środa, 16 sierpnia 2017

Język obcy - język własny. Dzieci dwujęzyczne…wielojęzyczne…..

Zagadnienie dzieci dwujęzycznych pojawia się w domach, gdy polscy rodzice mieszkają za granicą lub mama i tata są z różnych krajów. Dwujęzyczność to jakby posiadanie dwóch języków „native”, czyli sytuacja gdy dziecko nabywa dwa ojczyste języki.
Dzieci dwu lub wielojęzyczne na ogół nieco później od swoich rówieśników zaczynają mówić. Często sprawiają wrażenie, że się uważnie przysłuchują a nic nie mówią. Czasem postrzegane są nawet jak opóźnione w rozwoju, bo niejednokrotnie zaczynają mówić nawet koło 3-4 roku życia. Często złoszczą sie, bo werbalna sfera życia jest dla nich jakby niedostępna.
Kiedy jednak już zaczną gadać, to dzieje się to od razu w dwóch językach. Początkowo naturalne jest, że mieszają ze sobą wysłuchiwane języki. Czasem nawet tworzą nowe słowa myląc końcówki i odmianę. Mieszają końcówki wyrazów, ale też zabawnie budują zdania. Zjawisko mieszania języków nie jest szkodliwe i na ogół mija z wiekiem. 
Dziecko mniej więcej trzyletnie zaczyna rozróżniać słyszane języki i świetnie kojarzy, która osoba mówi jakim językiem. Dziecko zaczyna powtarzać słowa i zdania w obu językach. Proces nauki mowy u dwujęzycznego dziecka zaczyna się więc z opóźnieniem, ale za to w obu językach równocześnie.

Omówmy trzy sytuacje:
1. Polscy rodzice mieszkający w kraju „X”
Poza granicami kraju dzieciom łatwiej jest być dwujęzycznymi. Mają one szansę perfekcyjnie poznać dwa języki, bo szybko przyswajają  język kraju, w którym mieszkają. Tak więc ten obcy język nie jest taki obcy od początku. Chodzą przecież do  przedszkola czy szkoły, bawią się z dziećmi w parku czy oglądają TV. 
Język polski słyszą na co dzień w domu rodzinnym, bowiem posługują się nim oboje rodzice. Wyrażają oni swoje emocje i uczucia w języku w którym wzrastali. Jest to język emocji, snów i modlitwy. To właśnie w nim rodzice powinni zwracać się do dziecka. Jeśli rodzice spędzają dużo czasu z dzieckiem i to nauka języka ojczysty jest niezagrożona. Jeśli jednak oboje rodzice pracują, a dziecko jest w żłobku, to będzie ono lepiej przyswajało język kraju w którym mieszka, bo słyszy go najczęściej. Już w przedszkolu, a potem w szkole najważniejszy staje się język kolegów, wspólnych zabaw czy lekcji. Nie ma co się martwić, jeśli dziecko nie mówi początkowo płynnie w żadnym języku albo, że je miesza. Z czasem wszystko się wyrówna.
Dzieci mają specyficzny dar, szybko orientują się, że dom to język polski, a to co poza nim to język kraju, w którym żyją. Ta metoda nauki dwóch języków to tzw. MLAH (minority language at home) czyli, że oboje rodzice mówią po polsku a otoczenie w języku obcym.
Rozmawiając z dzieckiem w polskim domu w języku otoczenia ryzykujemy, że obcego języka nauczymy go niepoprawnie (sami możemy mieć niedostateczne umiejętności), ojczysty zaś całkowicie zapomni. Rodzice często postępują tak, bo wydaje im się, że w ten sposób pomogą dzieciom zadomowić się w obcym języku i kraju. Nic bardziej błędnego. Dziecko staje się bardziej zagubione.

2. Mama Polka, tata obywatel „X” mieszkają w kraju „X”.
W rodzinach w których tylko jedno z rodziców jest polskiego pochodzenia sytuacja jest nieco inna.
Tam dzieci mają trudniej, bo języka polskiego mogą nauczyć się tylko od jednego rodzica. Jeśli to  mama, to jej częstszy niż ojca kontakt z dzieckiem i jej naturalne emocje w tym języku ułatwiają naukę polskiego.
Konkretny rodzic nie powinien mieszać ze sobą języków i raz zwracać się do dziecka w jednym, a raz w drugim języku. Dzieci bowiem szybko orientują się, że rodzic także zna obcy język ) ten ze szkoły) i można do niej tak mówić. Dziecko czuje, że język otoczenia jest dla niego łatwiejszy bo słyszy go wszędzie i woli nim się posługiwać również w domu. Należy więc konsekwentnie mówić do dziecka po polsku.
Bardzo ważne jest więc, aby polski rodzic mówił do dziecka TYLKO w języku polskim, a drugi „cudzoziemski” rodzic w języku kraju, w którym mieszka rodzina. Jest to tak zwany system OPOL (one person on language) nauki dwóch języków jednocześnie. Lingwiści i pedagodzy są zgodni, że w sytuacji wielojęzyczności trzeba zachować tę zasadę. Dla dziecka ważny jest podział: mama to język polski, a tata język obcy. Dziecko szybko utożsamia język z osobą.

3. Mama Polka, tata obywatel „X”, mieszkają w „Y”.
Niekiedy bywa, że sytuacja językowa jest jeszcze bardziej skomplikowana. W domu dwa języki, w szkole trzeci (np. mama Polka, tata Anglik, mieszkają we Hiszpanii). Zasada musi pozostać jednak ta sama: mama zawsze mówi do dziecka po polsku, tata zawsze po angielsku, hiszpańskiego uczy się w szkole i od rówieśników, w środowisku.
Nie należy się obawiać, dziecku nic się nie pomyli - będzie znało język mamy, taty i otoczenia. W ten sposób ma szansę nauczyć się biegle trzech języków. Oczywiście na ogół jeden z nich stanie się dominujący lub przeważający w zależności od sytuacji. Może być tak, że na dziecko będzie się modliło po polsku, oglądało TV po hiszpańsku, a w gry na komputerze grało po angielsku. Język rodzica, z którym dziecko silniej się utożsamia stanie się językiem dominującym.

Dziecko szybko uczy się języka, ale nieużywając, szybko zapomina. W wieku szkolnym najłatwiej więc zaniedbać język ojczysty. Dziecko jest przecież częściej poza domem a koledzy są najważniejsi. Rodzice mieszkający za granicą, często nie widzą przydatności języka ojczystego i tracą poczucie jego wartości. To błąd, bo „na obczyźnie” język ojczysty rodziców traktowany jest przecież jako obcy a więc może być dodatkowym atutem.
Osiągnięcie dwujęzyczności dziecka to trudny proces, który wymaga determinacji, cierpliwości, zrozumienia i akceptacji ze strony obojga rodziców. Warto się nad tym pochylić a nasze dziecko, naturalnie dwujęzyczne, będzie nam wdzięczne za umożliwienie jednoczesnej nauki dwóch języków.
Musimy pamiętać, że nasze dzieci, mieszkające za granicą, nie staną się „tambylcami”czyli cudzoziemcami przez to, że nie będą mówić po polsku. 
Nic nie zyskają, wiele mogą stracić. 
Trzeba wiedzieć, że dzieci dwujęzyczne dużo szybciej uczą się kolejnych języków,  są bardziej otwarte i tolerancyjne. Są bardziej mobilne, elastyczne i otwarte. Szybciej i chętniej czerpią z kultury krajów których językami się posługują.

Będzie im więc łatwiej żyć we współczesnym otwartym świecie i społeczeństwie. Mają większą szansę by stać się obywatelami świata.



utworzone przez użytkownika SuperNiania w dniu 21 lutego 2011 o 10:45

wtorek, 1 sierpnia 2017

Atrakcja na raz…

Dziś odwiedziliśmy Ocean Park we Władysławowie. Zanim się tam wybraliśmy zapytałam was czy warto. Niemal wszyscy entuzjastycznie odpisali, że tak… no to ja chyba jestem jakaś inna.

Ale po kolei.
Ocean Park położony jest na obrzeżach miasteczka. Łatwo tu dojechać (jest droga) i zaparkować samochód dzięki sporemu, bezpłatnemu parkingowi.

„Czy miałeś kiedyś okazję poczuć się na dnie oceanu”?
„Pierwsze w Polsce interaktywne show, gdzie wieloryby naprawdę gadają”.
Reklama dźwignią handlu, więc, po porannej burzy i przy lekko zachmurzonym niebie, do kasy spora kolejka. Działały trzy „okienka” więc wszystko poszło sprawnie i szybko.
Słychać dziecięcą niecierpliwość pomieszaną z zachwytem i lekkie znudzenie u dorosłych.
Cena 39 zł dorosły i 29 zł dziecko. Do trzech lat dzieci wchodzą za darmo.
Jeśli uważacie, że to dużo to zapewniam, że nie jest to najdroższa tego typu atrakcja na wybrzeżu.

Wchodzimy. Park położony jest w sporej niecce i rzeczywiście przy pewnej, no dobra sporej dozie wyobraźni, połączonej z dobrymi chęciami może udawać dno wyschniętego akwenu wodnego … np. dużej sadzawki. Od wejścia wszystkie atrakcje widać jak na dłoni.

Dzieciaki piszczą z zachwytu i ciągną w dół, z trudem powstrzymywane przez ojców, matki czy dziadków.
Oooo. Tam Wieloryb, wieloryb! Oooo. Tam karuzela, a za nim mega klocki LEGO (pisownia wg. broszury reklamowej.
No i tu pierwszy zonk.
W reklamie czytamy „gigantyczne klocki LEGO” – w rzeczywistości w namiocie obrandowanym polskim popularnym piwem dużo sporych klocków, NA PEWNO nie LEGO. Dzieci w sporym zaduchu budują mury i ściany, a dorośli albo biernie patrzą robiąc zdjęcia, albo czynnie pomagają, na tym polega ta atrakcja.

Idziemy dalej i przed nami wyrasta w pełnej krasie wesołe miasteczko. Takie jakich wiele w małych miejscowościach, objazdowy zestaw karuzel i samochodzików, którymi można się pozderzać. Do biletu dołączony talon na jedna atrakcję, więc wsiadamy na karuzelę i… możecie obejrzeć filmik. Mówiąc szczerze trochę to wszystko tandetne i nie budzące mojego zaufania. Skrzypi, trzeszczy, chyboce się, jazgocze i bucha muzą disco polo.
Ale na bezrybiu i rak ryba. Oj przepraszam tu ryb całe mnóstwo i to jakich, wszak są nawet REKINY.
Na załączonych zdjęciach widać, że „miasteczko” zagraniczne.

Na terenie parku znajdziecie kilkadziesiąt lakonicznie opisanych makiet morskich stworzeń. Przed każdym doklejona zafoliowana kartka „prosimy nie dotykać eksponatów”, te napisy jednak zdecydowanie nie są traktowane przez zwiedzających poważnie, kto by się przejmował jakąś tam kartką. Jakby były zasieki z drutu kolczastego, albo strażnicy z bronią długą, no to może, ale tak? Kto wczasowiczowi zabroni? Sama dziś zwróciłam uwagę kilku rodzicom.  Każdemu inaczej, jednej mamie po prostu powiedziałam. że nie wolno i żeby jednak czytali informacje przy eksponatach. Innemu tacie szepnęłam, by uważał, bo mandaty po 500 zł, a trzeciego poprosiłam, by mi przeczytał co napisane, bo zapomniałam okularów.  Za pierwszym razem usłyszałam żebym się nie czepiała i zajęła swoimi sprawami, bo to „moje dzieci i mogą robić co chcą”.

Widać, że park nadal w budowie, przynajmniej mam nadzieję, że nie tak ma wyglądać skończony obiekt o dumnej nazwie „Ocean Park”. Wiele alejek jest bowiem nieprzygotowanych na „porę deszczową” – trzeba brodzić w błocie, by dostać się w pobliże np. koników. Nie proszę państwa nie morskich, takich zwykłych „kucykowych”. To kolejna oceaniczna atrakcje dla najmłodszych. Można zrobić kółko albo dwa – za całkowity GRATIS.

Nieco dalej poletko do nauki jeżdżenia na segwayu. Troszkę błotniście, ale chętnych nie brakuje. Ponieważ jednak, oprócz wymogów wiekowych (6+) jest ograniczenie wagowe, ta przyjemność nie dla mnie ;)

Wracamy do jednej z NAJWIĘKSZYCH atrakcji parku rozrywki. Akwarium z żywymi rekinami.
W jednej z „chat rybackich” jest akwarium, a jakże i jest w nim rekin. A w zasadzie rekinek w rozmiarze średniej wielkości bagietki. Zawiedzeni wszyscy i mali, i duzi.
Mając wiedzę o gabarytach rekina dziwię się temu rozczarowaniu. Wszak już po rozmiarach budynku, w którym ulokowano akwarium widać, że to rekinek... miniaturka.
Razem z nim w akwarium jeszcze trzy smutne rybki. 
Veni vidi i poszliśmy dalej…

Kolejna reklamowana jako największa w Europie atrakcja, to rozmowa z prawdziwym wielorybem Błękitkiem. Wiem, wiem, że to dla dzieci, ale czekamy grzecznie w kolejce, głownie po to by mieć zdanie i dobrze wykorzystać zapłacone 39 zł. Podekscytowany i wyraźnie podchmielony pan dopytuje „Ale to prawdziwny wieloryb? Prawdziwny?”

Zabawa polega na obejrzeniu animacji i rozmowie z pływającym na ekranie, animowanym mini płetwalem błękitnym o imieniu Błękitek. Pomyślane fajnie, bo osoba, która podkłada głos, rozmawia z widzami „na żywo”. Na dzieciakach robi to wrażenie, jednak podchmielony pan wychodzi po kilku minutach wyraźnie rozczarowany. „Ech lipa” – słychać głośny komentarz. Mnie się podobało, bo spora dawka edukacji.

Na zakończenie jeszcze słów kilka o mającym się dziś odbyć koncercie zespołów discopolowych.  Oh pardon „Ocean Festiwalu” - między zwiedzającymi wjeżdżają wózki pełne kegów z piwem. Będzie się działo, a nasz znajomy płetwal Błękitek zachęca wszystkie dzieci do uczestnictwa i sam nawet wykonuje własną wersję przeboju „Ona tańczy dla mnie”.

Koncert miał się rozpocząć o 16:00. Dziś 1 sierpnia, więc ciekawa jestem czy w rocznicę godziny „W”, artyści zatrzymali się na chwilę, by oddać cześć bohaterom Powstania. W końcu to disco Polo prawda? Jeśli ktoś był niech da znać…

Ogólnie moja ocena to 2/6.
Może za dużo oczekiwałam po reklamach. Może za dużo już widziałam – także w Polsce, by podobało mi się na więcej.

Według mnie atrakcja raczej dla dzieci do 6 lat.

Oto fotorelacja ...

1. Plan  pełen atrakcji

2. Koncert - największa dzisiejsza atrakcja..


3. widok ogólny


4. namiot dla dzieci...

5. LEGO? nie sądzę...

6. Jedzie pociąg z daleka..

7. Drewniane ryby - chyba jednak nie w skali...


8. A to.. rafa koralowa.. nie zgadłabym...


9. Słabo zabezpieczone...


10. CZytamy, czytamy...

11. Bajorko...

12. Konik...niemal na biegunach....

13. Duży, fajny plac zabaw...

14. dzieciaki zachwycone.


15. Warto żeby było całe i bezpieczne..


16. Nie wszytko działa jak powinno


17. Dla najmłodszych.


18. Stare, zniszczone.. puste...

19. Menu.. tradycja...


20. Namalowany tunel podwodny :)


21. Nie wchodzimy na eksponaty...

 22. A tu zaskoczenie...


23. Amatorów mało...

24. Malutka ta klatka..

25. Reklama dźwignią handlu...


25. Błękitek edukacyjny,,


26. Prawdziwny? Prawdziwny?


27. Poczucie humoru najważniejsze :)