czwartek, 16 czerwca 2016

Kwiatki dla ukochanej

Piękne przedmeczowe przedpołudnie. Spacerujemy sobie naszym Powiślem i Solcem. Przysiadamy w ulicznych winobarach, cieszymy się sobą, słońcem i latem.

Nagle, przed nami na zadbanym skwerze feeria różowych róż. Zapach i widok przecudny. Łapię telefon, by pokazać innym, bo warto. Ale kątem oka widzę człowieka około 40, twarz zmęczona alkoholem. Mężczyzna składanym nożem tnie te róże na bukiet. Zatkało mnie, ale w pierwszej chwili nie reaguję.  Jestem kompletnie zaskoczona.

Pan rozgląda się , chowa nóż i daje w długą.
Podbiegam za nim kilka kroków wołając by się odwrócił. Zatrzymuje się, więc mówię mu, że nie wolno tak robić, że to kradzież, że te kwiaty są by cieszyć oczy nas wszystkich. Pan odpowiada mi #$%^&#@ i szybko odchodzi. Niestety nie zdążyłam zrobić mu zdjęcia, łapię jedynie jego plecy.
Tyle historia.

Wrzucam tę opowieść na swój fp i tu kompletne zaskoczenie. Głosy dzielą się na połowę. Mniej więcej. Połowa ma pogląd podobny do mojego i dzięki za to.
Ale połowa uważa, że przesadzam, że nic się nie stało. Wiele mam wychowujących dzieci uważa, że się czepiam, że takie zachowanie jest w porządku.

Że może człowiek nie miał pieniędzy na kwiaty dla ukochanej, że może szedł się oświadczyć. Że kwiaty i tak zwiędną, że przecież i tak trzeba przycinać. Że mi się nudzi, że „mam problemy” i powinnam odpocząć od fejsa. Że jeden bukiet nie zaszkodzi. Że po prostu nic się nie stało.

Pomyślmy.
Wyobraźcie sobie, że mieszkacie na parterze i przed waszym oknem kwitnie przepiękna róża. Patrzycie na nią rano z kawą w ręku. I codziennie przechodzi kilka osób i każda sobie robi bukiet. Po kilku dniach macie zdewastowany widok. Nic się nie stało. Przecież ci ludzie potrzebowali. Nie mieli pieniędzy na kwiaty.

Albo inna sytuacja.
W pobliskim parku rosną róże, przysiadacie tam z dzieckiem, bo miejsce urokliwe, ale  nieustannie ktoś robi sobie z tych róż bukiet. Aż nie ma ich w ogóle. Krzew połamany.
Nic się nie stało.

W Warszawie – a pewnie i w innych miastach - nieustannie ludzie kradną kwiaty z kwietników, klombów, skwerów. Ludzie wykopują młode drzewka, łamią bzy, jaśminy i forsycje. Nic się nie dzieje. Mają za to pięknie w domach.
Nic się nie stało.


Chciałybyście mamy, żony, dziewczyny dostać kwiatki przycięte z pobliskiego klombu?
Albo wyłamane z okolic zadbanej świętej figurki na skrzyżowaniu?
Albo może ukradzione z miejsca pamięci?
Bo cóż to za różnica. Wszak człowiek w potrzebie…
Ech.
Jestem zasmucona.
Serio.

PS
Znajoma prowadząca w Warszawie restaurację napisała mi w komentarzu do  wczorajszej historii i mojego zdumienia komentarzami;

"od kwiatka się zaczyna, a potem mamy pomalowane mury, połamane ławki... W Polsce nic nie można zostawić bez "opieki" bo zaraz ginie. Ostatnio Pani u nas w restauracji wyrwała sobie z naszej gazety jakiś artykuł i wsadziła do torebki.... elegancka, zamożna. ... podeszłam do niej i powiedziałam, że nie podoba mi się jej zachowanie.... rzuciła na stół 10zl "za gazete" i wyszła obrazona. ... z taką mentalności trzeba walczyć! Nie powinno w nas być zgody na to."

PS 2
Znajoma z Belgii komentując :


"W mojej okolicy w Brukseli stoją auta bez dachu, w środku drogi sprzet elektroniczny.... na siedzeniach..... i nic.... leży. Nikt nie rusza. "


A na zakończenie, coś co mnie dobiło, gdy pojawiła się kwestia odniesienia do "hieny cmentarnej" - czyli brania kwiatów z cudzego grobu...bo to może być kolejny krok po łamaniu i niszczeniu kwiatów z klombów i rabat miejskich...

Agnieszka R. Weźmie to weźmie, i co? Jak Was boli to sobie przyspawajcie do grobów kwiaty i łańcuchami zakujcie.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz