poniedziałek, 6 lutego 2017

Kiedyś było inaczej...?

Nadine de Rothschild w swojej książce pt. „Savoir-vivre XXI wieku. Sztuka pięknego życia” 
(Znak, 2006), w rozdziale poświęconym dzieciom, napisała: „Dziecko może być prześliczne albo 
wyjątkowo mądre, jeśli jednak jest źle wychowane – pomimo wszystkich zalet zapamięta się je jako 
okropne. Ono zaś z powodu nieodpowiedniego zachowania długo, może nawet zawsze, pozostanie 
osobą niepożądaną”.
Jest sporo domów, w których pamięta się, co znaczy dobre wychowanie, ale one, niestety, są chyba 
w mniejszości. Puściliśmy wiele na żywioł, teraz wszystkim wolno wszystko - zawsze i wszędzie. 
Nie zgadzam się z tym trendem. Poczuliśmy wolność, taką wręcz do granic anarchii. Wolność słowa, 
zachowań, bo każdy ma prawo – i tu ładny, modny zwrot – realizować się, uzewnętrzniać emocje, 
uczucia, zachcianki.
Dzieci rodziców, którzy wyrastali w rygorze, nagle mogą wszystko. Przeszliśmy ze skrajności w 
skrajność. Złoty środek nie istnieje. A bez niego, jak dzisiaj obserwujemy, nie da się żyć. 
Wolter powiedział kiedyś: „Wolność moja kończy się tam, gdzie zaczyna twoja”. Chodzi o to, że 
pewne sytuacje wymagają od nas określonego zachowania i koniec!
Rozumiem mechanizm poluzowania niektórych zasad – nie znam domu, w którym do codziennego 
obiadu przygotowuje się nadal zestaw trzech widelców, noży i łyżek, ale to nie znaczy, że dziecko 
nie powinno umieć posługiwać się sztućcami, bo woli jeść palcami. Nie znaczy to, że może siorbać, 
mlaskać, leżeć na stole i puszczać bąki. A ja dzisiaj widzę, że są domy, w których nie trzeba przy stole 
zachowywać  zasad, bo „po co dzieciak ma się tak męczyć i prężyć, niech mu będzie po prostu 
wygodnie”.  Nie trzeba jeść przy stole. Ba, nawet są domy w których stołu nie ma.
W pewnym momencie pojawiło się pojęcie „bezstresowe wychowanie”. Benjamin Spock, 
który jako pierwszy go użył, dość szybko próbował je „odszczekać”, bo zostało ono  źle zrozumiane i 
zaczęło żyć swoim życiem.
Bezstresowe wychowanie miało znaczyć tyle, by nie dokładać dzieciom stresów do tych, które one
 już mają. Kiedy dziecko wchodzi w nowe środowisko, np. szkolne, jest już wystarczająco zestresowane, 
więc powtarzanie, że musi być najlepsze, jest złe. Zmuszanie do  recytowania podczas niedzielnego 
obiadu u babci wierszyka przed całą rodziną także nie pomaga.
Hasło „bezstresowego wychowania” rozciągnęliśmy do granic wygody. Naszej – rodziców, 
oczywiście. Bardzo wielu z nas schowało się za tym określeniem, aby nic nie robić. I wmawiamy 
sobie, że wszystko wypada. Nie wypada.
Nauczenie dziecka zasad savoir-vivre’u kosztuje wiele czasu, cierpliwości, nerwów. Często rodzicom 
po prostu się nie chce. Dopóki mamusia, tatuś, babcia pozwalają dziecku w domu na wszystko, to jest 
ich sprawa, ale zapominają, że ich obowiązkiem jest, aby ono znało zasady i umiało się zachować, 
również poza domem.
Kiedyś dzieci nie miały wstępu do świata dorosłych, nie było mowy o tym, żeby do dorosłej osoby 
mówić po imieniu, wtrącać się do rozmowy. Dziś to się zmieniło.
Kiedyś był zwyczaj dygania, całowania dorosłego w rękę. Musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: 
które reguły są mądre, a co jest przerostem formy nad treścią. Powiedzenie „Dzień dobry” jest zasadą 
dobrego wychowania, ale już ściskanie się z każdą ciocią nie musi dziecku pasować. 
Ono ma prawo powiedzieć: „Nie lubię”. A my mamy obowiązek to uszanować. Szacunek ma działać 
w obie strony.
Kiedyś było też tak, że do cioci na imieniny szło się „na galowo”. Czy to jest konieczne? Nie. 
Konieczne jest, aby dziecko było ubrane czysto, schludnie, nie musi być zapięte pod szyję na ostatni 
guziczek. To, że dzieci mają dzisiaj większy dostęp do świata dorosłych, jest moim zdaniem dobrą 
zmianą. Uważam, że krótszy dystans jest zdrowszy. On daje szansę na lepszy, bliższy kontakt również 
w przyszłości.
Jednak to, czego rodzice nie robią, a powinni, to mądre stawianie granic. Ma rozumieć, że poza nim 
są inni ludzie, także ważni. Dzieci są naszym lustrem, zachowują się tak, jak my się zachowujemy. 
Jeżeli dziecko widzi, że przerywamy rozmowę, bo ono podbiega, takie zachowanie uzna za normę. 
Potem, kiedy będzie dyskutowało z nauczycielką i podejdzie do niego kolega, takie dziecko odwróci się
 pupą do pani, by zająć się swoim kolegą.
Jestem w wieku, w którym coraz więcej rzeczy mnie denerwuje. Najgorsze, najtrudniejsze do przyjęcia 
dla mnie jest maskowanie pozornie nowoczesnym wychowaniem obojętności wobec własnych dzieci. 
Gdy w restauracji widzę biegające, wrzeszczące dzieciaki, którymi kompletnie nikt się nie zajmuje – 
martwię się. Bo to znaczy, że nie rodzice nie przyszli tam z dzieckiem, ono jest „na przyczepkę”. 
Musi się sobą zająć i nie przeszkadzać.
Nie uważam, że dzieci powinny być „przywiązane” kindersztubą do krzeseł, nieruchome. 
Te czasy już minęły. Ale mam wrażenie, że ci rodzice zachowują się tak, jakby w ogóle nie pamiętali, 
że przyszli z dziećmi.
Jestem w stanie zrozumieć, że dziecko zaczyna histeryzować w sklepie, bo jest zmęczone, 
zdenerwowane. Można je wyprowadzić, próbować coś wytłumaczyć, ale należy w jakiś sposób 
zareagować. A ja nie dostrzegam żadnej reakcji. Rodzic po prostu tego nie widzi! Ogląda towary, 
a dziecko właśnie myje sobie zęby wszystkimi szczoteczkami do zębów, które ma w zasięgu. 
I co słyszę? „A bo on/ona ma ADHD”. I szlag mnie trafia. Mam wrażenie, że dzisiaj 80 proc. dzieci – 
według ich rodziców – ma ADHD. Lenistwo, brak kompetencji wychowawczych sprawiają, że rodzice
 „przyklejają” na czole swojemu zdrowemu, ale niewychowanemu dziecku naklejkę „ADHD” 
i wypuszczają je w świat. Metoda o tyle prosta i co szkodliwa.
Jest ciężko nawet z podstawami. Do dzisiaj mam odruch ustępowania miejsca w autobusie, mimo 
że sama wchodzę powoli w wiek dojrzały. Młodzież tego nie robi. Wychowana została w 
przeświadczeniu „To mnie ma być wygodnie”. Skąd u niej takie poczucie? Nasza robota! 
Mężczyźni powinni wiedzieć, że z tramwaju to mężczyzna wysiada pierwszy, aby podać rękę kobiecie, 
że podaje jej płaszcz, pomaga z walizką. Koleżanki najpierw robią wielkie oczy, ale bardzo im to 
imponuje. 
Dobre wychowanie nas klasyfikuje. Gdy kobieta podchodzi do samochodu, mężczyzna powinien 
otworzyć jej drzwi. Nie zgadzam się z feministkami, że w ten sposób jesteśmy traktowane nie tylko 
nie po partnersku, ale wręcz przedmiotowo. Przecież to szaleństwo, postawienie sprawy na głowie. 
Kultura osobista jest w cenie, zawsze. Rodzice powinni o tym pamiętać choćby z jednego powodu, 
jeśli inne ich nie przekonują.
Mówi się, że ładni ludzie mają łatwiej. Łatwiej mają także ci dobrze wychowani.

1 komentarz:

  1. Świetny tekst!!! Naprawdę, powinno się go wydrukować i przyklejać niektórym rodzicom do czoła chyba.

    OdpowiedzUsuń