poniedziałek, 6 marca 2017

O nauczycielach i szkole...

Szkoła zmienia się cały czas. Inaczej wyglądała za moich czasów, inaczej gdy do niej chodzili moi synowie, inaczej teraz. Są inne podręczniki, inne pomoce, inna filozofia, inny program. Zmienił się stosunek nauczyciela do ucznia. Zmieniła się też wiedza, z jaką dzieci rozpoczynają naukę. Dawną szkołę od dzisiejszej dzielą lata świetlne!
Pojawiły się nowe problemy i kłopoty.
Można na szkołę spojrzeć z wielu różnych perspektyw.
Okiem nauczyciela, rodzica, ucznia, ale i okiem uczelni która do zawodu przygotowuje, okiem szukającego sensacji dziennikarza i okiem oszczędzającego na edukacji organu prowadzącego, czyli samorządu.

Szkoły się przebudowują, remontują, tak aby były osobne wejścia, stawia się szafki, wykonuje się inne, niekiedy pozorne ruchy. Ale szkoła to więcej niż budynek.
Szkoła to przede nauczyciele  i uczniowie.

Jaki powinien być idealny nauczyciel? Powinien lubić ludzi, być na nich otwarty. To jest zawód społeczny i powinny w nim pracować osoby, które nie mają problemów w relacjach z innymi. Ponadto w tym zawodzie trzeba umieć myśleć o dobru innych ludzi. Tak właśnie pojmuję bycie nauczycielem, mistrzem. Sama czuję się trochę jak “przedwojenna nauczycielka”. Postrzegam ten zawód jako misję, która ma sprawić, że dzieci będą chciały chodzić do szkoły, będą przekonane, że to w szkole jest najfajniej, że pani jest mądra, dobra i sprawiedliwa, że wszystko potrafi im wytłumaczyć, opowiedzieć, zaciekawić i zachwycić.

Tak powinna wyglądać edukacja w pierwszych trzech latach, ale to jest też do zrobienia w klasach starszych. I sama znam takich nauczycieli, którzy potrafią zafascynować, rozbudzić w dzieciach zainteresowanie zdobywaniem wiedzy.
Ale to są osoby, które tak właśnie postrzegają swoją pracę – jako misję. Jeśli natomiast nauczyciel idzie do pracy z niechęcią, to i dzieci będą chodziły do szkoły traktując to jak karę i nieszczęście. 

Znam bardzo wielu nauczycieli, którzy sobie świetnie radzą, zmieniają metody pracy w zależności od potrzeb grupy, z którą akurat mają pracować. Trzeba wrócić do zapomnianej relacji mistrz-uczeń. Nauczyciel jako mistrz, wprowadza dzieci w nowy, fascynujący świat, opowiada im o różnych rzeczach, pobudza do myślenia i działania. A u nas ciągle zbyt często panuje sztampa i kolejność: literka, ćwiczenie, praca domowa. Nie na tym szkoła ma polegać.

Jest cała masa naprawdę fantastycznych, twórczych, otwartych, elastycznych nauczycieli, ale i tak ciągle za mało. Bo powiedzmy sobie szczerze, żeby z pełną świadomością zdecydować się na zostanie nauczycielem, trzeba być po trosze wariatem. My wybieramy ten zawód – bo sama kiedyś dokonałam takiego wyboru – wiedząc, że będzie trudny, że nie zrobimy na tym majątku, że będziemy musieli często poświęcać swój prywatny czas i że spocznie na nas wielka odpowiedzialność. I do zawodu powinni trafiać ludzie, którzy są tego świadomi i mimo to dokonali takiego wyboru. 

Znam naprawdę doskonałych nauczycieli, nie jest to zatem tak, że wszystkich krytykuję. Spotykam jednak też takich, którzy chyba źle przemyśleli wybór zawodu. I nie mówię tego złośliwie, po prostu uważam, że jest to wyjątkowa praca i powinni do niej trafiać wyjątkowi ludzie. 
Bardzo ważna jest kwestia naboru do zawodu. 
Jest takie powiedzenie “obyś cudze dzieci uczył” i ja przez wiele lat – jako nastolatka - myślałam, że chodzi w nim o to, że trzeba być wyjątkowo wspaniałym człowiekiem, żeby pozwolili cudze dzieci uczyć, że to powiedzenie jest niczym błogosławieństwo, życzenie wszystkiego najlepszego. I gdy dowiedziałam się, że sens jest zupełnie inny, byłam bardzo rozczarowana. I mam wrażenie, że w tym zawiera się wszystko, że jeśli to powiedzenie ma taki właśnie sens, przekleństwa “oby ci było w życiu tak źle, żebyś musiał cudze dzieci uczyć”, to czasem tak właśnie podchodzą do tego niektórzy ludzie, mówiąc sobie “jeśli mi się nie uda osiągnąć tego, co chcę, to ostatecznie będę uczył dzieci”.
I gdy zaczynają z takim podejściem, to nigdy nie osiągną satysfakcji z pracy, będą mieli poczucie zmarnowanych szans, a to nie będzie dobre ani dla nich, ani dla uczniów. 
Często zresztą pytam nauczycieli, dlaczego zdecydowali się na ten zawód, bo on nie jest przecież łatwy, mimo że na początku może się tak wydawać. Młodym kandydatom na nauczycieli nie mówi się ani nie uczy się ich, jak mają sobie poradzić z twardą rzeczywistością. A potem okazuje się, że praca wcale nie wygląda bajkowo, a budowanie autorytetu to ciężka praca, w dodatku w pewnym sensie syzyfowa, bo gdy się w ciągu trzech lat zbuduje ten autorytet, to dostaje się nową pierwszą klasę – i trzeba zaczynać od nowa, z innymi dziećmi, do których wcale nie musi pasować to, co zbudowaliśmy i wypracowaliśmy z ich poprzednikami. Przez to w pewnym momencie młody nauczyciel może się załamać, poddać, uznać, że nic mu się nie udaje, ani praca z dziećmi, ani z rodzicami. A to jest najgorsze, bo nauczyciel, który straci wiarę w siebie i chęć do pracy, nie przekaże swoim uczniom tego, co najważniejsze, czyli przekonania, że zdobywanie wiedzy to wspaniała, fantastyczna przygoda. I dlatego uważam, że do zawodu nauczyciela powinni trafiać najlepsi, najciekawsi, najfajniejsi ludzie, przepełnieni poczuciem misji, pełni entuzjazmu. I ci cudowni, fantastyczni, wspaniali nauczyciele istnieją, sama ich spotykam, tylko ciągle jest ich za mało. 

Powinniśmy zrobić wszystko by zmienić formy kształcenia nauczycieli. Nasza kadra z jednej strony jest dobrze przygotowana pod względem merytorycznym, ale to nie wszystko.
Brakuje niekiedy nowoczesnej wiedzy i nowoczesnych narzędzi, metod. Często spotykam się z nauczycielami i zadaję im pytania, np. co robią dla własnego, indywidualnego rozwoju. Na pytanie, kto w ostatnim miesiącu był w kinie, teatrze (i nie mam na myśli wycieczki z uczniami), kto przeczytał książkę (także książkę dla dzieci, ale taką nowo wydaną), wcale nie podnosi się las rąk. Przykładowo, na trzysta osób zgłasza się około trzydziestu. Tymczasem nauczyciel musi być ciekawy – i to na dwa sposoby. Ciekawy świata i ciekawy jako człowiek. Jeżeli nauczycielka nie wie, co fascynuje dzieci w wieku lat siedmiu, bo szkoda jej czasu, żeby obejrzeć, głupie jej zdaniem, kreskówki albo zajrzeć do Internetu, żeby zobaczyć, w jakie gry dzieci grają, to nie porozumie się z uczniami. Niestety, wielu nauczycieli pracuje na konspektach lekcji zrobionych dwadzieścia lat temu. Nie czytają tego, co dzieci, nie wiedzą wiele o ich świecie, zainteresowaniach. I to jest moim zdaniem dramat polskiej oświaty. 

Nauczyciele muszą być przygotowani do tego, żeby stać się sprzymierzeńcami rodziców i zachęcić ich do tego samego. Bardzo wielu nauczycieli ustawia się w opozycji do rodzica, zamiast przeciągnąć go na swoją stronę i zachęcić do współpracy, dla dobra dziecka. Oczywiście rodzic może pewnych rzeczy nie rozumieć, zadawać pytania, które mogą się nauczycielowi wydawać irytujące, ale jeśli będzie on na takie pytania cierpliwie odpowiadał, dzięki temu rodzic w domu będzie mógł efektywniej pracować z dzieckiem, kontynuując to, co zaczął nauczyciel. 

Nauczyciele w swojej pracy mają do czynienia z wieloma stresującymi sytuacjami. Czasem nie bardzo potrafią sobie z nim radzić Uważam, że płatny urlop dla poratowania zdrowia powinien być wręcz obowiązkowy i to raz na kilka lat. Po roku albo nauczyciel zatęskniłby za pracą i dziećmi albo doszedł do wniosku, że wcale mu jej nie brakuje i że może nie jest to praca dla niego. Poza tym kadra pedagogiczna powinna być otoczona dobrą opieką psychologów, którzy wspieraliby ich, prowadzili zajęcia pomagające radzić sobie ze stresem czy agresją uczniów, bo tego nauczyciele nie są uczeni. Nikt im nie mówi, co zrobić, gdy uczeń odezwie się ordynarnie, często też nie są przygotowani do pracy z dzieckiem nadpobudliwym lub agresywnym. Co gorsza, nikt nie uczy nauczycieli, jak mają sobie radzić z własnym stresem. A przecież w tej grupie zawodowej bardzo częsty jest tzw. syndrom wypalenia, częste są frustracje spowodowane tym, że coś się nie udaje. Przydałby im się na pewno ktoś w rodzaju superwizora, który nie tylko pomagałby poradzić sobie ze stresem doświadczanym w pracy, ale też ułatwiłby rozwiązywanie problemów. Ponadto umiejętności radzenia sobie ze stresem i rozładowywania go powinno się uczyć na studiach pedagogicznych. Te studia powinny być bardzo nowoczesne i nie chodzi tu o metody nauczania, bo pod tym względem nauczyciele kształceni są nieźle, ale o metody rozładowywania napięć, samowiedzę, samoakceptację czy umiejętności przyznawania się do błędu i budowania autorytetu. Te dwie ostatnie sprawy są bardzo ważne. Jeśli nie nauczą tego studia, to być może kursy czy inne formy doskonalenia powinny dotyczyć takiej tematyki. Dlatego bardzo ważne jest, żeby szkoleniem i doskonaleniem nauczycieli zajmowali się ludzie naprawdę kompetentni i znający się na rzeczy. 


PS to nie jest nowy tekst. Ale aktualny.


1 komentarz:

  1. Jestem po 1 stopniu studiów nauczycielskich, teraz robię magisterkę z pedagogiki specjalnej. Po praktyce zawodowej w szkole podstawowej zostałam do końca roku szkolnego jako wolontariusz (czyli byłam praktycznie cały rok szkolny z "moimi" dzieciakami). I to mnie utwierdziło w przekonaniu, że dobrze wybrałam. Wiadomo, nie byłam sama w klasie, byłam tylko pomocnikiem, ale bywały momenty trudne dla mnie i dawałam sobie radę. Bo wiedziałam jak. A skąd wiedziałam? Bo uczyli mnie na studiach, na Politechnice gdzie wykładowcami byli sami praktycy. Są uczelnie, które przekazują wiedzę, o której Pani pisze. Ale to prawda, jest ich niewiele. Tak samo jak osób, które wybrały te studia "z powołania".
    Tekst super, podpisuję się pod nim w 100%!
    Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń