niedziela, 2 października 2016

Brawo Pani Gieniu

Internet ma moc. Mniej lub bardziej światła myśl obiega ten zerojedynkowy świat lotem błyskawicy.
Ale co dzieje się poza tym nowoczesnym medium? Medium dostępnym przecież nie wszystkim.
Jak dotrzeć do tych, którzy nie korzystają, bo nie mają możliwości, bo nie rozumieją, nie widzą potrzeby, są za starzy, mieszkają za daleko od „centrum wszechświata”.
Jak opowiedzieć co ważne i dlaczego.
Spróbowałam.


Moje zainteresowanie dotyczyło #Ogólnopolskiego Strajku Kobiet i wiedzy „pozainternetowych” kobiet na ten temat.
W ostatnim tygodniu odbyłam kilkanaście rozmów z kobietami, które „nie żyją w sieci”.
Pani w sklepie, w urzędzie, w parku, na przystanku autobusowym. Zaczynałam od pytania: ”czy słyszała pani o czarnym proteście” i zaraz potem „skąd się pani dowiedziała?”.

Oczywiście odpowiedzi na pierwsze pytanie mogły być dwie – teoretycznie.
Tak lub nie. Ale spotkałam się i z: „Daj ty mi święty spokój” oraz „Ja się nie interesuję polityką”. W tych dwóch przypadkach nie ciągnęłam rozmowy.
Drugie pytanie porządkowało dalszą rozmowę. Jeśli rozmówczyni ma dostęp do internetu przekazywałyśmy sobie znak pokoju i uśmiech, a potem rozchodziłyśmy się.
Jeśli źródło wiedzy było inne, kontynuowałam „sondę”.

Źródła wiedzy o akcji były rożne, często panie/dziewczyny słyszały o niej od znajomych lub z tv/radia.
Rozmowy zaczynające się od „tak słyszałam” w dalszym toku przebiegały także na dwa sposoby.
„Popieram” i „nie popieram”.
W obu przypadkach podpytywałam dlaczego uważają tak, a nie inaczej?





Powody wspierania  inicjatywny nazwanej #CzarnyProtest były różne, od walki o prawa do decyzji, aż po lęki związane z ograniczaniem kobiecych praw w ogóle.
Moje rozmówczynie obawiają się, że kobiety i tak będące w gorszej sytuacji na rynku społecznym, w tym pracy, będą miały jeszcze gorszą sytuację. Boją się o swoje córki, wnuczki.
Rozmowy z kobietami popierającymi #czarnyprotest obracały się wokół polityki społecznej, rodzinnej i praw reprodukcyjnych. Były bardzo szczegółowe i konkretne. Mimo, trudnego tematu, pełne rozgoryczenia, ale także nadziei i zapału.


Gdy kobiety mówiły, że z akcją się nie zgadzają, ich sprzeciw skoncentrowany był wokół prawa  „krzykliwych feministek” do aborcji na życzenie (sic!) i zabijaniu nienarodzonych. W ogóle nie chciały rozmawiać o ogólnych prawach człowieka – w tym kobiet. Bywały przy tym nieprzyjemne i agresywne.

W jednym przypadku agresja skierowana była bezpośrednio do mnie. „Że się głupotami zajmuję a tyle dzieci cierpi”.
Inna pani się rozpłakała nad losem „wyskrobanych niewinnych istotek”.
Osoby negujące potrzebę akcji #CzarnyProtest, często bardzo mocno podkreślały swoją wiarę i konieczność wprowadzenia jej zasad do codziennego życia wszystkich kobiet.

Gdy na wprowadzające pytanie słyszałam odpowiedz „nie, nie słyszałam” – robiłam krótką prelekcję. Naprawdę skrótowo mówiłam o co chodzi i dlaczego uważam, że to jest ważne nie tylko dla kobiet, ale w ogóle społecznie. Proponowałam, by zastanowiły się nad mniej lub bardziej aktywnym udziałem zaznaczając swoje poparcie.
„Możesz ubrać się na czarno, przypiąć czarną kokardkę, rozmawiać z innymi kobietami na ten temat, być razem”.


Rozczuliła mnie starsza pani, która nie słyszała o proteście, ale bardzo bojowo nastawiona postanowiła „obdzwonić wszystkie swoje „niezdewociałe koleżanki” od brydża” i wszystkie uświadomić o akcji i jej przesłaniu. Brawo pani Gieniu!

Inna opowiedziała mi o swojej sąsiadce, która kilka miesięcy temu „w końcu” pochowała syna, 32 letniego człowieka, który od urodzenia leżał przykuty do łóżka, praktycznie bez świadomości swojego życia, ale za to z ogromną świadomością bólu. Ta sąsiadka od kilku miesięcy „w końcu żyje”. Wychodzi z domu i mimo śmierci ukochanego syna, śmieje się w głos. Mówi, że zaczęła życie od nowa. Za miesiąc obchodzić będzie 50 i już zaprasza koleżanki na tę imprezę. Zrobi pierwszy w życiu wielki bal urodzinowy. Taką swoją nieodbytą osiemnastkę. A opowiedziała to, bo tamta matka, powiedziała że gdyby mogła, to nie skazałaby syna – ukochanego dziecka – na takie bezsensowne cierpienie. I dlatego rozumie kobiece dramatyczne decyzje.

Jedna z moich  „nieuświadomionych” rozmówczyń, młoda mama „z prowincji”, mieszkająca 100 km od Warszawy, na piętrze w domu z teściami, wyraźnie głodna drugiego człowieka, chętnie rozmawiała.
Powiedziała mi, że w jej miejscowości nie ma nawet przystanku autobusowego ani większego sklepu. Ot taka wioska wśród mazowieckich pól. Nie ma też internetu, bo po prostu „nie ciągnie”.
Ma dwójkę dzieci, jedno to „dopiero co” urodzony, wymarzony synek. Bo „córka na wiosce liczy się inaczej a w zasadzie nie liczy się”. Musiała więc urodzić „dziedzica”. Ona nie słyszała o proteście, ale nawet jakby słyszała, to nie bardzo wiedziałaby co z tą wiedzą zrobić.
W jej miejscowości nie ma młodych dziewczyn a mąż jeździ na tirze i pojawia się raz na dwa-trzy tygodnie. Teściowa - rolniczka, to ciężko pracująca kobieta, która dzieli wolny czas między  telenowele, kościół i lekturę kolorowych gazet „pożyczonych” od sąsiadki.
Tę dziewczynę – Izę - spotkałam w urzędzie, do którego przyjechała, by dowiedzieć się jak zmienić imię synkowi, bo mąż, pod wpływem matki, dał chłopcu inne imię niż wcześniej planowali.
Młoda mama, kochająca swoje dzieci nad życie nie wyobraża sobie, by mogła kiedykolwiek pomyśleć o aborcji, ale przy tym uważa, że kobiety powinny mieć możliwość wyboru.
Przywołała w opowieści koleżankę  ze szkoły, która przed kilku laty urodziła dziecko z zespołem Downa i zostawiła je w szpitalu. Rodzinie i ciekawskim powiedziała, że umarło. Tylko jej się zwierzyła. Od tamtego czasu zmaga się z depresją.
Zanim się rozeszłyśmy powiedziała, że założy po domu czarną bluzkę, „a co mi zrobią? Przecież nie powiem dlaczego, to nie ich sprawa”.



Wiem, że jesteśmy różne, mamy różne spojrzenie na świat, możliwości, różne obowiązki i doświadczenia. Ale wszystkie jesteśmy kobietami. Kobietami, którym obecnie „panujący” chcą odebrać prawo do samostanowienia.
A może to zaledwie początek, „suweren” wszak dopiero się rozgrzewa.
Całkowity zakaz aborcji, zakaz stosowanie tabletek antykoncepcyjnych, potem być może inne zakazy i nakazy.
Wiem i wierzę, że kobiety są mądre, nawet jeśli nie zawsze solidarne, to mądre i wszystkie dla nas samych powinnyśmy w poniedziałek pokazać, że JESTEŚMY.

I mówimy NIE!





PS. Grafiki ze strony Ogólnopolski Strajk Kobiet, zdjęcia własne z sobotniego protestu #Ratujmy Kobiety

3 komentarze:

  1. Też znam dziewczynę której życie "zaczęło się" po śmierci bardzo niepełnosprawnego syna. Taka prawda. Mało przyjemna bardzo szara rzeczywistość. Mało w tym wszystkim jest radości z macierzyństwa i z życia w ogóle. Dlatego liczy się wybór.

    OdpowiedzUsuń
  2. Też znam dziewczynę której życie "zaczęło się" po śmierci bardzo niepełnosprawnego syna. Taka prawda. Mało przyjemna bardzo szara rzeczywistość. Mało w tym wszystkim jest radości z macierzyństwa i z życia w ogóle. Dlatego liczy się wybór.

    OdpowiedzUsuń