czwartek, 23 kwietnia 2015

Taka sobie bajka - z archiwum...

Poznali się, zakochali się bardzo, zaplanowali swoje życie, zamieszkali razem, zaczęła się bajka, potem zaczęły się kłopoty, konflikt z teściami i nie dało się już z nimi mieszkać, zabrakło pracy a potem… Potem postanowili, że wyjedzie na chwilkę, do pracy, że zarobi i spełni  ICH marzenia. O własnym domu, o dobrach. Ona nie mogła, bo szkoła, bo mama, bo da radę. Jest dzielna a miłość jest silna.
Pojechał. Dzwonił, pisał sms, używał skypa, pojawiał się raz na kilka miesięcy i kochał ją bardzo. Z tego kochania wzięła się Martynka. Ciążę przechodziła sama. Miała żal, że ją z tym wszystkim zostawił całkiem samą. Wrócił po 4 miesiącach, ale były już nowe obowiązki z którymi czasami- nawet razem - nie mogli sobie dać rady. Nowe kłótnie, spory, wyliczanie wolnego czasu. Nie mieli czasu dla siebie, tylko dziecko. Potem po trzech tygodniach on wyjechał znowu  na kolejne miesiące. Mała rosła, były choroby, szczepienia, kolki, ząbkowanie. A ona ciągle sama z tym wszystkim. Płacz po nocach to była normalka i dziecka i jej. Płakała z bezradności i bezsilności. Wiedziała, że to nie jego wina, że tak razem wybrali. Wiedziała w co się pakuje, ale nie wiedziała, że będzie jej tak ciężko. Znowu przyjechał i znowu kochali się bardzo i urodziła się Julia. Potem znowu wyjechał.  Nie było go. Przysyłał pieniądze i owszem. Ona skrupulatnie odkładała, trochę wydawała, ale bez szaleństw, niewiele na siebie, większość na dzieci, przecież to marzenia się mają spełnić. W końcu po czterech latach wrócił. Nie znał jej już, bo była inna, nie znał dzieci, nie starczyło na dom, nie był szczęśliwy. Nie byli szczęśliwi.
Ale spróbowali raz jeszcze i znowu ciąża. Obiecał, że już nigdy nie pojedzie. Ale pojechał. Bo skończyły się pieniądze. Bo tu nie umiał z tą kobietą, z tymi dziećmi, z tymi problemami.
Nie, nie miał tam nikogo, przynajmniej tak jej opowiadał. Ale gdy przyjeżdżał to już się nie kochali. Może to i lepiej… Ale teraz ona ma poczucie zmarnowanego życia. Swojego życia. Rodzinnego. Nic nie umie, jest nikim. Jest samotna, choć nie sama. Ma przecież dzieci. Będą próbować znowu złożyć z tych puzzli rodzinę… ale nie wiedzą czy jeszcze się uda.

*****
Tak wyglądać może, i często wygląda sytuacja samotnych matek, które mimo związku i dzieci zdecydowały się na życie w rozłące. Jak wpływa takie życie na nią, na dziecko, na rodzinę i na partnera?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Sytuacje bywają różne. Znam przypadki w których ogromnym wysiłkiem „jakoś” się udaje. Zawsze jest to jednak ogromny koszt emocjonalny i niewyobrażalny nakład pracy. Jest samotność i wyrzeczenia. Jest zwątpienie ale i satysfakcja, gdy się udaje.
Ojcowie pracujący za granicą bardzo rzadko mają szansę, być tymi na których dzieci mogą liczyć w każdej sytuacji. Po prostu nie ma ich fizycznie. To matka staje się jedynym wsparciem. W pewnym sensie tacy „wyjechani” na długo ojcowie są wolni od obowiązków rodzinnych. W domu zaledwie bywają, są bardziej gośćmi niż domownikami. Taki ojciec wypada z obiegu codzienności. Gdy ma pojawić się w domu wszystko nagle staje na głowie. Inaczej trzeba się zachowywać, jeść, bawić a nawet mówić. Dom zmienia swoje zasady specjalnie na przyjazd taty, ale to rzadko działa na dłuższą metę. Bo znowu wyjeżdża i wszystko wraca do normy. Często ojciec nie ma świadomości jak wygląda prawdziwe, domowe życie. Uznaje te „niecodzienne” zachowania za normę. Bo przecież skąd ma wiedzieć, że tak nie jest?
Okazuje się często, że dorosłe dzieci, wychowywane w takich domach wspominają swoje dzieciństwo, jako tęsknotę i nieustanny brak ojca. Wszyscy przecież za sobą tęsknią. Nikt nie jest w pełni szczęśliwy. Słychać o niedostatku dobrych emocji. Dwójce dorosłych ludzi - rodzicom - często brakuje ciepła, wsparcia, czasem zrozumienia, czułości czy wręcz miłości. Brakuje seksu. Kobiety skarżą się, że nie ma partnera w najtrudniejszych i w najszczęśliwszych chwilach życia. Często opisują, że z ojcem swoich dzieci straciły więź emocjonalną. Że nauczyły się żyć same i świetnie sobie radzą. Często mówią, że boją się powrotu męża. Bo wszystko będzie musiało się zmienić.
Zawsze oczywiście jest "coś za coś". Jest też nadzieja, że wszystko da się nadrobić jak mąż przyjedzie na urlop, na chwilę, gdy wróci. Ale te długie miesiące (dni i noce) bez siebie, niestety z perspektywy czasu są czasem straconym i nigdy się ich nie nadrobi. Bardzo często kobiety wspominają, że mąż obiecał, że wyjadą razem, że mężczyzna zabierze ją i dzieci ze sobą, ale często to nie wychodzi. Czasem kobiety czują, że „jakby chciał tak naprawdę nas tam ściągnąć, to by szło to załatwić”. Ale o się nie dzieje i one żyją dalej same i zmagają się z codziennością i samotnością.

Wychowują dzieci, znajdują pracę i żyją. Żyją i marzą. Marzą o tym, że nie tak miało być…


2012-03-31 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz