wtorek, 14 marca 2017

Depresja u dzieci...

Czy to możliwe, że około 40% dzieci w szkołach podstawowych, nie ma poczucia sensu życia, a 30% miewa również myśli samobójcze? Owszem, możliwe i takie właśnie są wyniki niedawnych badań. Depresja dotyka nawet  najmłodszych, tymczasem dorośli uważają, że tylko oni są na nią narażeni. Nie jestem specjalistką od depresji, nie chodzi mi też o to by szczegółowo ją tu opisywać. 
Co nieco jednak wiem. 
O depresji można mówić wtedy, kiedy dziecko jest wiecznie smutne, ma poczucie, że nic mu się w życiu nie udaje. Słyszymy wówczas, że „wszystko jest bez sensu.” I to trwa dłużej niż smutek spowodowany jakąś jednostkową sytuacją czy wydarzeniem.
Co gorsza coraz trudniej nam znaleźć coś co mogłoby dziecko ucieszyć. Ono nie chce wychodzić z domu, nie chce nic robić; często jest znudzone, ma fobie, lęki, boi się świata.  
Szczególnie podatne na depresję są dzieci, które cierpią na zaburzenia uczenia się lub zachowania. To te, które ciągle o sobie słyszą, że są złe, niegrzeczne, że nic im się nie uda, nic z nich nie wyrośnie. 
W Stanach Zjednoczonych, wykazano że jedna trzecia dzieci w wieku 6-12 lat cierpi na depresję. Wydaje się, porównując społeczeństwo amerykańskie i nasze realia, że w Polsce ten problem może dotyczyć około dziesięciu procent dzieci (czyli ludzi do 18 roku życia)  To i tak jest strasznie dużo.
Warto zwrócić uwagę na dwie sprawy: po pierwsze – trzeba przyjąć do wiadomości, że dziecko może mieć problemy. Dorosłym wydaje się, że dziecko powinno zawsze budzić się uśmiechnięte i wesolutkie jak skowroneczek, aby po radosnym pełnym twórczych zajęć dniu w takim samym nastroju kłaść się do łóżka. Powinno być szczęśliwe, bo jest dzieckiem.  To nie jest jednoznaczne.
Dziecko niestety nie równa się bowiem szczęście i nie mam tu na myśli jakichś skrajnych przypadków tylko zwyczajne dziecięce życie. W domu, w przedszkolu, szkole, wśród kolegów. Dziecko ma całą masę problemów. Życiowych spraw, które z naszej perspektywy metra siedemdziesięciu wydają się niewarte uwagi, a z perspektywy metra dwudziestu są bardzo poważnymi problemami. 
Po drugie - dziecko jest człowiekiem i podlega takim samym rodzajom emocji, lęków i obaw jak my. Mało tego - my na ogół mamy możliwość zrozumienia pewnych rzeczy, a dziecko takiej umiejętności jeszcze nie posiadło. Stąd jest w dużo trudniejszej sytuacji.  My dorośli co prawda czasem też nie dopuszczamy do głosu racjonalnego myślenia, bo gdy pojawia się stres, krew najpierw napływa do pięści, a dopiero potem do mózgu, ale kiedy ochłoniemy, możemy pójść po rozum do głowy. Dziecko nie może - bo nie ma jeszcze odpowiednich umiejętności i doświadczenia. 
Dziesięciolatek nie chce iść do szkoły, bo tam się z niego śmieją i maltretują go psychicznie. A my często bagatelizujemy problem bo... nie mamy czasu, uznajemy taki komunikat za dziecięcą histerię. 
Czternastolatek mówi, że życie nie ma sensu, jest ospały albo pobudzony, kłamie i nie stosuje się do  obowiązujących zasad. Wyraźnie woła o pomoc, a my ... zbyt często uznajemy, że to „taki wiek” i zostawiamy naszego nastolatka z problemami nie do przeskoczenia (w jego mniemaniu). Musi sobie poradzić sam, co nierzadko kończy się tragicznie.
Dwunastolatka wstaje rano, źle się czuje, i nie wie co się z nią dzieje. Wie tylko, że otaczający ją świat jest koszmarny.
Trzeba uważnie przyglądać się dziecku, nie wypytywać na siłę, tylko łagodnie namówić na rozmowę. A jeśli będzie taka potrzeba – udać się z do specjalisty. 
Powinniśmy być czujni, gdy dziecko nas straszy, że się zabije, bo każdy rodzic zna swoje dziecko, a przynajmniej powinien znać i domyślić się, czy to jest tylko chęć odegrania się, szantażu (i temu nie wolno się poddać), czy rzeczywisty problem. Dziecko rzuca w drzwiach: „Jak mi nie dasz kasy, to się zabiję!”. Natychmiast powinna odbyć się rozmowa: „Co znaczy, że się zabijesz?”. – „Tak tylko powiedziałem, żeby cię zdenerwować”. Wtedy musimy wytłumaczyć: „Powiedz, że mnie nie lubisz, albo że jesteś na mnie wściekły, ale nie mów o samobójstwie, bo to bardzo mocne słowa. A jeżeli naprawdę taka myśl ci przychodzi do głowy, pójdziemy po pomoc do lekarza”. Trzeba pokazać dziecku, że nas nie zastraszy. Ale jednocześnie dać mu komunikat, że słyszymy co mówi i gotowi jesteśmy mu pomóc.

Dopóki dziecko do nas mówi, choćby w złości, sprawa jest łatwiejsza do opanowania. Groźniejsze są sytuacje, gdy milczy i zamyka się w sobie. Wtedy trzeba być super czujnym! Nie wolno udawać, że nic się nie dzieje. Nie wolno pozwolić sobie na uśpienie czujności. Trzeba rozmawiać, namawiać do rozmowy. Mówić o tym, że dziecko jest dla nas ważne, że jest kochane. Wzmacniać w poczuciu, że jesteśmy przy nim  i na pewno da sobie radę. Samo lub z naszą pomocą.
I najważniejsze, pójście do psychologa czy do psychiatry nie może być traktowane jako tragedia i wstyd.
Jak boli noga idziemy do specjalisty, gdy "boli dusza" także trzeba pójść do specjalisty.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz