niedziela, 22 stycznia 2017

Dziewczynka w piżamie


Ta historia wydarzyła się, gdy miałam mniej więcej trzy latka. 

Znam ją więc z opowieści mojej mamy. W szklanym pojemniczku na blacie w kuchni stały sobie „cukierki”,  a ja, wieczny łasuch, pewnego wieczora wyjadłam wszystkie. Rodzice byli w kinie a ja wykąpana i utulona przez wynajętą opiekunkę poszłam spać. Mama po powrocie zajrzała do mnie i gdyby nie to, zapewne nie obudziłabym się nigdy. W domu nie było jeszcze telefonu, nie mieliśmy także samochodu i w sumie nie wiem jak z Ochoty dotarliśmy wtedy do szpitala na Kopernika. Ale wiem, że lekarz powiedział mojej mamie: „Jeśli przeżyje do rana będzie szansa”. 
Nie wiem dokładnie czym było to co zjadłam, ale w tym czymś było dużo żelaza, za dużo jak na trzyletnią dziewczynkę. 

Mam pod powiekami jeden obraz z tamtego pobytu w szpitalu. To namiot tlenowy pod którym mnie położono. I mamę jak za mgłą. Trochę czasu spędziłam w tym miejscu. I mimo, że był to pierwszy raz, nie był ostatni. Do szóstego roku życia w zasadzie mieszkałam w szpitalu. Tak to pamiętam. Choć wiem, że tak nie było. 
Pamiętam różne obrazy. Niebieskie światło nad drzwiami, metalowe łóżko z zasuwaną prętową częścią blokowaną na noc, bym nie łaziła. 

Pobyty w szpitalu nie były straszne. Były wyprawami w tajemnicę i wiedzę. Ponieważ spędzałam w szpitalu sporo czasu, moja szafka była zaopatrzona jak dzisiejsza apteka. Czego ja tam nie miałam. Rurki od kroplówek, rurki od sond, prawdziwe zużyte igły (kto by się tam przejmował zarazkami). Miałam szklaną próbówkę i metalowy pojemnik zwany nerką. Pobyty w szpitalu były bardzo edukacyjne.  Z ciekawością poznawczą przynależną dziecku wędrowałam w burej, szpitalnej piżamie - nie było innych - po korytarzach i odwiedzałam chorujące dzieci. Trudno było mnie utrzymać w jednym miejscu. Pamiętam twarz jednej z pielęgniarek - jak pomarszczone jabłko - i jej cudownie ciepły, wspierający uśmiech. Taki uśmiech co dodaje odwagi. Byłam dzielna i wiedziałam już, że nie wolno płakać ani bać się zabiegów. Byłam szpitalnym wygą. 

Zastanawiacie się pewnie czemu opisałam tę historię.
Zrobiłam to z dwóch powodów. Po pierwsze chciałam przypomnieć dorosłym, że to naszym obowiązkiem jest dbanie o bezpieczeństwo dzieci. Że świat oczami dziecka wygląda inaczej. Lekarstwa jawią się jako cukierki, tapczan służy za trampolinę a parasol za spadochron. Dziecko jest ciekawe świata i tak ma być, a my musimy mieć oczy dookoła głowy, by je bezpiecznie w ten fascynujący świat wprowadzić.

Po drugie, ważne by wiedzieć, że niezależnie od tego jak nieprzyjazne czy niekomfortowe - z naszego punktu widzenia - są okoliczności i warunki w jakich dziecko chwilowo przebywa, to dopóki są one dla niego przewidywalne, dość szybko się do nich adaptuje. Często się nie skarży, rozumie konieczność pewnych procedur i jest bardzo dzielne. 

Tą swoją dzielnością, może zadziwić wielu dorosłych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz