piątek, 14 października 2016

Najwspanialszy zawód świata

14 października przypada 243 rocznica powstania Komisji Edukacji Narodowej. Dzień ten, to od 1972 roku Dzień Nauczyciela, przemianowany później na Dzień Edukacji Narodowej. Nie przypadkowa to okazja, wszak KEN to pierwowzór MEN i pierwsza w Europie niezależna od kościoła władza oświatowa.

Obchodzimy tę rocznicę w kraju, w którym nauczyciele od bardzo dawna nie mają łatwo. Różnie są traktowani, często ich kochamy, ale zdarza się, że patrząc przez pryzmat własnych, czasem traumatycznych doświadczeń, ich nie lubimy.

Uczniowie, z nielicznymi wyjątkami, nie lubią chodzić do szkoły, a nauka traktowana bywa jako zło konieczne. Rodzice chcąc pokazać dziecku miejsce w szeregu, niejednokrotnie kończą dyskusję autorytarnym „Marsz do lekcji!”, a na obecność podczas szkolnych wywiadówek czy udział w społecznym życiu szkoły trudno ich namówić.

Jak więc świętujemy ten dzień w kraju, w którym nie ceni się „wykształciuchów”, a sukcesy szkolne mierzy się nie wiedzą, a jedynie stopniami na świadectwie?

Robimy to z konieczności i po trosze z przyzwyczajenia, bo jest w kalendarzu. Podobnie tak jak kiedyś w Dzień Kobiet, przez cały kraj przetacza się fala konferencji i akademii. Nauczyciele się uśmiechają, dzieci przynoszą laurki, przecudne kwiaty, bombonierki i co tam Rada Rodziców ustali i zakupi.
Obchodzi się trochę na pokaz, trochę z poczucia winy, gdyż nauczycieli na co dzień nie traktuje się jak elitę,  a trochę, by łaskawiej popatrzyli na nasze, oddane im na naukę dzieci.

Jestem nauczycielką i córką nauczycielki i dlatego stawiam dziś kilka pytań, by spowodować w nas wszystkich chwilę refleksji. Zastanówmy się czemu - deklarując, że wiedza i kompetencje są potrzebne Polkom i Polakom do rozwoju i budowania nowoczesnego, szczęśliwego społeczeństwa, - nie ufamy, nie słuchamy i nie wspieramy nauczycieli na co dzień?



1.     Dlaczego nadal, mimo tak złej i krzywdzącej potocznej opinii i raczej niskiego społecznie statusu, wielu ludzi – głównie kobiety - wybiera ten zawód?

Śmiem twierdzić, że niestety większość dlatego, że nie ma pojęcia o tym, jak ta praca realnie wygląda. Pracowałam ze studentami kierunków pedagogicznych i coś na ten temat wiem.
Nierzadko wyobrażają sobie Panią stojącą dumnie naprzeciw znieruchomiałych i wpatrzonych w nią jak w obrazek dzieci. Myślą sobie, że to niewiele pracy za znośne pieniądze, a perspektywa letnich wakacji, ferii i wielu ulg, także kusi.

To często wybór młodych kobiet, które nie bardzo mają na siebie pomysł, a przecież „kochają dzieciaczki”, zatem w szkole sobie poradzą. Idą więc w edukację. No bo przecież cóż to trudnego zajmować się dziećmi? My kobiety mamy to we krwi. Umiemy to po prostu. Bycie nauczycielką to przecież praca dla każdego. Oczywiście nie chcę generalizować, ale piszę o tym, co często słyszę.

A praca nauczyciela to nieustanna misja. Odpowiedzialność za życie, zdrowie i bezpieczeństwo dzieci z jednej strony oraz za efekt edukacyjny z drugiej. Za wychowanie, wdrożenie do norm, zasad i reguł życia społecznego z trzeciej. To nienormowany czas pracy, stres, często brak poczucia bezpieczeństwa i bycie „dziewczynką do bicia”, bo na kogoś trzeba zwalić.

Ale to także najwspanialszy zawód świata, dający możliwość spotykania cudownych ludzi każdego dnia, to możliwość kształtowania i pokazywania uczniom, co jest „za zakrętem”.

Nauczyciel nauczania wczesnoszkolnego, bardziej niż inny, powinien więc być omnibusem. Powinien być najlepiej wykształcony, bo to on musi odpowiadać na wszystkie istniejące we wszechświecie pytania. Im wyżej w edukacji, tym od uczniów pytań mniej, co oczywiście nie zwalnia nauczyciela od bycia mistrzem, przewodnikiem, mentorem.

Obecnie funkcjonujący system kształcenia jest, według mnie wysoce nieskuteczny i pozwala na kształcenie, na masową skalę, nauczycieli przeciętnych. Dobrych opiekunów, miłych i ciepłych, ale często nieprzygotowanych do pracy ze współczesnymi dziećmi.
Proponowałabym więc zacząć pracę nad przywróceniem nauczycielom należnego im statusu i prestiżu od ograniczenia liczby „wyższych szkół gotowania na gazie” i stworzenia prawdziwie elitarnych uczelni nauczycielskich. Wyszukiwania i co za tym idzie godnego premiowania najlepszych, najzdolniejszych i pełnych pasji.

Jeśli do zawodu trafi przeciętny nauczyciel, to on wypuści spod swoich skrzydeł przeciętnych i nieciekawych świata ludzi. A nie tego chcemy.
Niestety system – mimo wysiłków wielu wspaniałych nauczycieli - pozwala tworzyć, w coraz większym stopniu, społeczeństwo nieczytające, fanów sitcomów, z niską świadomością społeczną i ekonomiczną. O historycznej nie wspominając.

2.     Czy zrobiliśmy cokolwiek – przez te wszystkie lata, by uczniowie w końcu polubili szkołę?

Od niemal 30 lat „robię” w edukacji i widzę, że uczniowie raczej instytucji szkoły nie lubią. Za wojskową atmosferę, wysokie wymagania, prace domowe i przymus podporządkowania się. 
Nie lubią jej również rodzice, za konieczność wzięcia odpowiedzialności za swoje zaniechania czy zaniedbania, za wymagania i wydatki. 
Nauczycielom także bywa trudno, bo zamienia się ich w urzędników, nieustannie gmera przy programach i podstawach i wymaga kolekcjonowania papierów do ścieżki awansu.
Trudnym do zaakceptowania jest także fakt, że często szkoła, jako instytucja także nie lubi uczniów. Bo kosztują.

Rozmawiam często z uczniami wszystkich poziomów nauczania i dowiedziałam się, że w zasadzie nikt, albo prawie nikt z nich, nie chce być nauczycielem.

Maluchy w przedszkolach i na początku edukacji, jeszcze marzą o tym by „być Panią”. Im wyżej, tym gorzej. Przez młodych ludzi, belfer postrzegany jest, jako źle opłacany zrzęda. Dzieje się tak, bo uczniowie często nie przepadają za swoimi nauczycielami. No a do tego przeraża ich świadomość, że musieliby tyyyyle umieć. Nie chcą także „mordować się z cudzymi dzieciakami”, „nie chcą być nielubiani”.
Wszyscy słyszeliśmy o negatywnej selekcji do tego zawodu oraz o tym, że jeśli zostało się nauczycielem, to znaczy, że w życiu „coś” nie wyszło. Proponuję jednak włożyć to między bajki.

3.     Dlaczego nadal traktuje się szkołę i obowiązek szkolny jak przymus, a nie prawo i przywilej?

Obowiązek szkolny, to nic innego jak wymóg stawiany rodzicom dzieci od 7 do 18 roku życia, umożliwiający im uczestnictwo w edukacji powszechnej.
Obowiązek. To od razu zniechęca.

Nie wyjaśniamy dzieciom, ale i sami chyba tego często nie rozumiemy, że zdobywanie wiedzy to najważniejsza – obok dbania o zdrowie – rzecz, jaką możemy i powinniśmy robić dla siebie samych. Im wcześniej zaczniemy i im dłużej będziemy ją pielęgnować – tym lepiej dla nas.

Warto przypomnieć bitwę o sześciolatki, z argumentami „sześciolatek to jest jeszcze takie małe dziecko”, niech więc siedzi w domu. Po co ma się uczyć?
Ale „sześciolatki” są niczym w porównaniu z aktualnie toczącą się wojną o kształt systemu szkolnictwa. O zmiany fundamentalne i moim zdaniem fatalne w swych konsekwencjach, rozłożonych na kolejne pokolenia Polaków. Pokazuje to wyraźnie ogólnopolski protest nauczycieli wszystkich szczebli.

Przez lata swojej „przygody” z edukacją, czytam z uwagą, co i jak media piszą o szkole i systemie. Czytałam więc o niedouczonych nauczycielach i takich, którzy w pracy stosują przemoc. Czytałam o tych, co to potrzebują zaledwie pół godziny, by się przygotować do zajęć z uczniami. Aktualna minister powiedziała ostatnio, że nauczyciel do roku szkolnego przygotowuje się trzy dni. Naprawdę pani minister?

Polscy nauczyciele, to pod względem wiedzy z zakresu wykładanych przedmiotów, dobrze wykształcona grupa. Jak pisałam już wcześniej, niestety obecny system kształcenia nie sprzyja budowaniu w nich poczucia, że należą do elity. Dzisiejsi nauczyciele rzadko stawiani są za wzór do naśladowania. Dziś śledzimy losy sportowców, gwiazd i gwiazdeczek estrady.

Nauczyciele to zawód, który dziś w naszym kraju traktujemy z mieszanymi uczuciami. To ludzie, którzy przestali pasować do szablonu wyciętego według wzorca człowieka sukcesu kreowanego w mediach. A powinno być inaczej.

O szkole w mediach najczęściej pisze się źle. Wszyscy pamiętają nauczyciela z kubłem na głowie i panią zaklejającą dzieciom usta, a czy pamiętacie wspaniałą nauczycielkę, która znalazła się wśród 50 najlepszych nauczycieli świata?
To Jolanta Okuniewska, nauczycielka ze szkoły podstawowej nr 13 w Olsztynie. Zapamiętajcie.
Wspomnijcie swoje cudownie mądre nauczycielki i nauczycieli, którzy obudzili w was pasję i marzenia. O nich mówicie głośno.





Dzień Edukacji Narodowej powinna być po trosze okazją, by zastanowić się wspólnie nad tym, jak ową edukację i osoby w niej pracujące, traktujemy. Wiedza nie wydaje się chodliwym towarem. Mało tego, czasem okazuje się ciążącym balastem i źródłem frustracji.

Dziś nauczyciele są w dużej mierze zdezorientowani, ich praca, która powinna skupiać się na jak najlepszym przekazywaniu nowoczesnej wiedzy i budowaniu oraz wspieraniu moralnego i społecznego rozwoju młodych pokoleń, skupia się na zastanawianiu czy, w jakiej szkole i czego właściwie będą uczyć.

Uważam, że bez wsparcia ze strony rodziców, mediów, nas wszystkich, nauczyciele skazani są na porażkę w walce o jakość edukacji.  Nam wszystkim powinno bowiem zależeć, aby dzieci miały najlepszych i pracujących w wybranym z pełną świadomością zawodzie nauczycieli.

Nauczycieli należy szanować i doceniać. Trzeba także dbać o to, aby w tym zawodzie pracowali ludzie, którzy nie tylko lubią ludzi, ze szczególnym uwzględnieniem uczniów, ale i lubią siebie, a także są fanami edukacji.


Na zakończenie przypomnę, że Dzień Edukacji Narodowej to także czas na docenienie pracy wszystkich, którzy tę edukację wspomagają, na przykład pozostałych pracowników w szkołach. Bez nich praca nauczycieli byłaby jeszcze trudniejsza a może nawet niemożliwa do wykonywania.

/Moja Mama - nauczycielka - zdjęcia z albumu rodzinnego/

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz