Trzaskalska. Przedstawiać nie trzeba, ale gwoli
lepszej czytalności podpowiem po jednym zdaniu.
Katarzyna Cichopek to polska aktorka, tancerka i prezenterka telewizyjna autorka
trzech poradników i mama dwójki dzieci. Grywa w teatrze i serialach.
Katarzyna Trzaskalska to polska dziennikarka, pracowała jako prezenterka prognozy pogody, Panoramy i Teleexpressu.

Nastawiłam się na nowoczesny i ciekawy program w przedpołudniowym paśmie dla zjadaczy telewizji. Najpierw zaskoczyła mnie scenografia. Wczesne lata siedemdziesiąte. Prezes Dąbski,
przekonuje, że „scenografia nie jest archaiczna, tylko naturalna, tak jak w wielu polskich
domach.”

Po kilku minutach – wliczając czołówkę - miałam pierwszy odruch na wyłączenie telewizora. Nie podobało mi się. Postanowiłam jednak dotrwać do końca, gdyż zainteresowały mnie zaproponowane tematy dnia – „domowa ekonomia” - czyli jak nie wyrzucać resztek po świętach a je zapiec, jak dobrać podkład do cery i jak urządzić mieszkanie zgodnie ze znakami zodiaku.         

Pierwszy gość to Ela Romanowska. Nie mam pojęcia kto zacz, ale rozumiem, że to mój problem. Rozmowa jest o odchudzaniu i zdrowej żywności. Pojawia się wątek „edukacyjny”, bo dowiaduję się, że aktorka ta, to „Jola z Rancza”. Gorąco przepraszam, że nie wiedziałam.

Kolejna cegiełka jest o cudach. Mija 10 lat od śmierci JPII – więc jacyś państwo opowiadają o cudzie uzdrowienia. A potem o sobie. „Wierzymy, chodzimy do kościółka, synuś jest ministrantem, warto wierzyć”. Nie moja bajka.

Szybka zmiana prowadzącej i tematu. Nareszcie coś dla mnie. Rozmowa z 80 letnią
modelką i drugą młodą, u progu kariery.
Obie gościnie interesujące. Miły fragment, aż 
do chwili, gdy słyszę, że „kobietą jest się w każdym wieku”-  to idealny do cytowania niemal bonmot Kasi Cichopek.

Siedzę sobie przed telewizorem, jest już mniej więcej połowa programu i choć nie mam już odruchu, by natychmiast wyłączyć, to jednak jestem nieco zawiedziona. Pierwszy odcinek powinien - moim zdaniem-  być taki, żeby BARDZO chciało się obejrzeć następny, a ja nadal po prostu czekam, aż ten się rozkręci.

Rozmowa z blogerką kulinarną o tym jak nie marnować jedzenia, dość interesująca, gdyby nie te zdrobnienia: ziemniaczki, pomidorki. To okropnie drażni uszy.

Nagle zaskoczenie, pozytywne. „Zrób to sam” w wersji kobiecej. Pani „złota rączka” BARDZO fajna - świetny pomysł na segment programowy i moim zdaniem, powinien być stałem punktem, bo tego nie ma nigdzie indziej w telewizji. Gość mówi świetnie, trzeba by jedynie popracować nad jej stylizacją, ale to szczegół.

We fragmencie „Jak urządzić mieszkanie zgodnie ze znakiem zodiaku?” – doradza wróżka Sybilla.  Ponieważ nie dowiedziałam się jak powinno wyglądać mieszkanie Strzelca więc uznam, że moje jest dla mnie idealne.

Temat bieżący czyli „Wiosną chce się wyglądać młodziej i ŚWIEŻEJ” - a więc o podkładzie do cery, 
prezentuje bardzo merytoryczna, sprawna ekspertka. Podpisana „wizażystka GWIAZD” :) „Wizażowała” kiedyś i mnie.

Kolejny temat to pierwsza wizyta dziewczynki u ginekologa. SUPER cegiełka.
Świetna ekspertka – doktor Tulimowska. Mądrze mówi. Misyjnie.

Wracamy do odżywiania – nie wiem w sumie po co drugi raz, ale że gościem jest Olga Bończyk - oglądam. W wątku niestety sporo bałaganu. Jakiś taki nieogarnięty.  Pojawia się ciekawa teza pani dietetyk
natura stworzyła nas TYLKO do rodzenia dzieci”. Dyskutowałabym.

Na zakończenie rozmowa o „modzie która opanowała świat” - czyli o selfie. Wspólne zdjęcie, dziubek/dzióbek w selfie. KONIEC.

I zapowiedz jutra. ”Wróżki i kuchnia”.
Strach się bać.

Na podsumowanie kilka uwag ogólnych. Program ma więcej zalet niż wad. Po pierwsze
ma szansę zagospodarować widzów, spędzających ten czas w domu. Zastanawia mnie tylko, czy jest dobrze „wytargetowany”, bo w mojej ocenie ma trafić do „pracujących 30 latek” a te przecież są właśnie w pracy, wiec raczej trafia do mam udomowionych i emerytów. A dziś ani do jednych ani do drugich nie było nic.

Nie podoba mi się estetyka programu, ani kolorystyka ani scenografia. Belki niewidoczne i nie zawsze merytorycznie dopasowane.
Podoba mi się, że rozmowy trwają po kilka minut, że tematy są DOBRZE omówione, a nie „prześlizgane”. To zaleta.

Prowadzące spięte, ale to przecież dopiero pierwsza odsłona.
Zdecydowanie lepiej radzi sobie Kasia Trzaskalska. Nie jest przesłodzona i jest bardziej uważna.

Generalnie nie będzie to mój program, ale mam nadzieję, że jeśli się „dotrze” w studio, to ma szansę być lubianym.

Może namawiałabym na poszukanie tematów, lub przedstawienia ich inaczej niż w dostępnych śniadaniówkach. Żeby było wiadomo, że „Twój Puls” to puls odbiorcy.
Powodzenia więc.