poniedziałek, 30 listopada 2015

Cztery pory życia

Tekst powstał trzy lata temu....
Bardzo go lubię...
Zapraszam ...


Dzień urodzin. Dzień wyjątkowy.
Każde kolejne takie święto może być powodem do radości albo do smutku. Zależy od podejścia.

Od zawsze chciałam być „panią koło pięćdziesiątki” a może nawet lepiej „panią po pięćdziesiątce” i dziś właśnie tę pięćdziesiątkę osiągnęłam.
Jestem szczęśliwą kobietą. Jestem zdrowa, czyli jak mawia mój ponad osiemdziesięcioletni tata - „w normie wiekowej”. Wychowałam dwóch wspaniałych synów, są moimi przyjaciółmi. Mam cudownego męża i pracę, którą kocham. Wokół mnie są dobrzy ludzie. 

Ale w sumie nie o sobie chciałam dziś pisać i nie do końca o swoim życiu. 
Będzie raczej o przemijaniu i o tym jak ja to postrzegam. 
Pięćdziesiątka to pewna granica. Czas na kolejne obejrzenie się wstecz. Co tam widać? Jak mijały te wszystkie lata i co najważniejsze – kiedy?

Ile dni swoich urodzin pamiętam? Ile szczególnych dat utkwiło mi w pamięci przez te lata? Niewiele. Nigdy nie pisałam pamiętnika – przynajmniej nie regularnie. Zdjęcia w albumach skrzętnie podpisane - dokumentują moje życie, ale nie zawsze pamiętam co czułam i co „oddaje” zatrzymany w kadrze czas. To smutne, choć na fotografii uśmiechnięte twarze.

Zwykle nie roztrząsam, co by było, gdyby. Nie, to nie ja. Ja zamykam za sobą drzwi. Niejako palę mosty. Żyję do przodu, ale czasem nachodzi mnie refleksja, „na co to i po co to”?
I dziś jest właśnie taki wieczór.
Dzielę swoje życie tak jak się dzieli rok, na pory.

Wiosna. 
To czas od urodzenia do 25 roku życia. Człowiek rośnie, rozwija się, uczy. Odnosi pierwsze sukcesy i ma pierwsze niepowodzenia. Szkoły, uczelnia, pierwsza miłość, druga, ślub, dziecko, pierwsza praca. Rodzina. Pierwsze trudności i pierwsze radości, Wszystko jest po raz pierwszy. To właśnie uroki wiosny. Odkrywanie siebie i świata. Doświadczenie i piękne i bolesne. Wieczna nauka.

Potem przychodzi lato. 
Czas wytężonej pracy na każdym polu. Dom, praca, praca, dom. Czas przyspiesza. Życie w biegu i w niepokoju o jutro. Cudowne sukcesy. „Obcinanie kuponów” od wykształcenia. Przyglądanie się wszystkiemu z większym dystansem. Satysfakcja i radość z życia. Niespodziewane poważne kłopoty, kolejne rozczarowania i klęski. Utrata zaufania i odbudowa siebie. Rozwód. Nowe życie. Podróże i spełnianie kolejnych marzeń. To wszystko mieści się w mojej drugiej ćwiartce życia. 

Nagle „pięćdziesiątka” i wreszcie jesień.
Początkowo pewnie będzie szaleństwo i radość, że jeszcze się jest potrzebnym, że się udaje. Dzięki zdrowiu - sukces i szczęście i wymarzony błogostan. To będzie kolejny wspaniały czas. Zwiększy się jeszcze dystans do siebie i do świata. Radość z obserwowania dorosłych dzieci i tego jak sobie radzą w swojej wiośnie, będzie motorem życia. Spacery, kawa i nadal – oby - ukochana praca. I byle dotrwać w zdrowiu do końca tej jesieni czyli do 75 urodzin.

A potem przychodzi zima. Mimo wszystko można będzie nadal cieszyć się każdym dniem, zdrowiem i wnukami, nieustannie uśmiechać się do ludzi i nie pozwalać sobie, by umysł zapominał to, czego się nauczył wiosną. 
Chciałabym z radością budzić się rano i z uśmiechem chodzić spać.
Chciałabym nadal żyć, tańczyć i śpiewać. Może jeszcze malować pejzaże i uśmiechać się, bo wtedy podobno zmarszczki pięknie się układają.

Chcę wierzyć, że gdy nadejdzie kres to będę na niego gotowa, bo spokojna i spełniona.
Ale to jeszcze daleka droga.

sobota, 28 listopada 2015

Rodzina na odległość....

Poznali się, zaplanowali swoje życie, kochali się bardzo, potem zaczęły się kłopoty, konflikt z teściami i nie dało się z nimi mieszkać, potem zabrakło pracy a potem… Potem postanowili, że wyjedzie na chwilkę, do pracy, że zarobi i spełni  ICH marzenia. O domu, o dobrach. Ona nie mogła, bo szkoła, bo mama, bo da radę.
Pojechał. Dzwonił, pisał sms, używał skypa, pojawiał się raz na kilka miesięcy i kochał ją bardzo. Z tego kochania wzięła się Martynka. Ciążę przechodziła sama. Miała żal, że ją z tym wszystkim zostawił całkiem samą.  Wrócił po 4 miesiącach, ale były już nowe obowiązki z którymi czasami nie mogli sobie dać rady. Nowe kłótnie, spory, wyliczanie wolnego czasu. Nie mieli czasu dla siebie, tylko dziecko. Potem po 3 tygodniach on wyjechał znowu  na kolejnych 5 miesięcy. Mała rosła, były choroby, szczepienia, kolki, ząbkowanie. A ona ciągle sama z tym wszystkim. Płacz po nocach to była normalka i dziecka i jej. Płakała z bezradności i bezsilności. Wiedziała,  że to nie jego wina, że tak  wybrali. Wiedziała w co się pakuje, ale nie wiedziała, że będzie tak ciężko. Znowu przyjechał i znowu kochali się bardzo i urodziła się Julia. Potem znowu wyjechał.  Nie było go. Przysyłał pieniądze i owszem. Ona skrupulatnie odkładała, trochę wydawała, ale bez szaleństw, niewiele na siebie, większość na dzieci, przecież to marzenia się mają spełnić. W końcu po 4 latach wrócił. Nie znał jej już, bo była inna, nie znał dzieci, nie starczyło na dom, nie był szczęśliwy. Nie byli szczęśliwi.

Ale spróbowali raz jeszcze i znowu ciąża. Obiecał, że już nigdy nie pojedzie. Ale pojechał. Bo skończyły się pieniądze. Bo tu nie umiał z tą kobietą, z tymi dziećmi, z tymi problemami.
Nie, nie miał tam nikogo, przynajmniej tak jej opowiadał. Ale gdy przyjeżdżał to już się nie kochali. Może to i lepiej… Ale teraz ona ma poczucie zmarnowanego życia. Swojego życia. Rodzinnego. Nic nie umie, jest nikim, Jest samotna choć nie sama. Będą próbować znowu złożyć z tych puzzli rodzinę… ale nie wiedzą czy jeszcze się uda.
*****
Jak wyglądać może, i często wygląda sytuacja samotnych matek, które mimo związku i dzieci zdecydowały się na życie w rozłące. Jak wpływa takie życie na nią, na dziecko, na rodzinę i na partnera?
Nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Sytuacje bywają różne. Znam przypadki w których ogromnym wysiłkiem „jakoś” się udaje. Zawsze jest to jednak ogromny koszt emocjonalny i niewyobrażalny nakład pracy.
Ojcowie pracujący za granicą bardzo rzadko mają szansę  być tymi na których dzieci mogą liczyć w każdej sytuacji. Po prostu nie ma ich fizycznie. To matka staje się jedynym wsparciem.

W pewnym sensie tacy „wyjechani” na długo ojcowie są wolni od obowiązków rodzinnych. W domu zaledwie bywają, są bardziej gośćmi niż domownikami. Taki ojciec wypada z obiegu codzienności. Gdy ma pojawić się w domu wszystko nagle staje na głowie. Inaczej trzeba się zachowywać, jeść, bawić a nawet mówić. Dom zmienia swoje zasady specjalnie na przyjazd taty, ale to rzadko działa na dłuższą metę. Bo znowu wyjeżdża i wszystko wraca do normy.
Często ojciec nie ma świadomości jak wygląda prawdziwe, domowe życie. Uznaje te „niecodzienne” zachowania za normę. Bo przecież skąd ma wiedzieć, że tak nie jest?
Niestety okazuje się, że dorosłe dzieci, wychowywane w takich domach wspominają swoje dzieciństwo, jako tęsknotę i  ciągły brak ojca.
Wszyscy za sobą tęsknią. Nikt nie jest w pełni szczęśliwy. Słychać o niedostatku dobrych emocji. Dwójce dorosłych ludzi - rodzicom - często brakuje ciepła, wsparcia, czasem zrozumienia, czułości czy wręcz miłości. Brakuje seksu.
Kobiety skarżą się, że nie ma partnera w najcięższych i w najszczęśliwszych chwilach życia. Często opisują, że straciły więź emocjonalną. Że nauczyły się żyć same i świetnie sobie radzą. Często mówią, że boją się powrotu męża. Bo wszystko będzie musiało się zmienić.
Zawsze oczywiście jest "coś za coś". Jest też nadzieja, że wszystko da się nadrobić jak mąż przyjedzie na urlop, na chwilę, gdy wróci. Ale te długie miesiące (dni i noce) bez siebie, niestety z perspektywy czasu są czasem straconym i nigdy się ich nie nadrobi.
Bardzo często kobiety wspominają, że mąż obiecał, że wyjadą razem, że mężczyzna zabierze  żonę i dzieci ze sobą ale często to nie wychodzi. Czasem kobiety czują, że „jakby chciał tak naprawdę nas tam ściągnąć to by szło to załatwić”.
I żyją dalej same i zmagają się z codziennością i samotnością.


Tekst nie jest nowy, powstał  3 lata temu... Dziś wpadł mi w ręce...
Zapraszam...

niedziela, 22 listopada 2015

Moje dziecko cz. 3- nowa książka dla rodziców nastolatków

 Kiedy spotykam się z rodzicami dzieci, które skończyły szkołę podstawową, bardzo wyraźnie widzę, że wielu z nich ma kłopot z zaakceptowaniem faktu, że ich dziecko przestało być „dzieckiem”; wielu nie jest gotowych na bycie rodzicem nastolatka. Chociaż w żadnych poważnych podręcznikach (a także w prawodawstwie) nie ma definicji, kim ten nastolatek jest, bo mówimy o dziecku w wieku od 0 do 18 lat, to jednak dziecko, które ma „naście” lat w szczególny sposób się wyróżnia.

 Zauważyłam dwie grupy rodziców. Pierwsi chcą, by ich dzieci szybko dojrzały, by stały się samodzielne. Myślą, że skoro są nastolatkami, mogą już podejmować decyzje i wziąć odpowiedzialność za swoje życie. Że już sobie same poradzą. A przecież te dzieci właśnie wchodzą w najtrudniejszy okres, w którym wszystko przewraca się do góry nogami – zaczynając od ich biologii, psychiki, a na świecie zewnętrznym kończąc.   Druga grupa rodziców utrzymuje takie prawie dorosłe dzieci w przekonaniu, że wciąż są niezaradne i potrzebują nieustannej opieki. Matki gotują obiadek, podstawiają pod nos i pytają, czy na pewno smakowało; mówią do nastolatka zdrobniałym językiem, decydują, co ma na siebie założyć. Znam nastolatków, którzy nigdy nie podjęli decyzji, czy kurtka jest fajna czy nie, bo zawsze kupowała mamusia. Znam 16-letnie dziewczyny, które sypiają z matkami, ponieważ boją się same spać. Jest mnóstwo nastolatków ubezwłasnowolnionych przez rodziców, ci młodzi  nie mają własnych pieniędzy, nie mają możliwości podejmowania samodzielnych decyzji.  
 
 Trzeba wiedzieć, co znaczy być rodzicem nastolatka, by go za wcześnie nie wypuścić w świat: „Masz już 11 lat, więc radź sobie sam!”, a z drugiej strony – by go za długo przy sobie nie przetrzymywać. Potrzebny jest złoty środek. A żeby go znaleźć, musimy mieć wiedzę o tym, jak zmienia się nasze dziecko i dlaczego. Na co mamy duży wpływ, a na co mały, co musimy przeczekać z pokorą, a gdzie musimy walczyć. Musimy wiedzieć, co dla młodych ludzi w tym wieku jest najważniejsze. I nieprawdą jest, że przestają być dla nich ważni rodzice. /.../

To nie jest tak, że ci inni są źli. Rodzic mówi: „Moje dziecko przeklina!”. To pomyśl, gdzie mogło się tego nauczyć. „Moje dziecko jest agresywne!”. A czy nie krzyczałaś na niego od momentu, gdy się urodziło? „Moje dziecko jest jakieś dziwne!”. To może popatrz na siebie. Bandura w latach 70-tych mówił, że dzieci uczą się przez naśladowanie. To my rodzice jesteśmy dla nich wzorem, i co oczywiste - będą do nas podobne. Tylko jeżeli pewnych cech w sobie nie akceptujemy, to nie będziemy ich akceptować w dziecku.

  Bycie rodzicem nastolatka to wielka odpowiedzialność. Nasza praca musi być w tym czasie zdwojona, tymczasem większość rodziców uważa, że skoro dziecko ma „naście” lat, jest już dorosłe i wychowane, a więc może spokojnie „odpuścić”. Niestety, dopiero wtedy „zaczynają się schody”. Niezależnie od tego, co robiliśmy wcześniej. Bo nawet, jeśli byliśmy fantastycznym rodzicem i dziecko w tych pierwszych fazach rozwoju było przez nas świetnie prowadzone, to wejście w okres nastoletni może się wiązać z różnymi „zgrzytami”. Warto więc co nieco na ten temat wiedzieć. /.../
  
  Chciałabym więc, abyście z tej książki dowiedzieli się, jak nauczyć swoje dziecko bycia dorosłym. Co mu powiedzieć, jak się zachować, co powinno nas zaniepokoić, a co jest jak najbardziej naturalne i wystarczy tylko spokojnie na to popatrzeć.

  Ostatnio pewna nastolatka powiedziała mi: „Rodzice słuchają dzieci, ale ich nie słyszą! Patrzą na dzieci, ale ich nie widzą!”. Powinniśmy to zmienić! Kiedy czytam prasę, oglądam media, to widzę, czytam, że młodzież jest zła. Owszem, młodzież ma masę problemów, ale to nie są złe dzieci. To nie oni nas zawiedli, tylko my ich.



poniedziałek, 16 listopada 2015

Czy teraz już będzie wojna?

Dwa dni temu, światem wstrząsnęły wydarzenia z Paryża. Terroryści dokonali jednocześnie w kilku miejscach okrutnych zamachów.  Zginęło wielu ludzi.  W piątkowy wieczór Paryż stał się miastem strachu i bólu.
Świadkami tych wydarzeń – pośrednio - były nasze dzieci, teraz zadają pytania, na które, musimy im udzielić odpowiedzi.
We wszystkich mediach, przez wszystkie przypadki odmieniano słowo terrorysta, śmierć, krew, strach, zamach. Dorośli przyklejeni do telewizorów byli w szoku. Nie mogliśmy uwierzyć w to co widzimy, nadal nie potrafimy w pełni zrozumieć co się dzieje. Nasze dzieci także widziały serwisy wiadomości, oglądały pierwsze strony gazet a potem zajrzały do Internetu… Zobaczyły okrucieństwo jednych, rozpacz innych, poczuły naszą, dorosłą złość i oburzenie.

Nasze dzieci nie zawsze rozumieją co widzą, ale nie znaczy to, że nie odczuwają lęku. Powiem więcej, dlatego że nie rozumieją sytuacji, ich poczucie zagrożenia jest większe niż nasze. Naszą rolą jest niedopuszczenie, by okrutne wydarzenia relacjonowane przez media odbiły się negatywnie na dziecięcej psychice. Oczywiście nie uchronimy dzieci przed całym złem tego świata, ale możemy pomóc im odnaleźć zagrożone poczucie bezpieczeństwa.

Od czasu do czasu światem, a co za tym idzie mediami, wstrząsają takie wieści.
Tragiczne historie podawane w wiadomościach takie jak strzelanina w szkole czy w miejscach publicznych, porwania, zamachy terrorystyczne czy okrucieństwo wojenne, są straszne dla nas i - o czym należy pamiętać - są straszne dla naszych dzieci. Tych mniejszych i tych większych.

Oglądane w tv treści mogą być dla dzieci ekstremalnie szokujące. Dzieje się to wtedy , gdy dziecko jest nagle skonfrontowane z obrazami zabitych lub poranionych ludzi.
Dzieci przekonują się wtedy naocznie, że są na świecie ludzie, którzy robią okropne, straszne rzeczy innym ludziom. Zabijają niewinnych, niszczą to co dla nas najcenniejsze.

Rodzice mogą i powinni pomóc swoim dzieciom  zrozumieć co si wydarzyło w świecie lub bliskiej okolicy, bez potęgowania stresu, który może być niszczący dla psychiki małych i młodych ludzi.

To, w jaki  sposób do dzieci docierają informacje o strasznych, okrutnych wydarzeniach  może mieć ogromny wpływ na to, jak są w stanie te informacje przyswoić i przetworzyć. Trzeba więc zadbać, by ten sposób był jak najmniej bolesny i szokujący.

Dziś odbyłam kilka rozmów z uczniami szkół podstawowych. Tematem spotkań nie były tragiczne wydarzenia z Paryża, ale pytania dzieci w zasadzie tylko ich dotyczyły. Okazało się, że wielu z nich słyszało, widziało ale nikt w domu z nimi o tym nie rozmawiał. Nic im nie wyjaśnił, a oni chcą wiedzieć. Chcą zrozumieć. Nie chcą się bać.

Postaram się podpowiedzieć Wam, jak pomóc sobie i dziecku przejść przez ten smutny i straszny czas. Jak rozmawiać i wyjaśniać. Co zrobić, by zminimalizować lęk lub go nie potęgować.

Ważną rzeczą o której zawsze powinniśmy pamiętać jest to, by przy udzielaniu informacji, które mogą spowodować lęk i stres, obniżyć ilość lub, w miarę możliwości zrezygnować, z bodźców wizualnych na rzecz bodźców słuchowych. Czyli słuchaj a nie oglądaj. Bez obrazu siła rażenia jest zdecydowanie mniejsza.
Starajcie się przy tym używać słów, które nie niosą ze sobą ładunku emocjonalnego. Nie jest to łatwe, w sytuacji relacjonowania tragicznych wydarzeń, ale… trzeba, bo warto,  się postarać.

Oto kilka – mam nadzieję pomocnych - sposobów na to, by pomóc dzieciom zrozumieć straszne wydarzenia bez powodowania zbyt dużego stresu. Bo można go jedynie zminimalizować, nie da się go usunąć.

Wyłączcie telewizor, pozwoli to zmniejszyć kontakt z drastycznymi obrazami i emocjonalnymi, relacjami korespondentów czy naocznych świadków.
Mózg dzieci nie jest w stanie poradzić sobie ze strasznymi informacjami. Ich zasób słownictwa nie pozwala na dobre zrozumienie tego co się dzieje. Małe dzieci nie rozumieją na tyle dużo, by właściwie ocenić związki przyczynowo-skutkowe. Boją się, że to zło dzieje się bardzo blisko, w ich bezpośrednim otoczeniu. Wiele dzieci uważa, że wydarzenia o których słyszą w mediach zagrażają bezpośrednio im samym. Tu i teraz.
Dzieciaki nie rozumieją także, że informacja wielokrotnie powtarzana przez media jest tą samą a nie wciąż nową. Jeśli news z okrutnym obrazem jest nieustannie pokazywany, to małym dzieciom, wydaje się, że to okrucieństwo trwa i trwa, że to ciągle nowe, kolejne akty terroru, a straszne rzeczy dzieją się niejako jedna po drugiej. To okropnie lękotwórcza sytuacja.
Zrozumiałe jest, że my sami chcemy dowiedzieć się więcej o pokazywanych wydarzeniach, lepiej jednak wówczas skorzystać z Internetu lub zaczekać aż dzieci nie będzie w pobliżu. Szukając kolejnych newsów, warto jednak pamiętać  o tym, że sami także jesteśmy narażeni na fatalne skutki kontaktu z okrutnymi obrazami. Zadbajmy o siebie i starajmy się nie dać się zahipnotyzować i nie oglądać tych samych obrazów zbyt często i długotrwale.  
Sama mam pod powiekami wydarzenia z 11 września, tyle razy je wtedy oglądałam. A co zobaczone, nie da się odzobaczyć.
Co jednak robić, jeśli zdarzy się, że małe dziecko jednak obejrzy lub usłyszy wiadomości dotyczące jakichś tragicznych?  Nigdy nie wolno dziecka zostawić z informacją bez komentarza.
Zawsze trzeba mówić prawdę, ale nie trzeba straszyć. Lepiej jest powiedzieć, że: „dziś stało się coś bardzo tragicznego i ludzie są wzburzeni i przestraszeni, bo inni ludzie zginęli.” Niż - starając się ochronić dziecko - że „nic takiego się nie stało”. Bo stało się. I dziecko to czuje, bo dziecko widzi i słyszy.
Jeśli chodzi o nastolatki, to proponowałabym nadal unikać telewizyjnych serwisów newsowych, by uniknąć zalewania ich młodych umysłów tragicznymi obrazami, co może prowadzić niejako do  "wypalenia i wdrukowania" tych obrazów.
Zamiast tego proponuję z rodzicielskim wyczuciem przedstawić tę wiadomość, w sposób tak neutralny jak tylko jesteśmy w stanie to zrobić. Choćby tak, jakbyśmy czytali instrukcję obsługi pralki. Wiem, że może to być trudne, ale należy starać się nie dopuścić do sytuacji, gdy nastolatki zaczynają spekulować na temat wydarzeń, oceniać je lub szkalująco traktować uczestników zajść.
  
Bądźcie spokojnym, racjonalnym wzorem postepowania.
Dziecko nieustannie nas obserwuje i widzi jak my sami radzimy sobie z różnymi sprawami. Widzi i słyszy, ale rozumie nasze zachowania i reakcje po swojemu.
Zanim rozpoczniemy rozmowę z dzieckiem, trzeba użyć wszystkich możliwych sposobów, aby samemu się uspokoić. W obecności dziecka trzeba mówić o zaistniałych wydarzeniach tak zdawkowo, jak to tylko możliwe.
Informacje i obrazy, w szczególności te, które dotyczą krzywdy wyrządzonej dzieciom lub rówieśnikom naszych dzieci, powodują u większości rodziców złość i wściekłość . To naturalny mechanizm.
Usprawiedliwione więc jest, że czujemy smutek, niekiedy wściekłość, czasem płaczemy. Nie wolno nam jednak dopuścić do sytuacji, by emocje wymknęły nam się spod kontroli. Jeśli jednak tak się stanie, powiedzmy bez wstydu i zażenowania co czujemy i dlaczego. Wyjaśnijmy nasze odczucia.

Pomóżcie dziecku zachować spokój i zadbajcie o poczucie bezpieczeństwa.  
Dla dzieci, które dowiedziały się o okrutnych wydarzeniach, rodzice mają być głosem rozsądku. Trzeba przypomnieć i upewnić dziecko, że żyjemy w bezpiecznym kraju. Warto porozmawiać o środkach, narzędziach oraz instytucjach, które są wokoło, by zapewnić spokój. Jeśli akt terroru zdarzył się blisko to pokażmy, że to tylko pojedyncze zdarzenie a nie trwała sytuacja wojny.
Prawdą  jest, że wszelkie okrutne, tragiczne wydarzenia zajmują bardzo dużo miejsca w mediach, ale warto uświadomić dzieciom, że tak naprawdę zdarzają się dość rzadko.
W takiej chwili to także dobry moment, by porozmawiać o rodzinnym planie bezpieczeństwa na wypadek sytuacji trudnej lub kryzysu. Dobrze jest ustalić, co byśmy wszyscy zrobili, jeśli na przykład zabrakłoby prądu albo nie byłoby łączności. Gdzie byśmy się spotkali. Na kogo innego poza rodzicami, dziecko może liczyć w przypadku sytuacji kryzysowej.
To dobry moment, by uzupełnić zapasy świec i baterii, obejrzeć plan miasta i przypomnieć adresy do bliskich i sprawdzić numery telefonów do rodziny w kalendarzach ale i w komórkach a najlepiej w pamięci.
Starajmy się, trudnym czasie dawać dzieciom poczucie biskości i ciepła. Bądźmy blisko. Przytulajmy się, to sprawi, że zarówno dzieci jak i my, poczujemy się lepiej.
Jeśli dziecko słyszało lub widziało więcej niż może zrozumieć i ma z tego powodu koszmary lub stało się lękliwe, nadwrażliwe, przesadnie ostrożne, to warto jak najszybciej poszukać pomocy u psychologa. Niezależnie od wieku dziecka.

Zapytajcie dziecko czy ma pytania. Wysłuchajcie i spokojnie odpowiedzcie na każde z nich.
Jeśli musimy powiedzieć dzieciom o zdarzeniach wyjątkowo drastycznych i trudnych, używajmy - tak jak pisałam wcześniej - w miarę neutralnego języka, a następnie spytajmy czy dziecko ma jakieś pytania. Bądźmy cierpliwi i wyrozumiali.
Pozwólmy dziecku naprowadzić nas na to co chce usłyszeć. Często nie wiemy co dokładnie dziecko usłyszało, np. w szkole od rówieśników czy przeczytało w sieci. Dlatego powinniśmy umożliwić mu opowiedzenie co słyszało a potem zadanie pytań.  Zapewne pytania będą trudne, być może szczegółowe a może i naiwne. Każde jednak będzie ważne i z powagą należy udzielić odpowiedzi. To bardzo dobry sposób, aby dziecko lepiej zrozumiało co się rzeczywiście wydarzyło.
Inne będą pytania małych dzieci a inne pytania nastolatków. Rozmowa z nastolatkiem musi być poważna i merytoryczna, tak bardzo jak tylko się da. Wszak to my - w dużej mierze - budujemy ich obraz świata.

Postarajcie się nie oceniać, unikajcie wysokich kwantyfikatorów, stereotypizacji. 
Lepiej powiedzieć mniej niż za dużo. Lepiej powiedzieć mniej niż źle. Pamiętajcie, że jesteście autorytetami dla waszych dzieci i będą powtarzać innym to, co usłyszały od was.

Na zakończenie pewna "sztuczka", która zadziałała na mnie, gdy będąc małą dziewczynką widziałam straszne rzeczy w telewizyjnych wiadomościach. Moja Mama mówiła wtedy: - „Zawsze na filmach ze strasznych wydarzeń znajduj ludzi, którzy spieszą z pomocą. Wypatrz ich na ekranie i patrz tylko na nich, na tych którzy pomagają.”.
Do dziś, szczególnie w sytuacjach strasznych wydarzeń, przypominam sobie słowa mojej Mamy.

I to zawsze pomaga i działa na mnie budująco, gdy patrzę jak wiele osób spieszy z pomocą troszcząc się o innych.
Zawsze też staram się też być taką osobą. Pomagającą. Tak jak umiem i mogę.

niedziela, 15 listopada 2015

„Przywiązani” kindersztubą do krzesła

Nadine de Rothschild w swojej książce pt. „Savoir-vivre XXI wieku. Sztuka pięknego życia” (Znak, 2006), w rozdziale poświęconym dzieciom, napisała: „Dziecko może być prześliczne albo wyjątkowo mądre, jeśli jednak jest źle wychowane – pomimo wszystkich zalet zapamięta się je jako okropne.
Ono zaś z powodu nieodpowiedniego zachowania długo, może nawet zawsze, pozostanie osobą niepożądaną”.

Jest sporo domów, w których pamięta się, co znaczy dobre wychowanie, ale one, niestety, są chyba w mniejszości. Puściliśmy wiele na żywioł, teraz wszystkim wolno wszystko - zawsze i wszędzie. Nie zgadzam się z tym trendem.

Poczuliśmy wolność, taką wręcz do granic anarchii. Wolność słowa, zachowań, bo każdy ma prawo – i tu ładny, modny zwrot – realizować się, uzewnętrzniać emocje, uczucia, zachcianki. Dzieci rodziców, którzy wyrastali w rygorze, nagle mogą wszystko.
Przeszliśmy ze skrajności w skrajność. Złoty środek nie istnieje. A bez niego, jak dzisiaj obserwujemy, nie da się żyć.

Wolter powiedział kiedyś: „Wolność moja kończy się tam, gdzie zaczyna twoja”. Chodzi o to, że pewne sytuacje wymagają od nas określonego zachowania i koniec! Rozumiem mechanizm poluzowania niektórych zasad – nie znam domu, w którym do codziennego obiadu przygotowuje się nadal zestaw trzech widelców, noży i łyżek, ale to nie znaczy, że dziecko nie powinno umieć posługiwać się sztućcami, bo woli jeść palcami. Nie znaczy to, że może siorbać, mlaskać, leżeć na stole i puszczać bąki. A ja dzisiaj widzę, że są domy, w których nie trzeba przy stole zachowywać zasad, bo „po co dzieciak ma się tak męczyć i prężyć, niech mu będzie po prostu wygodnie”. Nie trzeba jeść przy stole. Ba, nawet są domy w których stołu nie ma.

W pewnym momencie pojawiło się pojęcie „bezstresowe wychowanie”. Benjamin Spock, który jako pierwszy go użył, dość szybko próbował je „odszczekać”, bo zostało ono źle zrozumiane i zaczęło żyć swoim życiem. Bezstresowe wychowanie miało znaczyć tyle, by nie dokładać dzieciom stresów do tych, które one już mają. Kiedy dziecko wchodzi w nowe środowisko, np. szkolne, jest już wystarczająco zestresowane, więc powtarzanie, że musi być najlepsze, jest złe. Zmuszanie do recytowania podczas niedzielnego obiadu u babci wierszyka przed całą rodziną także nie pomaga. Hasło „bezstresowego wychowania” rozciągnęliśmy do granic wygody. Naszej – rodziców, oczywiście. Bardzo wielu z nas schowało się za tym określeniem, aby nic nie robić. I wmawiamy sobie, że wszystko wypada. Nie wypada.

Nauczenie dziecka zasad savoir-vivre’u kosztuje wiele czasu, cierpliwości, nerwów. Często rodzicom po prostu się nie chce. Dopóki mamusia, tatuś, babcia pozwalają dziecku w domu na wszystko, to jest ich sprawa, ale zapominają, że ich obowiązkiem jest, aby ono znało zasady i umiało się zachować, również poza domem.

Kiedyś dzieci nie miały wstępu do świata dorosłych, nie było mowy o tym, żeby do dorosłej osoby mówić po imieniu, wtrącać się do rozmowy. Dziś to się zmieniło. Kiedyś był zwyczaj dygania, całowania dorosłego w rękę. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: które reguły są mądre, a co jest przerostem formy nad treścią. Powiedzenie „Dzień dobry” jest zasadą dobrego wychowania, ale już ściskanie się z każdą ciocią nie musi dziecku pasować. Ono ma prawo powiedzieć: „Nie lubię”. A my mamy obowiązek to uszanować. Szacunek ma działać w obie strony.

Kiedyś było też tak, że do cioci na imieniny szło się „na galowo”. Czy to jest konieczne? Nie. Konieczne jest, aby dziecko było ubrane czysto, schludnie, nie musi być zapięte pod szyję na ostatni guziczek.
To, że dzieci mają dzisiaj większy dostęp do świata dorosłych, jest moim zdaniem dobrą zmianą. Uważam, że krótszy dystans jest zdrowszy. On daje szansę na lepszy, bliższy kontakt również w przyszłości. Jednak to, czego rodzice nie robią, a powinni, to mądre stawianie granic. Ma rozumieć, że poza nim są inni ludzie, także ważni. Dzieci są naszym lustrem, zachowują się tak, jak my się zachowujemy. Jeżeli dziecko widzi, że przerywamy rozmowę, bo ono podbiega, takie zachowanie uzna za normę. Potem, kiedy będzie dyskutowało z nauczycielką i podejdzie do niego kolega, takie dziecko odwróci się pupą do pani, by zająć się swoim kolegą. Jestem w wieku, w którym coraz więcej rzeczy mnie denerwuje.

Najgorsze, najtrudniejsze do przyjęcia dla mnie jest maskowanie pozornie nowoczesnym wychowaniem obojętności wobec własnych dzieci. Gdy w restauracji widzę biegające, wrzeszczące dzieciaki, którymi kompletnie nikt się nie zajmuje – martwię się. Bo to znaczy, że nie rodzice nie przyszli tam z dzieckiem, ono jest „na przyczepkę”. Musi się sobą zająć i nie przeszkadzać. Nie uważam, że dzieci powinny być „przywiązane” kindersztubą do krzeseł, nieruchome. Te czasy już minęły. Ale mam wrażenie, że ci rodzice zachowują się tak, jakby w ogóle nie pamiętali, że przyszli z dziećmi.

Jestem w stanie zrozumieć, że dziecko zaczyna histeryzować w sklepie, bo jest zmęczone, zdenerwowane. Można je wyprowadzić, próbować coś wytłumaczyć, ale należy w jakiś sposób zareagować. A ja nie dostrzegam żadnej reakcji. Rodzic po prostu tego nie widzi! Ogląda towary, a dziecko właśnie myje sobie zęby wszystkimi szczoteczkami do zębów, które ma w zasięgu. I co słyszę? „A bo on/ona ma ADHD”. I szlag mnie trafia. Mam wrażenie, że dzisiaj 80 proc. dzieci – według ich rodziców – ma ADHD. Lenistwo, brak kompetencji wychowawczych sprawiają, że rodzice „przyklejają” na czole swojemu zdrowemu, ale niewychowanemu dziecku naklejkę „ADHD” i wypuszczają je w świat. Metoda o tyle prosta i co szkodliwa.

Jest ciężko nawet z podstawami. Do dzisiaj mam odruch ustępowania miejsca w autobusie, mimo że sama wchodzę powoli w wiek dojrzały. Młodzież tego nie robi. Wychowana została w przeświadczeniu „To mnie ma być wygodnie”. Skąd u niej takie poczucie? Nasza robota!

Trzeba uczyć młodych, że z tramwaju to mężczyzna wysiada pierwszy, aby podać rękę kobiecie, że podaje jej płaszcz, pomaga z walizką.  Powiecie - mamy równouprawnienie, pewnie że tak, ale dobre wychowanie nas klasyfikuje. Gdy kobieta podchodzi do samochodu, mężczyzna powinien otworzyć jej drzwi. Nie zgadzam się z feministkami, że w ten sposób jesteśmy traktowane nie tylko nie po partnersku, ale wręcz przedmiotowo. Przecież to szaleństwo, postawienie sprawy na głowie.

Kultura osobista jest w cenie, zawsze. Rodzice powinni o tym pamiętać choćby z jednego powodu, jeśli inne ich nie przekonują. Mówi się, że ładni ludzie mają łatwiej. Łatwiej mają także ci dobrze wychowani.




 * Podstawą tego wpisu jest rozmowa do magazynu Claudia 5/2012.

środa, 11 listopada 2015

Miodownik Babci Leokadii...

Pierniki mojej babci powinny nazywać się miodownikami, bo więcej w nich miodu niż przypraw. Oto składniki:

Ciasto piernikowe
- 1 kg dobrej mąki 
- 500 g najlepszego miodu
- 250 g masła
- 3 jajka
- 125 ml mleka 3.5%
- 3 łyżeczki sody oczyszczonej
- pół łyżeczki soli
Przyprawy
- 4 laski cynamonu 
- 1 łyżeczka imbiru
- 1 łyżeczka goździków 
- pół łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej
- 1 łyżeczka ziaren kardamonu 
- 1 łyżeczka ziela angielskiego 
- pół łyżeczki ziarnistego pieprzu lub 1/3 łyżeczki mielonego
- 1 gwiazdka anyżu
Bakalie
- 20 sztuk migdałów
- 20 sztuk orzechów włoskich
- opakowanie kandyzowanej skórki pomarańczowej
- cukier puder i białko na lukier

Tyle teoria, teraz zaczyna się działanie praktyczne, czyli najważniejsze, mieszanie składników i zagniatanie ciasta.
Zacząć należy od połączenia przygotowanego miodu oraz dodania tłuszczu. Masę podgrzewa się stopniowo, nieustannie mieszając i doprowadzając niemal do wrzenia. Następnie wszystko trzeba ostudzić i gdy masa jest już letnia, należy zacząć stopniowo dodawać mąkę, jajka, sól oraz, rozpuszczoną w połowie szklanki chłodnego mleka, sodę. Ciasto dobrze jest wyrabiać ręką. Gdy masa jest gładka można ją na moment odstawić, by zająć się sporządzeniem mieszanki przypraw.

Oczywiście można pójść na łatwiznę i kupić gotową „przyprawę do piernika”, ale jak szaleć to szaleć. Wszystko można zrobić samodzielnie.
Należy zaopatrzyć się w moździerz i w nim pokruszyć korę cynamonową oraz pestki z anyżkowej gwiazdki. Do tego dosypać szczyptę tartej gałki muszkatołowej, troszkę ziela angielskiego, kolendry, kardamonu oraz kolorowego pieprzu. Następnie goździki, imbir i kilka ziaren angielskiego ziela. I ucieramy, ucieramy, aż powstanie proszek, którym doprawiamy ciasto. Na koniec należy dodać potłuczone orzechy, migdały oraz kandyzowaną skórkę pomarańczową.

Wymieszane dokładnie, na gładką masę z przyprawami i bakaliami, ciasto wkładamy do kamionkowego naczynia. Przykrywamy lnianą ścierką i wstawiamy na najniższą półkę lodówki mniej więcej na 3 tygodnie. Nie trzeba tam zaglądać.

W trakcie czekania – mamy przecież dużo czasu – można zrobić świąteczne porządki w domu.

W końcu nadchodzi dzień pieczenia. Wyjęte z lodówki ciasto trzeba rozwałkować na cienki placek i z niego wyciąć świąteczne kształty. Moi synowie już są dorośli więc raczej nie będą tego robić ze mną, ale Was namawiam by zachęcić dzieci do zabawy. Potem pierniczki należy piec przez 25-30 minut w temperaturze 200 stopni. Tuż po wyjęciu z piekarnika będą twarde, ale skruszeją po 2-3 dniach i wtedy będą idealne.

Oczywiście nie trzeba robić ozdobnych pierniczków, można zrobić przekładańca. W tym celu należy po wyjęciu z lodówki podzielić ciasto na 3 części, rozwałkować placek, upiec tak jak na pierniczki i po 2 dniach skruszałe placki posmarować lekko podgrzanymi powidłami śliwkowymi. Tak przygotowanego przekładańca należy przykryć ściereczką i deską drewnianą do krojenia, obciążyć czymś ciężkim i zostawić na noc.

A potem... potem już tylko się delektować:)
Smacznego.

niedziela, 1 listopada 2015

Zimny poranek

Dziś gościnnie mężowskie pióro...

ZIMNY PORANEK
by Robert Myśliński

-Zimny dziś poranek. – cisza.
– Zimny poranek, mówię! Zniecierpliwienie w kobiecym głosie brzmiało, aż nazbyt wyraźnie.
– Czy ty mnie słyszysz!? Czy w ogóle kiedykolwiek słuchasz co mam do powiedzenia?
- Tak , tak, tak Kochanie. Mężczyzna odparł jakby wyrwany z głębokich przemyśleń.
– Co - „tak, tak, tak”?
- Tak – jest zimny poranek, tak – słyszę co mówisz i wreszcie tak – słucham co masz do powiedzenia. Przepraszam, jeśli cię zdenerwowałem. Wiem, że nie możesz się doczekać. Ja też jestem ciekaw. Rozmawiałem przedwczoraj z Julią i ona powiedziała, że jej ten dzień w ogóle nie interesuje. Mówi, że ma dość tego zamieszania i wymęczonej chwili rozmowy. Ba, żeby to jeszcze można nazwać rozmową. Ostatnio usłyszała, że drożyzna i Stefan – jej wnuk – jest bez pracy. Nie może nic znaleźć, choć taki zdolny i wykształcony i szukał wszędzie.
- Wiesz Kochanie? – zamyślił się mężczyzna. Swoją drogą, to ciekawe jak nasz Maciej tak dobrze wylądował, skoro, o ile pamiętam, ledwo do trzech zliczyć potrafił. Nawet żona mu się udała, bo wnuki już zasługa obojga.
- Nigdy go nie lubiłeś i jesteś do niego uprzedzony. Tak było zawsze i nic się, jak widzę nie zmieniło. Może i go kochasz, to w końcu nasz jedyny syn , ale nie dziw się, że nie chce z tobą rozmawiać. Nawet teraz, a może szczególnie teraz…
- Przesadzasz jak zwykle. Starszy pan był wyraźnie poirytowany. Przecież zawsze starałem się i chciałem dla niego jak najlepiej. Załatwiłem, że go do wojska nie wzięli, a sama powiedz. Łatwe to, wtedy nie było. A on co? Nawet wdzięczności nie okazał. Jakby mu się to należało. Z resztą może i masz rację, że nie mogłem się z, nim dogadać. Ale jak tu rozmawiać z kimś, kto chce mieć zawsze rację i nie słucha jak ojciec dobrze radzi?
- No już dobrze, nie denerwuj się. Zaraz się zacznie i potem będziesz żałował, że wyszło jak zwykle. Starsza pani wyraźnie chciała zmienić temat.
- Zastanawiałam się, kto przyjdzie pierwszy? Do Jakubiaków zawsze przychodzi córka. O 10:30 jak w zegarku. Ile ona może mieć lat? Jak myślisz? Wygląda na siedemdziesiątkę, ale i tak trzyma się nieźle.
- Wygląda jak wygląda. Mężczyzna nie był zainteresowany drążeniem tematu córki Jakubiaków. Ja tam się nie patrzę na obcych tylko swojego pilnuje. Nasi mnie interesują. Kto przyjdzie i co powiedzą?
- Na pewno pokaże się Karol. Zawsze przychodzi i jeszcze kilka lat przychodził będzie. W liceum się we mnie kochał – pamiętasz? Białe chryzantemy i dwa znicze. Rok w rok.
- Przestań z tym Karolem. Znalazłby sobie kogoś Tam, a nie spokojnym ludziom w głowie mąci. Wkurza mnie, że tak przyłazi, jak do siebie!
- Cicho! Idą! Pierwsza Helenka. Znów w tym starym futrze. Synowa z niej dobra, ale wyglądu to nie miała nigdy. Ooo! Popatrz wzięli Michała i Agnieszkę! Jacy oni już duzi… i Maciek jest, patrz przytył, źle wygląda…
- Sama bądź cicho i posłuchaj, żebym ci nie musiał przez rok przypominać „co, kiedy i kto?”
Dłoń w wełnianej rękawiczce zgarnęła zeschłe liście. Pan Maciej zatrzymał palce na wykutych w kamieniu literach: „Stefania …. żyła…”
- Dzień dobry mamo.
Dwójka nastolatków była zajęta rozstawianiem zniczy, układaniem kwiatów. Po chwili stanęli wszyscy i tak trwali przez krótką chwilę.
- No, zbieramy się – zarządziła Pani Helena. - Teraz do moich.

Zniknęli szybciej niż się pojawili, pozostawiając zapalone światła i zieleń świerkowych gałązek. W alejce znów zaszeleściły kroki. Znoszony płaszcz i szary kapelusz. Białe chryzantemy w zmęczonych, zaczerwienionych zimnem dłoniach…
fot.myslirob